search
REKLAMA
Zestawienie

JAMES BOND kończy 60 lat. NAJWAŻNIEJSZE filmy o agencie 007, które powinniście znać

5 października 1962 roku odbyła się światowa premiera „Doktora No”.

Filip Pęziński

5 października 2022

bond 60
REKLAMA

Chociaż James Bond narodził się na kartach powieści Iana Fleminga, to nieśmiertelność dała mu jego filmowa inkarnacja. A historia agenta 007 na wielkim ekranie zaczęła się (oficjalnie) 5 października 1962 roku, kiedy premierę miał film Doktor No z Seanem Connerym w roli głównej, co miejsce miało dokładnie 60 la temu. Z tej okazji przyjrzymy się wspólnie najważniejszym momentom tego popkulturowego fenomenu.

Wśród 25 pięciu filmów marki wybrałem (00)7 moim zdaniem najważniejszych.


Warning: count(): Parameter must be an array or an object that implements Countable in /home/film/domains/film.org.pl/public_html/wp-content/themes/wp-default/functions.php on line 265

„Doktor No”, czyli Bond debiutuje

Dokładnie 60 lat minęło od światowej premiery Doktora No, pierwszego oficjalnego (w latach 50. powstało nieuznawane za kanon, telewizyjne Casino Royale) filmu o agencie 007. Dzisiaj trudno nie zauważyć w filmie licznych archaizmów, zarówno realizacyjnych, jak i mentalnych, ale przyznam, że film z 1962 roku wciąż pozostaje jednym z moich ulubionych odcinków serii. Każdorazowo wciąga mnie jego intryga, cieszy stylistyka retro (z perspektywy dzisiejszego widza) oraz raduje oglądanie na ekranie młodego Seana Connery’ego i Ursulli Andress.

Nikogo nie trzeba chyba przekonywać do wagi tego tytułu, bo to on właśnie zaczął filmową serię o tej kultowej postaci. Nie ma tu co prawda jeszcze wszystkich charakterystycznych elementów serii, bo na próżno szukać np. piosenki tytułowej, ale to w Doktorze No usłyszymy pierwszy raz klasyczne „Bond, James Bond” (kto jednak pamięta, że wypowiedziane w odpowiedzi na „Trench, Sylvia Trench” pierwszej ekranowej partnerki bohatera?).

„Goldfinger”, czyli formuła klasycznego Bonda

Ocierający się o karykaturę antagonista z nadludzko silnym sługusem, przedmiotowo traktowana kobieta z głupkowatym imieniem, grubymi nićmi szyta intryga bez większego sensu, wymyślne gadżety, czarno-biały smoking głównego bohatera, mocna i podniosła piosenka otwierająca film, aston martin naszprycowany dodatkową technologią rodem z kina science fiction, zmieniane jak w kalejdoskopie miejsca akcji? Część, jeśli nie większość, tych elementów obecna była już w Doktorze No czy Pozdrowieniach z Rosji, ale to trzeci film o Jamesie Bondzie, opisywany tu Goldfinger, dopracował formułę produkcji o agencie 007 do perfekcji i standardu, która obecna była w niemal każdym późniejszym filmie z tej serii.

Trudno się zatem dziwić, że wielu fanów do dziś wskazuje Goldfingera jako jedną z najlepszych, jeśli nie najlepszą, produkcję poświęconą słynnemu agentowi. Rzeczywiście, trudno o przykład bardziej klasycznego Bonda. Nawet jeśli w moim odczuciu tytuł zestrzał się dużo gorzej niż jego dwaj poprzednicy.

„W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”, czyli Bond się żeni

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości to Bond wyjątkowy na wielu płaszczyznach. To tutaj po raz pierwszy dokonano recastu głównego bohatera, a ten dodatkowo okazał się jedynym w historii przypadkiem, kiedy Jamesa Bonda nie zagrał Europejczyk (George Lazenby jest obywatelem Australii), ale też jedynym aktorem, który do roli nie już nie powrócił (nawet Timothy Dalton miał okazję wcielić się w Bonda dwukrotnie).

Co jednak moim zdaniem najmocniej wyróżnia tę odsłonę, to pierwsza (ale nie ostatnia) próba przekierowania klimatu serii i w tym wypadku zaprowadzenia jej w nieco bardziej romantyczne, kojarzące się z epoką Beatlesów rejony. Poskutkowało to tym, że nasz agent 007 po raz pierwszy naprawdę się zakochał i (jak na razie) jedyny raz ożenił! Tak, finał W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości zaprowadza Jamesa Bonda na ślubny kobierzec. Niestety, była to miłość tragiczna, bo jeszcze przed napisami końcowymi wybranka agenta zostaje zastrzelona przez Blofelda.

Bond będzie zmieniał twarze, ale ukochaną Tracy z bólem wspominać będzie jeszcze Bond o twarzach Seana Connery’ego, Rogera Moore’a i Timothy’ego Daltona.

„W obliczu śmierci”, czyli Bond staje się nieśmiertelny

Pewnie wielu z czytelników zaskoczy obecność w zestawieniu tego – wydawałoby się – niezbyt istotnego odcinka przygód agenta 007. Oczywiście, jest to ekranowy debiut Timothy’ego Daltona w kultowej roli, więc już jako taki zasługuje na uznanie, ale skoro pozwoliłem sobie tu pominąć (mimo miłości do tamtych filmów) całą erę Rogera Moore’a, z pewnością nie rezerwowałbym miejsca dla W obliczu śmierci tylko ze względu na pojawienie się nowego nazwiska w głównej roli. Już spieszę zatem z wyjaśnieniem.

W moim odczuciu W obliczu śmierci jest filmem o Jamesie Bondzie, który ustanowił tę postać jako nieśmiertelną i niepodatną na ząb czasu. Do tej pory, od Seana Connery’ego przez George’a Lazenby’ego po Rogera Moore’a, zakładać mogliśmy pewną ciągłość wydarzeń. Aktorzy odgrywający rolę agenta 007, mimo różnic w wieku, stanowili część tej samej generacji. Inaczej było z angażem Timothy’ego Daltona. Czterdziestoletni aktor zastąpił 58-latka Moore’a. Doszło do zmiany pokoleniowej, a W obliczu śmierci – mimo zachowania ciągłości (przez wydarzenia czy postaci towarzyszące) – wprowadziło nową zasadę: czasy się zmieniają, a Bond zawsze będzie aktywnym agentem.

„GoldenEye”, czyli Bond po zimnej wojnie

GoldenEye to bez wątpienia jeden z najbardziej cenionych i znanych odcinków serii. Pierwszy film o Jamesie Bondzie lat 90., który przy okazji rozpoczynał erę Pierce’a Brosnana w tej roli i mógł pochwalić się wielkim hitem w postaci piosenki otwierającej o tytule tożsamym z całym widowiskiem.

To, co czyni GoldenEye jednak naprawdę wyjątkowym, to fakt, że jest pierwszym filmem nakręconym po zakończeniu zimnej wojny. Oczywiście, żaden wcześniejszy nie czynił Związku Radzieckiego bezpośrednim wrogiem agenta 007 (sprytnie pozwalając, by były nimi np. zbuntowane jednostki stamtąd pochodzące), a już wcześniejsza Licencja na zabijanie odchodziła od dynamiki przygód Bonda opartej na starciu dwóch mocarstw, ale bez wątpienia Bond był dzieckiem zimnej wojny i ery szpiegów, a bez niej jako motoru napędowego mógł po prostu umrzeć (znacząco „reliktem zimnej wojny” nazywa go nowa przełożona w doskonałej i kultowej dziś scenie z udziałem Judi Dench), ale na szczęście reżyser Martin Campbell znalazł sposób, jak zbudować postać na nowo: uczynił Bonda zlepkiem interpretacji poprzednich odtwórców tej roli, a samą fabułę bezpośrednio połączył właśnie z upadkiem żelaznej kurtyny.

„Casino Royale”, czyli Bond zaczyna od nowa

Na kolejny przełom nie musieliśmy czekać długo. Za jego wdrożenie odpowiedzialny był autor GoldenEye, czyli wspomniany już Martin Campbell. Producenci postawili go ponownie przed zadaniem wyprowadzenia serii z niebezpiecznego zakrętu, jakim bez wątpienia było absolutnie przegięte Śmierć nadejdzie jutro z 2002 roku. Tym razem zdecydowano jednak na radykalny krok: reboot marki.

Pozostawiono za sobą czterdziestoletnią, liczącą dwadzieścia tytułów serię i postanowiono opowiedzieć historię Jamesa Bonda od nowa. A zatem Casino Royale, bo o tym filmie oczywiście mowa, zaczyna się sekwencją uzyskania przez agenta statusu 00 i pokazuje, jak Bond dopiero uczy się swojego fachu, dociera z M, zdobywa formujące go przekonania.

W moim odczuciu produkcja z 2006 roku to najlepsza odsłona marki i jeden z najlepszych filmów akcji w całej historii kina komercyjnego, a zatem też perfekcyjne otwarcie drugiej serii o 007 i udane wprowadzenie postaci w XXI wiek.

„Nie czas umierać”, czyli Bond… umiera

Wybór swój zakończę najnowszą odsłoną marki, to jest filmem Nie czas umierać. Do historii przejdzie on z pewnością jako „Bond pandemii”, bo wciąż przenoszona data premiery, a następnie triumfalna obecność gwiazd i twórców filmu na czerwonym dywanie spięły niemal klamrą erę lockdownu w ujęciu hollywoodzkim. Ale tytuł ważny jest też dla serii samej w sobie.

Po pierwsze w tym filmie zobaczyć mogliśmy po raz pierwszy agenta 007, który wcale nie jest Jamesem Bondem (charakterystyczny numer w MI6 przejęła pod nieobecność Bonda niejaka agentka Nomi). Po drugie Bond doczekał się w filmie córeczki, co też na razie jest absolutnym precedensem. W końcu po trzecie Nie czas umierać jest ostatnim filmem drugiej serii o Bondzie, a przynajmniej tak wskazuje logika, bo trudno byłoby ją kontynuować, gdy w finale filmu Bond… umiera. Tym samym historia Jamesa Bonda o twarzy Daniela Craiga ma swój koniec i początek.

I na tym (na razie) zakończmy…

Filip Pęziński

Filip Pęziński

Wychowany na "Batmanie" Burtona, "RoboCopie" Verhoevena i "Komando" Lestera. Miłośnik filmów superbohaterskich, Gwiezdnych wojen i twórczości sióstr Wachowskich. Najlepszy film, jaki widział w życiu, to "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

zobacz inne artykuły autora >>>

REKLAMA