search
REKLAMA
Zestawienie

MARTIN SCORSESE. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

REDAKCJA

20 listopada 2019

REKLAMA

Już niedługo w wybranych kinach i na Netfliksie zagości Irlandczyk, który jak na razie zbiera niemal same entuzjastyczne recenzje. W ramach rozgrzewki przed seansem proponujemy Wam tekst, w którym oceniamy wszystkie filmy pełnometrażowe, jakie kiedykolwiek nakręcił Martin Scorsese. Sprawdźcie, które tytuły zrobiły na nas największe wrażenie!

Filmy oceniają:

Katarzyna Kebernik: Jeden Scorsese to dla niej waluta warta dziesięciu Marveli. Nienawidzi odmieniać nazwiska reżysera, uważa, że dziwnie to brzmi, ale w końcu pogodziła się z tym, co zaleca słownik, i zaczęła oglądać filmy „Scorsesego”, a nie filmy „Scorsese”.

Jakub Piwoński: Sympatyk mocnego kina, który na pewnym etapie swej filmowej podróży natrafił na twórczość Martina Scorsesego, która ujęła go szczerością i bezpretensjonalnością. Wiele filmów reżysera go zachwyciło, wiele z nich ceni do dziś i do wielu z nich wraca regularnie, ale tylko jeden postanowił wynieść na piedestał i powiesić na ścianie w formie plakatu. Taksówkarz to ważny punkt na mapie jego filmowej wrażliwości.

Kto puka do moich drzwi (1967)

Katarzyna Kebernik: Jestem pod wrażeniem tego, że w wieku 25 lat Scorsese nakręcił tak świadomy debiutancki film. Reżyser jawi się w Kto puka do moich drzwi jako osoba, która już na wczesnym etapie swojej twórczości doskonale wie, co chce przekazać widzom. Mamy tutaj bowiem wszystkie motywy, które stały się później symptomatyczne dla jego dzieł: Nowy Jork, katolicyzm, egzystencjalizm i smutek skryte w szarej codzienności, przestępczość, przemoc, toksyczną męskość – zwłaszcza ta ostatnia kwestia wybija się na plan pierwszy w opowieści o chłopaku z tradycyjnej włoskiej rodziny, który porzuca idealną, piękną i dobrą dziewczynę dlatego, że została kiedyś zgwałcona i nie jest już dziewicą. Z kolei przyjaciel głównego bohatera to prototyp narwanych, agresywnych postaci granych przez Joe Pesciego. Film nawet po latach jest świeży i wydaje się zwiastować zmiany w Hollywood: nadejście kina kontestacji. Niektóre dialogi sprawiają wrażenie tak naturalnych, jakby rozmawiający przypadkowo zaplątali się w oko kamery. Kto puka do moich drzwi pełne jest też wyczuwalnej radości debiutanta, który w wielu momentach daje wyraz zarówno swojej miłości do kina (sztuka ta stanowi ulubiony temat rozmów pary zakochanych), jak i chęci eksperymentowania i wytyczania nowych szlaków (podkreślający hipokryzję chłopaka ciąg erotycznych wizji-sekwencji z muzyką The Doors w tle; wymowna niema scena przedstawiająca mężczyzn bawiących się bronią i filmowanych w sposób upodobniający ich do dzikich zwierząt). Choć film spotkał się z całkiem dobrym przyjęciem zawodowych krytyków (bardzo pochlebnie wypowiadał się o nim sam Roger Ebert), Scorsese musiał jeszcze poczekać na powszechne uznanie i sławę. Kto puka do moich drzwi warto obejrzeć także dla innego debiutanta – Harveya Keitela, pierwszy raz występującego na szklanym ekranie. Od razu w głównej roli i od razu pokazującego aktorską klasę.

Jakub Piwoński: Nie potrafię zgodzić się z tak jednoznacznie pozytywną oceną debiutu Scorsesego. Na początku twórczej drogi o potknięcie znacznie łatwiej niż na kolejnych jej etapach. I tak jest w tym wypadku. Co z tego, że Scorsese miał całkiem trafny cel i całkiem dobre chęci, skoro efekt jego pracy wypadł tak przeciętnie, koślawo, chaotycznie i mało wyraziście? Kto puka do moich drzwi cenię sobie tylko za dwa elementy – wymowę i aktorski błysk Harveya Keitela. Nic więcej. Film trafnie wskazuje obłudę religijnej pobożności, która z zasady swojej działa przeciwko naturze. W aspekcie seksualnym i z piętnem grzechu na karku w prostej linii doprowadza do wypaczenia relacji damsko-męskich. Bawi mnie natomiast często praktykowane nadinterpretowanie sceny erotycznych wizji bohatera, która to scena była przecież na siłę doszywana do filmu na wyraźne życzenie producentów. Miała w ten sposób pozwolić wpasować film w formułę exploitation. Takich montażowych eksperymentów jest w pierwszym, pełnometrażowym filmie Scorsesego kilka (o jego problemach strukturalnych zresztą także wspominał Ebert), przez co trudno mi na niego patrzeć jak na poważny, kompletny film, punktujący symptomatyczne dla reżysera motywy. To raczej zapowiedź nadejścia wielkości niż jej świadectwo.

Wagon towarowy Bertha (1972)

Jakub Piwoński: Na czas seansu wypada wyposażyć się w dobre wiadro tolerancji na bijącą z ekranu amatorszczyznę i kicz. To bowiem jeden z tych szalonych filmów Scorsesego mocno korespondujących z kinem klasy B, co zresztą wyraźnie sugeruje nazwisko Rogera Cormana w liście płac. I gdy tak się go postrzega, umiejętnie przymykając oko na scenariuszowe kalectwa, da się z seansu czerpać sporo frajdy. Po pierwsze, dzięki dynamizmowi i dobremu tempu akcji film nie nudzi ani na chwilę. Po drugie, leitmotivem są tu realistyczna przemoc i niemoralność, nawiązujące do standardów kina eksploatacji i nadające filmowi wyrazistego wydźwięku. Po trzecie w końcu, w powietrzu pulsuje napięcie erotyczne, kumulujące się niejako w postaci granej przez Barbarę Hershey – jakaż ona jest cudowna w tej roli, urodą sugerując niewinność, a czynami pełną lubieżność. Przypieczętujmy całość dość karkołomną symboliką chrześcijańską uwieńczoną w finale i otrzymany jeden z najbardziej pokręconych, rubasznych filmów w dorobku Scorsesego.

Katarzyna Kebernik: Hippisowskie kino w wykonaniu Scorsesego. Szajka przypadkowych przestępców podróżuje przez pogrążony w Wielkim Kryzysie prowincjonalny krajobraz USA, łamiąc klasowe i rasowe podziały. Mamy tu awanturniczy romans, portret społeczny, nowoczesną postać kobiecą, krytykę rasizmu, melodramat, trochę humoru, napadów i naturalistycznej przemocy… Trochę sporo jak na najkrótszy film pełnometrażowy w dorobku Scorsesego. Niestety, w tym przypadku ta mieszanka nie kończy się spektakularnym wybuchem, a niewypałem. Co prawda, nie dostrzegam tu kiczu, o którym pisał Kuba, a raczej kontrkulturowy zadzior, mam za to problem z niepewnością, niedbałością i chaosem całości. Zupełnie, jakby młody Scorsese nie wiedział za bardzo, w którą stronę pchnąć tę opowieść. Efektem jest film stojący w chwiejnym rozkroku między poruszaniem społecznych problemów a rzuceniem się w wir beztroskiej przygody. Z drugiej strony jednak mnóstwo w Bercietak, jak w tytułowej bohaterce – nieokrzesanego, młodzieńczego uroku. To taki trochę mniej świadomy zaczyn czy też prototyp o rok późniejszego Badlands. Warto obejrzeć dla kilku świetnych scen (takich jak niemal tarantinowska zemsta czarnoskórego mężczyzny za zabicie białego przyjaciela) i dla Barbary Hershey.

Ulice nędzy (1973)

Katarzyna Kebernik: Pierwszy prawdziwy „hit” w dorobku Scorsesego. W dwa lata po Ojcu chrzestnym reżyser wchodzi w polemikę z romantycznym, wzniosłym wizerunkiem mafii zaprezentowanym w filmie swojego przyjaciela, Francisa Forda Coppoli. To jeszcze nie ta liga, co saga o losach rodziny Corleone, ale ważny postulat bliższego realiom, odbrązowionego i amoralnego sposobu opowiadania o gangsterach, który Scorsese lata później doprowadzi do perfekcji w Chłopcach z ferajny. Przenosimy się w Ulicach nędzy do świata drobnych przestępców, którzy dopiero aspirują do wstąpienia w szeregi mafijnej struktury, a ich droga do sukcesu wcale nie jest usłana różami. Scenarzysta, niedawno zmarły Mardik Martin (obok Paula Schradera ulubiony współautor Scorsesego), stworzył pełnokrwiste, wiarygodne postaci, a świetne aktorstwo Keitela i De Niro (po raz pierwszy u Marty’ego) tchnęło w tych fikcyjnych bohaterów życie. To ich kreacje wydają się najmocniejszą stroną produkcji, to ich charyzma trzyma nas przed ekranem. Ulice nędzy to nie tylko gorzka opowieść o w gruncie rzeczy „normalnych” młodych mężczyznach, którzy trochę przez brak perspektyw, a trochę przez wpływ otoczenia wkraczają na przestępczą drogę. To także – a może przede wszystkim – sentymentalna podróż do „kraju lat dziecinnych” reżysera, do Małej Italii, dzielnicy Nowego Jorku, w której się wychował. Kto wie, gdyby nie sprzyjający splot okoliczności i ogromna determinacja do kręcenia filmów, to być może Scorsese skończyłby podobnie jak główny bohater, Charlie.

Jakub Piwoński: Pierwsze naprawdę mocne uderzenie w karierze Scorsesego, które, o dziwo, do dziś pozostaje mi kompletnie obojętne. Głównie dlatego, że Scorsese do tematu przewodniego Ulic nędzy wrócił później w swojej karierze niejednokrotnie i zrobił to po prostu lepiej. Trzeba jednak przyznać, że film z 1973 roku ma swój urok. Jak trafnie dostrzegła to Kasia, Ulice nędzy należy przede wszystkim cenić za to, że tuż po wielkim sukcesie Ojca chrzestnego, cechującego się przesadną wręcz idealizacją gangsterstwa, Scorsese postanowił ukazać je w zgoła innym świetle, malując historię ludzi rządzących Małą Italią brudem, wulgarnością i przemocą. Współcześnie takim filmem, który niejako obala mit gangstera, jest włoska Gomorra. Wtedy robiły to Ulice nędzy. Fabuła nie należy do skomplikowanych, gdyż jej celem jest ukazanie kulis działania przestępczego świata Nowego Jorku najszczerzej, jak się tylko da. Historię ciągną jedna dwie postacie, Charlie i Johnny, grani przez ulubionych aktorów Scorsesego – Harveya Keitela i Roberta De Niro. Warto zatem Ulice nędzy odwiedzić, by dowiedzieć się jak Martin Scorsese zaczynał z kinową gangsterką. Tym niecierpliwym polecam jednak od razu seans Chłopców z ferajny lub Kasyna.

Alicja już tu nie mieszka (1974)

Jakub Piwoński: Pierwsze filmy Scorsesego są dalekie od ideału. W Alicji na przykład męczą mnie te nagłe najazdy kamery i ogólna surowość zdjęć. Ale z wszystkich wczesnych filmów Scorsesego ten wygląda już najbardziej profesjonalnie. Na tle całej twórczości reżysera Alicja wypada nadto bardzo odświeżająco, ponieważ to jedyny film Scorsesego z kobiecą rolą główną. Twórca przygląda się tu historii samotnej matki, która po śmierci męża z trudem wiąże koniec z końcem. Los jej nie rozpieszcza, rzucając tylko kolejne kłody pod nogi. Ale to, co ujmuje w portrecie Alicji, to jej determinacja. Chciałbym oglądać więcej takich szczerych i prostych opowieści, mających za zadanie podkreślenie kobiecej siły. Do tego naprawdę nie potrzeba fajerwerków. Na uwagę zasługuje także rola Ellen Burstyn, która zgarnęła za rolę Alicji Oscara (jedynego w karierze). Moim zdaniem – zasłużenie. To skromna rola, niewymuszona, bardzo prawdziwa zarazem – podobnie jak cały film.

Katarzyna Kebernik: Podobnie jak Kuba doceniam, kiedy reżyser potrafi wykreować niebanalną, wyrazistą kobiecą postać – co wciąż zdarza się zbyt rzadko. Alicja już tu nie mieszka to faktycznie ewenement na tle „męskiej” i twardej twórczości Scorsesego – to film o kobiecie i przede wszystkim dla kobiet, o feministycznym wydźwięku. Wypada jednak zauważyć, że Scorsese nigdy nie był twórcą maczystowskim i często poruszał w swoich filmach takie „kobiece” problemy, jak na przykład przemoc domowa (Wściekły byk). Nigdy jednak nie postawił płci pięknej tak bardzo w centrum jak w tej opowieści o próbującej znaleźć pracę i własne miejsce w życiu wdowie. Brzmi przygnębiająco? Absolutnie nie – szczególny urok Alicji… tkwi we wdzięku i poczuciu humoru, w słodko-gorzkim klimacie tego filmu. Ogólna atmosfera przywodzi na myśl późniejszą i sławniejszą Thelmę i Louise. Wymiany zdań między Ellen Burstyn a jej ekranowym synkiem są doskonałe. Alicja… jest tylko po części opowieścią o samotnym macierzyństwie. Główna bohaterka to artystyczna dusza, która marzy o karierze piosenkarki, choć nie dysponuje wybitnym talentem wokalnym. Śmierć agresywnego męża, który zabraniał jej realizacji marzeń, paradoksalnie staje się dla niej szansą. Plany Alicji tłamsi jednak szara rzeczywistość, ciągła konieczność wybierania kompromisu między osobistymi aspiracjami a zarabianiem na życie i opieką nad dzieckiem. Oryginalność tego filmu polega natomiast na tym, że wydarzenia te nie są przedstawiane jako porażka, a raczej jako naturalny, choć niewesoły proces dostosowywania swoich wygórowanych oczekiwań do realnych, ograniczonych możliwości. Alicja dojrzewa, zaczyna doceniać swoje „małe” życie, zaprzyjaźnia się z krzykliwą koleżanką z pracy, którą na początku uważała za wulgarną prostaczkę – a nawet uczy się od niej głośno mówić o swoich potrzebach, co pozwala jej w końcu zbudować dojrzały związek. Czy wydźwięk filmu jest bardziej smutny, czy pokrzepiający? Gdzieś pośrodku, każdy pewnie odczuje to inaczej. W wieloznaczności leży siła tej pozornie prostej historii. A na deser jeszcze doskonała mała Jodie Foster jako pyskata chłopczyca – przełamująca genderowe schematy na wiele lat przed swoim coming outem jako osoba homoseksualna.

REKLAMA