Publicystyka filmowa
KINO O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI. Krzywdząco i wątpliwie
KINO O NIEPEŁNOSPRAWNOŚCI. Krzywdząco i wątpliwie bada, jak filmowe obrazy zniekształcają rzeczywistość osób z ograniczeniami.
Od zarania dziejów w centrum zainteresowania sztuki filmowej znajduje się zagadnienie niepełnosprawności. Kino przygląda się temu środowisku, określając jego status społeczny. Pokazuje, jak ustosunkowane jest do niego otoczenie. Widz ma szansę poznać zwyczaje, postawy i potrzeby niepełnosprawnych. Medium filmowe może jednak przybrać formę zniekształconego odbicia rzeczywistości. W przypadku tak wrażliwego tematu, jakim są osoby o niezdolności do wykonywania określonych czynności, zarówno ze względu na ograniczenia fizyczne, jak również psychiczne, ma to szczególne znaczenie, albowiem granica między wiarygodnym ukazaniem codziennych zmagań niepełnosprawnego a ich przerysowaniem jest bardzo cienka.
Staram się być ostrożny w operowaniu terminem niepełnosprawności. Zauważalny jest dla mnie problem z jego konkretnym definiowaniem. Pomyślmy o przykładach. Na zajęciach z wychowania fizycznego jeden pełnosprawny kopnie piłkę celnie, drugi o braku precyzji swojego uderzenia będzie wolał jak najszybciej zapomnieć, ale nie określimy go mianem niepełnosprawnego. Jeden bezbłędnie wykona skok przez kozła albo przewrót do tyłu, drugi wykaże się zupełną nieporadnością. Jego ograniczona ruchliwość nie będzie jednak postrzegana jako niepełnosprawność. Przyczyni się do tego dopiero sięgnięcie po kulę bądź spoczęcie na wózku inwalidzkim.
Nie inaczej w kwestii zdolności umysłowych. Jedni nie mają problemów z rozwiązaniem zadań matematycznych albo świetnie pamiętają wydarzenia z naprawdę odległej przeszłości, drudzy są pod tym względem znacznie gorsi, ale i tak nie zasłużą na określenie niepełnosprawnych jak inne osoby, u których wskazany został niższy poziom funkcjonowania intelektualnego. Naturalnie są pewne wyznaczniki ograniczenia fizycznego i umysłowego, i chyba tylko dzięki nim możemy wskazać filmowe opowieści o środowisku niepełnosprawnych.
Nie zawsze jednak dana historia trafnie zobrazuje problem niepełnosprawnego. Niedawno Alec Baldwin musiał przełknąć gorzką pigułkę, gdy nie pozostawiono suchej nitki na jego roli w filmie Blind (2017). Zdaniem krytyków amerykański aktor błędnie zademonstrował osobę niewidomą. Ukazał ją w sposób krzywdzący, jakby zupełnie nie rozumiał problemu człowieka niewidzącego. Oczywiście w historii kina to nie pierwszy przypadek, gdy podjęcie tematyki niepełnosprawności dostarcza niemałego pola do dyskusji, budząc spore kontrowersje.
W zeszłym roku na niemały rozgłos zapracował film Zanim się pojawiłeś (2016). Z jednej strony nie brakowało pochlebnych opinii, z drugiej pojawiło się wiele głosów, jakoby historia w krzywdzący sposób opowiadała o osobach sparaliżowanych. Przyczyną kontrowersji był przede wszystkim wątek eutanazji. Pod tym względem Thea Sharrock ze swoim filmem naraziła się widowni niczym Alejandro Amenábar i jego W stronę morza (2004). W obydwu przypadkach sparaliżowany bohater domaga się pozbawienia go życia ze względu na potworne cierpienie.
Zarzuty odbiorców Zanim się pojawiłeś skupiają się wokół charakteru postaci z naciskiem na jego egoizm oraz kreacji (domniemanego) postrzegania świata przez sparaliżowanego jako rzeczywistości, w której nie jest on już w stanie funkcjonować. Nie tylko fizycznie, lecz również intelektualnie. Wszelkie wartości zostały zatracone, a bezwład ciała zabrał możność do wykonywania tego, co dotychczas dawało radość z codziennej egzystencji. W Zanim się pojawiłeś Will Traynor jest zamożnym, atrakcyjnym mężczyzną, co również przyczyniło się do niemałej krytyki – nie pierwszy już raz w kinie niepełnosprawnym jest bogaty, przystojny jegomość, a co za tym idzie, twórcy danego filmu kreują następujący punkt widzenia: bez możliwości wydawania tysięcy dolarów i spełniania swoich kolejnych zachcianek życie w zupełności traci na wartości.
Na dalszy plan schodzą relacje rodzinne, sukcesy najbliższych, czerpanie przyjemności z mniejszych czynności, niekoniecznie fizycznych, lecz także aktywności umysłowych. Takich zbulwersowanych głosów po premierze Zanim się pojawiłeś nie brakowało. Trudno mi jednak podzielić to zdanie. Z jednej strony je rozumiem, z drugiej problem może wynikać z braku zgłębienia kwestii samego cierpienia, z jakim zmaga się osoba sparaliżowana. Naturalnie zarówno Ramón Sampedro z W stronę morza, jak i Will z filmu Sharrock dzielą się z widzem refleksjami o swoich trudach i codziennym bólu, ale może należałoby pójść za najprostszą zasadą, jakiej udziela się początkującym scenarzystom: pokaż zamiast mówić. W natłoku narzekań i negacji stanowiska zatroskanych członków rodziny, którzy nie popierają eutanazji, bohaterowie rzeczywiście mogą się jawić jako osoby egoistyczne.
Ponadto zarówno dzieło Amenábara, jak i Sharrock dają jasno do zrozumienia, że paraliż przekreśla czerpanie radości z życia, co może być błędne, tj. nie brakuje autentycznych przypadków, gdy ludzie znajdujący się w równie złym stanie fizycznym i tak są w stanie znosić codzienny ból, nie przestając się uśmiechać. Znajdują powody, dla których warto wciąż być aktywnym przynajmniej umysłowo, a poza tym poświęcają się dla najbliższym im osobom, które wkładają całe w serce w opiekę. Dlatego niewłaściwym jest sprowadzanie postawy Ramóna oraz Willa do ogółu. Oni nie reprezentują niepełnosprawnych, lecz wyłącznie siebie.
Jeżeli pracownik kiosku jest gburowaty, to przecież reżyser filmu nie chciał pokazać powszechnej opryskliwości wykonawców tego zawodu. Z drugiej strony realizacja W stronę morza oraz Zanim się pojawiłeś ma swoje mankamenty, o których w zarysie wspomniałem, zatem twórcy nie są do końca usprawiedliwieni. Nie rozchodzi się już nawet o potrzebę dosadniejszego ukazania bólu, ponieważ pewne rzeczy w kinie należy pozostawiać wyobraźni widza, ale być może przydałoby się ukazać ten problem z wielu perspektyw. Albowiem do konkluzji, iż dla osób sparaliżowanych lepszym rozwiązaniem jest śmierć niż dalsze życie, droga jest dość prosta.
Wspomniany już został Blind, ale rozważając o wizerunku osób niewidomych, można również przytoczyć Miasto ślepców (2008). Co prawda uważam, że w niejednym aspekcie film jest co najmniej dobry (np. pod względem scenografii), ale nie brakuje scen, na których cierpi realizm opowiadanej historii. Można wysunąć tezę, że jest zasadnicza różnica pomiędzy postrzeganiem świata przez osobę niewidzącą od urodzenia bądź kilku, kilkunastu lat, a taką, która zmysł wzroku zatraciła niespodziewanie i cierpi na jego brak przez znacznie (podkreślam: znacznie) krótszy okres.
W Mieście ślepców nie brakuje sytuacji, których nie chciałbym od razu nazywać irracjonalnymi, co zwyczajnie budzącymi wątpliwości. Niektórzy bohaterowie Fernanda Meirellesa zdecydowanie zbyt dobrze radzą sobie z nagłą utratą wzroku i ich dość sprawnie oraz błyskawicznie nabyta orientacja w terenie jest zastanawiająca. Są również tacy, co z kolei prowadzi do skrajnego stanowiska, którzy nie potrafią (a przynajmniej tak twierdzą) wykonać prostych czynności, w których przypuszczalnie niemożność widzenia nie powinna być przeszkodą. W jednej ze scen protagonistka skarży się swojemu mężowi, iż ten nie docenia tego, jak wiele dla niego robi.
Żona lekarza wymienia szereg aktywności, w tym podstawowe czynności higieniczne (ubierając je w dosadne słowa). Jeżeli twórcy filmu mieli na celu tej rozmowy podkreślenie ważności obecności w środowisku niewidomych jednej osoby widzącej, to uczynili to dość niefortunnie. Miasto ślepców to historia z ogromnym potencjałem i wizualnie prezentuje się bardzo dobrze, ale wszechobecne głosy podważające sensowność działania bohaterów wydają się uargumentowane.
Z tematyki osób niewidomych przejdźmy do osób głuchych (będę stosować to określenie ze względu na dość często spotykaną opinię, jakoby „głuchoniemi” było nacechowane negatywnie i jego użycie jest niesłuszne). Chciałbym przytoczyć dwa filmy, które dwa lata temu miałem okazję obejrzeć podczas koszalińskiego festiwalu Integracja Ty i Ja. Pierwszy z nich to Plemię (2014). Dzieło Mirosława Słaboszpyckiego wywarło na mnie mocne wrażenie, które na pewno było spotęgowane dużym ekranem i niemałym nagłośnieniem (paradoksalnie, pomimo tematu, mającym jednak znaczenie).
Ukraiński utwór może się podobać także pod kątem zabiegów formalnych. Do zakwestionowania pretendują jednak co najmniej dwie sceny, w których dochodzi do morderstw. Po seansie, zaintrygowany, nie omieszkałem skonsultować zachowania filmowych głuchych z osobami mającymi na co dzień styczność z tym przypadkiem niepełnosprawności i powstała następująca konkluzja (osoby, które widziały film, wiedzą, o czym piszę; pozostałych zachęcam do seansu): zarówno na ruch ciężarówki, jak również ataki krzesłem, głusi powinni zareagować. Mogą nie słyszeć, lecz niemożliwym jest, aby nie poczuli jadącego w odległości trzech metrów za ich plecami ogromnego samochodu ciężarowego, jak również nie zbudzili się na gwałtowność ataku metalowym krzesłem w głowę leżącego kolegi w sąsiednim łóżku.
Myślę, że nawet my, osoby słyszące, doświadczyliśmy sytuacji, w których przerwano nam sen, lecz nie względu na powstały odgłos, a podświadome poczucie czyjejś obecności/wykonania jakiegoś ruchu. Słaboszpycki pragnął ukazać ograniczenia i bezradność głuchych, lecz w pewnym momencie ewidentnie przedobrzył. Szkoda, ponieważ dość mocno rzutuje to na ogół całkiem udanego, pomimo nadmiernej brutalności i bezpośredniości, filmu.
Plemię to dramat, zatem teraz dla odmiany komedia. Z 2014 roku pochodzi również Rozumiemy się bez słów. Generalnie francuska produkcja uchodzi za przyjemnego dostarczyciela humoru. Zabawnych momentów nie brakuje, ale zbyt często poszczególne sceny powodowały we mnie negatywne odczucia. Wiadomo, że głusi komunikują się za pomocą języka migowego, gestów czy mimiki, a niestety powstaje wrażenie, iż Eric Lartigau obrał to za podstawę dla zbudowania warstwy komicznej swojego utworu.
Jego postaci są rażąco przerysowane i w swoim zachowaniu infantylne. Przypuszczalnie reżyser chciał rozbawić widownię, np. sposobem rozmawiania przez głuchych o stosunkach seksualnych czy o oznakach dorastania ich córki. Energiczność swoich postaci przemienił jednak w nadpobudliwość, a dorosłość w niedojrzałość, wręcz zdziecinniałość. Jasne, przecież wśród osób słyszących de facto takich ludzi również nie brakuje, ale w Rozumiemy się bez słów skecze w dużej mierze opierają się na wyszczególnionej już gestykulacji oraz mimice. Takie przerysowanie bawić nie może, a wręcz kreuje krzywdzący wizerunek osób pozbawionych zdolności słyszenia.
To w kwestii schorzeń fizycznych. W sztuce filmowej nie brakuje również dzieł, w których w kontrowersyjny sposób podjęto temat niepełnosprawnych umysłowo. Co prawda pewne stany być może należałoby postrzegać jako zaburzenia, zaś nie choroby, niemniej jednak mamy do czynienia z nieprawidłowym funkcjonowaniem umysłu, tak samo jak z ograniczeniem bądź zupełnym zatraceniem zmysłów. Można się zastanowić, z czego przykładem mierzymy się np. w Podziemnym kręgu (1999). Przypuszczalnie należy skreślić schizofrenię, ponieważ osoby na nią cierpiące nie mają rozszczepionej osobowości.
Dlatego trafniejsze wydaje się dysocjacyjne zaburzenie tożsamości. Problem, że i tak w analizie filmu Davida Finchera nie sposób uciec od nieścisłości. Twórcy dzieła zbyt wiele zrobili pod kątem dramaturgii, naginając fakty. Pomiędzy protagonistą a Tylerem Durdenem zostaje nawiązana relacja, co już jest sprzeczne z prawidłami dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości. O ile rzeczywiście poszczególne osobowości nie są świadome istnienia pozostałych, tak nigdy nie występują jednocześnie. Ponadto twórcy filmu starają się silnie skontrastować dwie tożsamości: poprzez ubiór, uczesanie, jakieś zwyczaje.
W rzeczywistości tak diametralnych różnic nie ma. Samo uświadomienie sobie o obecności drugiej tożsamości nie dzieje się na pstryknięcie palcem, co sugeruje większość filmów. To efekt długotrwałego procesu leczenia, wielu trudów emocjonalnych, zażywania leków i wykonywania szeregu poleceń lekarskich. O tym, że człowiek kreuje przynajmniej jedną dodatkową osobowość, dowiaduje się dopiero po czasie i musi zostać spełnionych ku temu kilka ważnych czynników. Sam z siebie nie jest w stanie do tej prawdy dotrzeć.
Kłopot z jednoznaczną diagnozą danego przypadku wydaje się jednak uzasadniony. Często granica pomiędzy jednym problemem umysłowym a drugim jest bardzo cienka. Cofnijmy się do roku 1960 i przypomnijmy kultową Psychozę. W powszechnej opinii Norman Bates uchodzi za psychopatę. Należałoby jednak stwierdzić, iż antagonista z arcydzieła Alfreda Hitchcocka ma objawy schizofrenii z ewentualnymi przejawami psychozy (której nie należy łączyć z psychopatią).
Sprowadzanie go do bycia psychopatycznym mordercą wydaje się błędne. Bates doznaje silnych zakłóceń w percepcji rzeczywistości oraz zatraca prawidła światła, w którym przebywa. Jego zaburzona świadomość i dezorganizacja myślenia, co przyczynia się do popełnianych czynów, m.in. licznych aktów zabójstwa, sprawiają, że Bates nie wpisuje się w wizerunek psychopaty, albowiem ten jest świadomy tego, co robi oraz w dużej mierze wykazuje skłonność do zachowań impulsywnych, gwałtownych i niekontrolowanej agresji. Cechuje go również zawyżona samoocena. Bohater Psychozy jest zbyt urojony jak na psychopatę, który ze względu na świadomość bycia w konkretnej czasoprzestrzeni i wykonywania poszczególnych czynności, nie ma prawa cierpieć na rozszczepienie osobowości, co jak wiemy, stanowi podstawowy problem tożsamości Batesa. W efekcie niepełnosprawność intelektualna właściciela motelu nie wskazuje na psychopatię.
Czy wobec tego możemy mówić np. o schizofrenii paranoidalnej? Psychopacie nie powinny doskwierać omamy wzrokowe czy słuchowe, co z kolei dotyczy schizofreników. Bates wchodząc w dialog z imaginacją własnej matki, przeżywa zniekształconą rzeczywistość. Akurat w jego przypadku większe znaczenie mogą mieć halucynacje słuchowe aniżeli wzrokowe. Pod tym względem schizofrenia paranoidalna wydaje się odpowiednia, ale pojawia się następujący problem: schizofrenicy rzadko wykazują agresję i dopuszczają się przestępstw. Ponadto Bates nie tylko stara się utwierdzić wszystkich dookoła o obecności jego matki, lecz staje się nią (co wyklucza bycie schizofrenikiem, który nie może mieć innych osobowości), zatem powraca schorzenie z Podziemnego kręgu – dysocjacyjne zaburzenie tożsamości.
Pod tym względem zachowanie Batesa jest najbardziej stosowne. Bohater filmu płynnie przechodzi z jednej osobowości w drugą, jego codzienne funkcjonowanie nie jest zaburzone i bezproblemowo porusza się w społeczeństwie, wykazując dość wysoką kontrolę zachowania. Można stawiać hipotezy, na ile jest świadom swoich przebieranek, ale dla nas i tak najważniejsza jest kwestia uobecnienia matki. Jeżeli w umyśle Batesa kobieta występowała w czasie rzeczywistym, to powracamy do tematu schizofrenii i kreowania alternatywnej persony – nie dysocjacyjnego zaburzenia tożsamości. W krytyce filmowej oraz powszechnej opinii jednak postrzega się Batesa jako mordercę i łączony jest ze zjawiskiem psychopatii. Charakterystyka antagonisty Hitchcocka natomiast zdaje się temu zaprzeczać.
Obecnie jeszcze nie ma szansy na obejrzenie Blind, zatem Baldwina ocenić nie mogę. Powyższe przykłady wskazują jednak, że jak tematyka niepełnosprawności fizycznej oraz psychicznej stanowi dla filmowców duże wyzwanie i jest bogatym materiałem, tak jej realizacja nie należy do najprostszych. Niewiele potrzeba, aby przedstawić niepełnosprawnego dość konwencjonalnie, skrajnie pokazać jego zdolności bądź braki, przerysować codzienne zwyczaje i zachowania albo nakreślić portret psychologiczny mający cechy wzajemnie się gryzące.
korekta: Kornelia Farynowska
