Publicystyka filmowa
Filmowy profiler#14. Jigsaw/John Kramer. Piła
JIGSAW/JOHN KRAMER. PIŁA to historia samozwańczego strażnika, który w niekonwencjonalny sposób uczy ludzi cenić życie i walczyć o nie.
Za nadanym mu przez media i policję mianem „Jigsaw” nie przepadał. W odróżnieniu od Zodiaka nie miał zacięcia do tworzenia postaci-symbolu. Swoją misję wolał realizować pod własnym imieniem – John Kramer. Efekty jednak okazały się równie wątpliwe, jak wątpliwa była szczerość podstaw tejże misji. Deklaracje Jigsawa nie są bowiem do końca zgodne z jego faktyczną motywacją, nawet jeśli sam nie do końca zdaje sobie z tego sprawę lub, co bardziej prawdopodobne, nie dopuszcza tego do świadomości.
Kramer wpisuje się w typologię samozwańczego strażnika (vigilante), napędzanego wiarą w realizowaną misję (mission-oriented). Jego manifest zakłada uświadomienie ludziom, którzy traktują swoje życie bezmyślnie i beztrosko, jak wielki popełniają błąd. W opinii Jigsawa życie jest darem, którego zmarnować nie wolno. Darem tak cennym, że walka o niego usprawiedliwia absolutnie wszystko. Ludziom jednak brakuje woli walki, brakuje samozachowawczego instynktu przetrwania. Kramer organizuje zatem grę opartą na tym, co interpretuje jako słabość danej jednostki, i testuje jej pragnienie przeżycia, udzielając tym samym lekcji na przyszłość (oczywiście dla tych, którym udało się trzymać reguł – wielu ich nie ma).
Technicznie rzecz biorąc, Jigsaw nie jest mordercą – w tym sensie, że bezpośrednio nie pozbawia swoich ofiar życia. Kłóciłoby się to zresztą z jego pompatyczną filozofią. Jest zwolennikiem autonomicznych wyborów, tak przynajmniej głosi. Przetrwasz czy zginiesz, wybór należy do ciebie, a ewentualna porażka jest wyłącznie twoją winą.

Stephen Marshall, „Jigsaw Killer”
W 2006 roku młody mieszkaniec Nowej Szkocji, Stephen Marshall, szukał dla siebie ważkiej życiowej misji. I znalazł. Poświęcił sporo czasu, by zebrać informacje o przestępcach seksualnych zarejestrowanych w Maine. Z listy liczącej trzydzieści cztery nazwiska wybrał dwadzieścia dziewięć i sumiennie skompletował wiedzę potrzebną do tego, by udzielić im lekcji.
Następnie wybrał się do Houlton odwiedzić ojca, pożyczył od niego ciężarówkę i broń, po czym odwiedził pierwsze dwa ze swojej listy celów. W Milo zastrzelił pięćdziesięciosiedmioletniego Josepha Graya, a w Corinth dwudziestoczteroletniego Williama Elliotta. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa miał w planie unicestwienie wszystkich dwudziestu dziewięciu osób z listy, ale policja przechwyciła go w autobusie, którym jechał na kolejne miejsce zbrodni. Marshall nie zamierzał pozwolić, by wzięto go żywcem, i popełnił samobójstwo, porzucając tym samym misję w zarodku.
W ramach ciekawostki można dodać, że inny Stephen Marshall, trzydziestoośmioletni Brytyjczyk z Hertfordshire, został okrzyknięty przez prasę mianem „Jigsaw Killer”. Jednak nie chodzi tu o duchowe pokrewieństwo z Johnem Kramerem, a dosłownie „układankę” – Marshall miał zwyczaj rozczłonkowywać swoje ofiary i porzucać fragmenty ich ciał w różnych miejscach. Ile ich było, nie wiadomo – został skazany za jedno morderstwo, Jeffreya Howe’a, i odmówił podania dalszych szczegółów.

Michael Anthony Mullen
Michael Mullen miał trudne i bolesne dzieciństwo. Bity i seksualnie wykorzystywany, wyrósł na głęboko znerwicowanego, niestabilnego człowieka dręczonego obsesyjnym pragnieniem zemsty. Zemsty wymierzonej nie bezpośrednio w jego własnych oprawców, ale tych, którzy mogli krzywdzić inne dzieci i skazać je na los podobny do jego własnego losu. Punktem zapalnym okazała się historia wyjątkowo zdeprawowanego pedofila i mordercy, Josepha Edwarda Duncana III.
W czterostronicowym liście wysłanym do redakcji „Timesa” Mullen wyjaśnił, że ma nadzieję umrzeć przed Duncanem, by „powitać go w piekle”. W międzyczasie jednak, przedstawiając się jako agent FBI, zapukał do drzwi domu wynajmowanego wspólnie przez trzech przestępców seksualnych: Hanka Eissesa, który odsiedział niecałe sześć lat za gwałt na trzynastolatku, Victora Vazqueza i Jamesa Russella. W swojej własnej interpretacji, Mullen dał im szansę na przeżycie. Jednak tylko Russellowi udało się zaliczyć test, ponieważ wyraził szczerą skruchę. Pozostała dwójka „chwaliła się” swoimi przestępstwami i całą winą obarczała swoje ofiary. W rezultacie Russell przeżył, Eisses i Vazquez nie.
„Nie jestem święty” – napisał Mullen. „Nie jestem dumny z odebrania dwóch żyć, chętnie oddałbym własne, ale to by nic nie znaczyło”. Dodał, że molestowane dzieci stają się często częścią błędnego koła przemocy, wyrastając na narkomanów, alkoholików, jak również pedofilów. Mullen zmarł w 2007 roku w więzieniu w niejasnych okolicznościach.
Ta przywołana powyżej para strażników, podobnie jak Kramer, kierowała się pragnieniem wyrugowania skazy, naprawy ułomności w społeczeństwie. Wyrazisz skruchę – przeżyjesz.
Jednym z najbardziej chyba znanych morderców z misją był Ted Kaczynski, który przeszedł do historii kryminologii jako Unabomber. Z pochodzenia Polak, syn Wandy z domu Dombek i Theodore’a Richarda Kaczynskiego, cudowne dziecko, matematyczny geniusz, między 1978 a 1995 rokiem prowadził kampanię terroru, podkładając bądź wysyłając pocztą bomby domowej roboty do osób, które uważał za piewców nowych technologii. Postęp technologiczny w opinii Kaczynskiego, mistrza survivalu, na co dzień żyjącego w chatce z dala od świata bez bieżącej wody i elektryczności, jest największym wrogiem ludzkiej wolności, ponieważ przytępia naturalne instynkty konieczne do przetrwania.
Przez kilkanaście lat działalności Unabomber zabił trzy osoby, dwadzieścia trzy natomiast zostały ranne. Zniecierpliwiony najwyraźniej ślamazarnością FBI, wysłał do redakcji „New York Times” swój manifest – bagatela, ponad pięćdziesiąt stron i trzydzieści pięć tysięcy słów. Domagał się jego publikacji, obiecując, że zaprzestanie wówczas swojej terrorystycznej działalności.

Ted Kaczynski, „Unabomber”
Manifest pod tytułem Industrial Society and Its Future został ostatecznie opublikowany, po długich debatach, przez „Timesa” i „Washington Post”. Styl eseju został następnie rozpoznany przez brata Kaczynskiego, Davida, i jego szwagierkę, Lindę. W chwili aresztowania w kwietniu 1996 roku Unabomber dzierżył palmę pierwszeństwa w zakresie najbardziej kosztownego śledztwa w historii FBI.
Biegły sądowy rozpoznał u Kaczynskiego schizofrenię paranoidalną, co on sam uznał za „idiotyczną” i „politycznie motywowaną” diagnozę. Ostatecznie uniknął kary śmierci, ale chociaż nie ma szans na to, by kiedykolwiek wyjść na wolność, pozostaje wierny swoim przekonaniom, głosi wszem i wobec niezbywalne prawo do wolności wypowiedzi i utrzymuje ożywioną korespondencję z ponad czterystoma osobami.
A skoro jesteśmy przy zabójcach z historią misji, nie wypada wprost nie wspomnieć o tym, który zebrał największe żniwo: Haroldzie Shipmanie, Brytyjczyku znanym również jako Doktor Śmierć. O ile pozbawianie ludzi życia dla Unabombera było raczej efektem pobocznym, z którym się liczył, ale do którego nie dążył, o tyle Shipman miał ze swoimi ofiarami kontakt bezpośredni, wręcz intymny. Aresztowano go w sumie za piętnaście morderstw, sądzono za cztery, szacuje się, że miał na koncie życie dwustu osiemnastu osób, a może i więcej. Jego epopeja zaczęła się we wczesnej młodości, kiedy był świadkiem strasznego cierpienia matki umierającej na raka płuc i doznającej chwili wytchnienia tylko po końskiej dawce morfiny.

Harold Shipman, „Doktor Śmierć”
Shipman ukończył akademię medyczną w Leeds i potem praktykował jako lekarz ogólny przez kilkanaście lat, aż wreszcie liczba osób, zwłaszcza kobiet w starszym wieku, umierających niespodziewanie pod jego opieką, zwróciła uwagę kilku rodzin. Jedna z nich dopatrzyła się również podrobienia testamentu. To był największy błąd Shipmana, który czyniąc się jedynym spadkobiercą w sfałszowanym dokumencie, znalazł się natychmiast pod lupą.
Działał za każdym razem tak samo: podawał pacjentom śmiertelną dawkę leku przeciwbólowego, wpisywał w kartę śmierć z przyczyn naturalnych, wcześniej celowo opisując stan zdrowia chorego jako dużo gorszy niż w rzeczywistości. Ponieważ cieszył się dużym poważaniem, zazwyczaj bez problemu udawało mu się przekonać rodziny w żałobie do skremowania zmarłych bliskich.
Linia obrony oparta na próbie przekonania sędziego, że Shipman był kierowanym współczuciem aniołem miłosierdzia, nie powiodła się zupełnie, bo żadna z jego piętnastu ofiar nie znajdowała się w ciężkim stadium choroby. Czy Shipman wierzył, że im pomaga? Można tylko spekulować, ponieważ nigdy nie przyznał się do winy, a w 2004 roku powiesił się w więzieniu. Być może to, co rozpoczęło się od uzasadnionej w jego przekonaniu misji pomocy chorym, z czasem przerodziło się w uzależnienie od kontroli i władzy, zwłaszcza że Shipman miał do uzależnień skłonność i lubił fundować sobie narkotykowy haj. Zapamiętajmy tę ewolucję postępowania (czy raczej jego degenerację). Przyda nam się jeszcze później.

Robert Hansen
Robert Christian Hansen, z racji zawodu zwany również „Butcher Baker” albo alternatywnie „Łowca Ludzi”, między 1971 a 1983 rokiem uprowadził, zgwałcił i zamordował co najmniej siedemnaście kobiet. Chudy jąkała pokryty bliznami po trądziku większość nastoletnich lat spędził, planując drobiazgową zemstę na wyśmiewających go kobietach. Na kobietach w ogólności.
Do historii kryminologii przeszedł profil psychologiczny sporządzony przez Roya Hazelwooda, a to z uwagi na jego niesamowitą trafność: Hazelwood nie tylko przewidział, że sprawca jest doświadczonym myśliwym z kompleksem niższości, ale również zasugerował, że prawdopodobnie się jąka i kolekcjonuje pamiątki po swoich „zdobyczach”. Przywołuję tutaj nieciekawą postać Roberta Hansena z jednego podstawowego względu, a mianowicie jego sposobu działania. Hansen miał bowiem w zwyczaj wypuszczać zdezorientowane, nagie kobiety do lasu i rozpoczynał za nimi pościg, tropiąc je jak zwierzęta. Kierował się przy tym jasnym tylko dla siebie zbiorem reguł. Niektórym dawał fory. Inne ranił nożem przed wypuszczeniem. Do jednych strzelał z daleka, innym podcinał gardło z bliska. Jeszcze inne puszczał wolno.
Nigdy nie udało się ostatecznie zdefiniować, na ile miało to związek z zachowaniami konkretnych kobiet, a na ile było przypadkowym urozmaiceniem gry, ot tak, dla własnej rozrywki, żeby nie było powtarzalnie. To jednak kolejny przykład mordercy, który prowadzi grę wedle urojonych zasad, realizując tym samym swoje pragnienie kontroli, nie jest bowiem w stanie zapanować nad własnym życiem.
John, bezpośrednio przed przeobrażeniem w Jigsawa, znajdował się w sytuacji pokrewnej do wielu swoich późniejszych ofiar. Z zawodu jest inżynierem budownictwa. Jego szczęśliwe, udane małżeństwo z Jill sypie się w drobiazgi, kiedy kobieta zostaje napadnięta i w efekcie roni. John, z każdym dniem coraz bardziej gniewny i obojętny, oddala się od Jill, w konsekwencji dochodzi do rozwodu. Człowiek, który był sprawcą całej tragedii, niejaki Cecil Adams, zostanie później pierwszym obiektem Kramera. Tego samego Kramera, który podda Jeffa Denlona „testom na umiejętność wybaczania” i będzie oskarżał doktor Lynn Denlon o zaniedbywanie rodziny po tragicznej śmierci synka w wypadku.

John Kramer
Po rozwodzie i rozpadzie dotychczasowego życia John otrzymuje ostateczny cios – diagnozę stwierdzającą, że cierpi na nieoperowalnego guza mózgu. Załamany, próbuje popełnić samobójstwo, zjeżdżając samochodem z klifu. I okazuje się, że jego ciało, niezdolne zwalczyć komórek rakowych, ma jednak dość sił, by przetrwać wypadek. Jak wielu niedoszłych samobójców, John doświadcza odrodzenia zachwytu nad światem i życiem.
Przyjmuje filozofię „cieszenia się każdą sekundą” (dlatego element czasowy jest tak istotny w jego grach) i decyduje się poświęcić resztę ziemskiej egzystencji na misję nawracania ludzi, którzy zapomnieli, jak wielkim darem dysponują.
Kramer posługuje się skomplikowanymi urządzeniami, które działają jak pułapki, jednak można się z nich wydostać, o ile instynkt przetrwania okaże się wystarczająco silny. Zazwyczaj wymaga to od ofiar fizycznego bólu i psychicznego poświęcenia, związanego w jakiś sposób z ułomnościami charakteru. Te sztuczki Jigsawa przywodzą na myśl historię nieszczęsnego Briana Douglasa Wellsa, dostarczyciela pizzy, który z bombą przymocowaną do szyi bez powodzenia usiłował wypełnić cztery punkty zleconej mu instrukcji przed upływem wyznaczonego czasu. Pierwszy na liście był napad na bank. Nagranie przedstawiające rozsadzenie głowy Wellsa do dzisiaj krąży po internecie. Rzecz miała miejsce w 2003 roku, czyli rok przed premierą Piły. Dochodzenie policyjne sugeruje, iż Wells początkowo brał czynny udział w opracowaniu planu napadu z udziałem bomby. Nie wiedział tylko, że będzie prawdziwa…
Obok pułapek, drugim elementem sygnatury Johna Kramera są taśmy, na których nagrywa instrukcje dla swoich ofiar. Specyficznie zmieniony głos bardziej niż próbą ukrycia tożsamości jest symbolicznym odcięciem się Jigsawa od udziału w wydarzeniach. On jest obserwatorem i po części sędzią efektu, ale nie bierze faktycznego udziału w mechanizmie. Po pierwsze, wypaczyłoby to cel gry. Po drugie, Kramerowi bardzo zależy na tym, by nie definiować się jako „morderca”. W charakterze reprezentanta i dostarczyciela wiadomości pojawia się również marionetka znana wśród fanów jako „Billy the Puppet”.
Trzecim elementem sygnatury wreszcie jest maska świni, pod którą Jigsaw i jego adepci ukrywają się podczas uprowadzeń. Kramer rozpoczął swoją misję w chińskim roku Świni, stąd pomysł, natomiast średnio estetyczny wygląd maski ma symbolizować rozpad i chorobę toczącą zarówno świat wokół, jak i dosłownie mózg Johna. Oznakowanie tych, którym się nie udało, fragmentem wyciętej skóry w kształcie kawałka układanki – stąd medialny pseudonim – w oczach Kramera oznacza, że obiektowi „czegoś brakuje”, konkretnie, brakuje mu wystarczającej woli przeżycia.
Filozofia Johna wydaje się niezwykle staranna i przemyślana. On sam jest zresztą osobą niezwykle sumienną, zorganizowaną i skupioną na detalach. Ma dość opanowania i odporności psychicznej, by nieruchomo spędzić kilka godzin na podłodze w charakterze zwłok, co nawet biorąc poprawkę na zastrzyk spowalniający pracę serca i rozluźniający mięśnie jest niewątpliwym osiągnięciem. Kramer jest równie przewidującym strategiem z zapasowym planem w zanadrzu, na co pozwala mu umiejętność trafnego osądzania ludzkich charakterów.
Wystarczająco charyzmatyczny i przekonujący, by zjednać sobie oddanie kolejnych uczniów, ma też świadomość ich ułomności, jednak kiedy w grę zaczynają wchodzić emocje, jak w przypadku Amandy Young, ma problem z chłodnym i wykalkulowanym zastosowaniem się do własnych przeczuć, dając swoim partnerom, w odróżnieniu od „obiektów”, więcej niż jedną szansę poprawy. John lubi też przemawiać językiem symboli, czerpiąc przyjemność z szukania metafor nałogów i skaz charakterologicznych swoich ofiar i przekuwania ich na projekty swoich gier.
W pierwotnej wersji scenariusza trzeciej części Piły znajdowała się scena, w której John – uświadomiwszy sobie na łożu śmierci, że jego dzieło zostało wypaczone, że przejdzie do historii jako morderca zamiast jako orędownik życia i nauczyciel, ponieważ uczniowie sprawili mu zawód – załamuje się i zaczyna płakać, jako że stał się kimś, kim stać się nie chciał. Taka scena, chociaż emocjonalnie poniekąd uzasadniona – w końcu Kramer całą swoją koncepcję zwycięstwa nad chorobą i śmiercią oparł o ideę następców kontynuujących jego dzieło – przy bliższym spojrzeniu okazałaby się jednak nielogiczna. A dlaczego?
Tutaj dochodzimy do największej manipulacji, jaką Johnowi udało się przeprowadzić. Zdołał mianowicie przekonać wszystkich, że separuje się od czynów popełnianych przez swoje ofiary. Na każdym kroku podkreśla, że nie tylko nie popiera morderstwa, ale również gardzi mordercami. Niemniej najwyraźniej uznaje, że odebranie komuś życia jest całkowicie uzasadnione w drodze walki o przetrwanie. Tylko w taki sposób przecież Amanda może zwycięsko przejść przez swój test. Ostatecznie wybacza również detektywowi Hoffmanowi, który uśmiercił winnego śmierci swojej siostry, inspirując się zabawkami Jigsawa, ale z założenia czyniąc pułapkę niemożliwą do obejścia.
John jest zły, beszta Hoffmana, ale ostatecznie co? Rekrutuje go i obsadza w roli swojego następcy. I o ile jest to dosyć zrozumiałe w przypadku doktora Lawrence’a Gordona, który znalazł sposób na przeżycie bez wypełnienia zabójczego scenariusza – czyli w sumie stał się największym zwycięstwem Jigsawa – o tyle wybór Hoffmana wydaje się poniekąd dyskusyjny.

Amanda, uczennica marnotrawna
Prawdopodobnie John, otumaniony przez przesłanie głoszonego manifestu, nie do końca zdaje sobie sprawę, jak bardzo doskwiera mu brak kontroli nad własnym ciałem i ogólnie, własnym życiem. Szuka więc substytutu – w drobiazgowym planowaniu swoich gier, w obsesyjnym przywiązaniu do reguł. Jednak podobnie jak Harold Shipman, w pewnym momencie przekracza granice między tym, co deklaruje, a tym, czego doświadcza.
Ofiary Johna stają się dla niego przedłużeniem jego samego.
Na chwilę oszukuje śmierć, co działa jak zastrzyk przeciwbólowy. Przez moment znów ma władzę i trzyma wszystkie nici w rękach. Lekcja, której udziela swoim obiektom, lekcja poszanowania życia jako największej posiadanej przez nich wartości, jest w gruncie rzeczy zasłoną dymną. Johna interesuje sam moment walki i przejścia, ale już nie konsekwencje. Nie poświęca żadnej myśli jakości uratowanego życia w odniesieniu do ceny, jaką trzeba było za to zapłacić. Koszmarów, wyrzutów sumienia, nawracającego fizycznego bólu. Dla Johna liczy się wyłącznie on sam i złudzenie, które sobie stwarza z każdą wygraną grą.
Podobnie instrumentalny stosunek ma też do swoich czeladników. Są mu potrzebni jako przedłużenie jego dzieła, jako warunek zachowania nieśmiertelności. Tam, gdzie mu wygodnie, przymyka oko na zasady. Tam, gdzie mu pasuje, powołuje się na nich nienaruszalność. Manipuluje ludźmi jak marionetkami, wszyscy są dla niego kolejnym lalkowym Billym. Jego znajomość psychologii warunkuje sukces tej manipulacji.
Doskonale przecież wie, na jakich strunach zagrać, by doprowadzić detektywa Erica Matthewsa na skraj wytrzymałości. I to, że technicznie rzecz ujmując, cały czas trzyma się prawdziwej wersji zdarzeń, nie ma żadnego znaczenia. To tylko kolejny wybieg, którym John usprawiedliwia swoje postępowanie we własnych oczach.
W tym schyłkowym okresie życia nie jest z nim najlepiej. Cierpi, jest fizycznie kruchy, z każdym dniem traci siły. Maksymalizuje więc swój komfort tam, gdzie może to osiągnąć – w sferze psychicznej. W tym zakresie wciąż jest silny. Bo powiedzmy sobie szczerze, czy faktycznie Jigsaw chciał, by Jeff zwyciężył w swoim teście na przebaczenie? Ten uśmiech Johna na samym końcu to dowód na to, że niekoniecznie. Ponieważ to on został mimo wszystko mistrzem gry, po raz kolejny prawidłowo typując jej zakończenie.
W ramach ciekawostki na koniec. Niejaki Matthew Tingling, zainspirowany sceną z czwartej części Piły, metodycznie i stopniowo przeciął rdzeń kręgowy swojego współlokatora, chcąc wymusić od niego podanie numeru karty kredytowej. Potrzebował pieniędzy na prochy. Można powiedzieć, że to swoista ironia losu. A już na pewno byłaby nią z perspektywy Amandy.
korekta: Kornelia Farynowska
