search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

KU*WA jego FUCK! Kto i DLACZEGO po raz pierwszy PRZEKLĄŁ w filmie?

Szymon Skowroński

14 sierpnia 2019

REKLAMA

„Fuck” jest jednym z najbardziej uniwersalnych słów w języku angielskim, zwłaszcza jego amerykańskiej odmianie. W zależności od kontekstu, sytuacji komunikacyjnej, nastroju rozmówcy, miejsca w zdaniu, derywacji i innych okoliczności zewnętrznych może oznaczać czynności seksualne, gadanie bez sensu, porzucenie jakiegoś pomysłu („Fuck it, Dude, let’s go bowling”), stawianie czemuś czoła („You fuck with me, you fucking with the best”). Może wyrażać dezaprobatę („Fuck, no”), aprobatę („Fuckin A”), zdziwienie („What the fuck?”), aplauz („Fuck yeah!”). Może przyjmować formę rzeczownika, na przykład w epitetach („The sign on the back of the car said »Critters from Hollywood«, you dumb fuck!”), przymiotnika („They peed on your fuckin rug”) lub czasownika („Maybe. Maybe not. Maybe fuck yourself”). W zroście z wyrazem „mother” stwarza zupełnie nowe możliwości, oznaczając człowieka niegodnego zaufania („You Jew motherfucker, you!”), pomagając wyrazić wrogość lub podkreślić wyższość nadawcy komunikatu nad odbiorcą („Any of you fuckin’ pricks move, and I’ll execute every motherfuckin’ last on of ya!”), wreszcie – tworząc zupełnie inne, wręcz pozytywne konotacje („Check out the big brain of Brett! You’re smart motherfucker, that’s right!”). Jest więc „fuck” istotnym składnikiem mowy popularnej, pomagającym wyrazić przekaz i emocje.

Język za zębami

John Shuck (czwarty od lewej) – sprawca całego zamieszania. Zdjęcie zza kulis realizacji filmu MASH

Jest jednak druga strona medalu – „fuck” jest wyrazem wulgarnym, ordynarnym, czyli nieprzyzwoitym. Nie należy stosować go w oficjalnych komunikatach, języku urzędowym, nie wypada rzucać nim w sytuacjach towarzyskich (chyba że dotyczą one zaufanego grona znajomych, godzących się na to), a już na pewno nie powinno stosować się go w poważnych tekstach publicystycznych – no, chyba że po prostu zajebiście w nich pasuje. Przez długie lata nie można było go również używać w mainstreamowym kinie amerykańskim. Historia dziesiątej muzy w USA to jednocześnie historia cenzury obyczajowej, która od lat trzydziestych do końca sześćdziesiątych, pod zinstytucjonalizowaną formą tak zwanego kodeksu Haysa, zabraniała używania w filmach określonych elementów natury obrazoburczej: przemocy, seksu czy właśnie wulgaryzmów. Twórcy wspomnianego kodeksu zakładali zapewne, że przeładowanie filmu wspomnianymi niegodziwościami doprowadzi do rozluźnienia społeczeństwa, a być może nawet do jego degrengolady. Ironicznie, ale logicznie, zakazy tego typu jedynie pobudzały wyobraźnię twórców i uwierały poczucie wolności publiki. Z końcem lat sześćdziesiątych moralny węzeł został przecięty, a wolność wzięła górę na kilka lat. W 1970 roku John Shuck w finale filmu Roberta Altmana MASH jako pierwszy amerykański aktor w pierwszym amerykańskim filmie mainstreamowym wypowiedział słowo „fuck”. A było to tak: podczas meczu footballu (tego amerykańskiego, w którym piłka przez większość czasu nie ma kontaktu ze stopami) grany przez niego bohater – wojskowy dentysta – krzyknął do zawodnika z przeciwnej drużyny: „all right bud, your fuckin head is coming off”. Zresztą MASH był przełomem na wielu polach. Altman miał powiedzieć, że jego film nie został opublikowany – on po prostu wyciekł. Oczywiście to stwierdzenie nie jest prawdą, bo film miał oficjalną premierę i trafił do komercyjnego obiegu, ale doskonale oddaje atmosferę zmian, jakie zachodziły w amerykańskim społeczeństwie.

Pierwsze razy

MASH nie był jednak pierwszym filmem w ogóle, w którym padła tak zwana f-bomb. Pojedyncze użycia tego słowa pojawiały się już w latach trzydziestych, czyli w czasach, kiedy kino już w pełni dominowało rynek sztuki i rozrywki. Co ciekawe, niektórzy historycy i badacze doszukują się brzmienia „fucka” w animacji Looney Tunes pt. Bosko’s Picture Show. Charakterystyczne dla animacji zniekształcenia głosu nie pozwalają jednak z pełnym przekonaniem stwierdzić, że w bajce słyszymy to, co wydaje nam się, że słyszymy. Teoretycznie jedna z postaci, wskazując palcem drugą – typa spod ciemnej gwiazdy – mówi „the dirty fuck”. Może to jednak równie dobrze być „the dirty fox” lub „the dirty thug”. Oceńcie sami, czy Looney Tunes są w istocie „looney”, oglądając powyższy fragment.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA