Publicystyka filmowa
Efekty specjalne w „Stalingradzie”
„STALINGRAD” Fiodora Bondarczuka zachwyca wizualnie, ale fabuła nie angażuje. Czy epicka batalistyka uratuje ten film od bycia wydmuszką?
„Stalingrad” Fiodora Bondarczuka (twórcy kapitalnej „9 Kompanii”) to pierwszy rosyjski film zrealizowany w technologii 3D, z budżetem opiewającym na pokaźne 30 milionów dolarów. Niestety, film Bondarczuka Juniora cierpi na tę samą przypadłość, co „Wojna i pokój” z 1966, w reżyserii jego ojca – Siergieja. I tu i tu, duży, a w przypadku „Wojny i pokoju” gigantyczny budżet (na dzisiejsze dolary blisko ośmiogodzinna produkcja kosztowała 800 milionów!), wpompowano w stronę wizualną filmu, zapominając o warstwie merytorycznej. Są więc „Wojna i pokój” i „Stalingrad” jedynie pięknymi wydmuszkami, albowiem fabuła w obydwu przypadkach ciągnie się jak guma do żucia, a losy bohaterów wplecione w wojenną zawieruchę średnio angażują.
O ile jednak w przypadku ekranizacji gargantuicznej powieści Lwa Tołstoja przynudzająca fabuła podzielonego na cztery części filmu jest zrozumiała, tak w trwającym zaledwie 130 minut „Stalingradzie” usypiających przestojów w akcji zaakceptować nie mogę. Zabrakło mi też w (chyba w zamyśle) epickim dziele Fiodora Bondarczuka porządnej batalistyki. Liczyłem na coś więcej niż kilka strzelanin między grupkami Niemców i Rosjan i coś więcej niż 4 czołgi strzelające do budynku. I liczyłem na wrażenia jak z „Szeregowca Ryana”, a nie pasujące tu jak pięść do nosa, slow-motion rodem z „300.
Jak na ekranie już coś się dzieje, to dzieje się, że tak powiem, elegancko. Chcę przez to mało pasujące do wojennej estetyki słowo powiedzieć, że wszystkie ujęcia wyglądają jak z żurnala, są dopieszczone tak, jakby pochodziły wprost z komputera. Bo i, jak się okazuje, pochodzą. Wszystkie pojazdy w ruchu, wszystkie wybuchy, latające pociski, kurz, dym i walące się mury, strzelające do budynku czołgi i ostrzeliwany budynek – wszystko pochodzi z komputera. Cała batalistyka wygląda przez to jak filmy-przerywniki w jakiejś grze komputerowej, owszem ładne, ale nie ma w tym wszystkim żadnych emocji. Poniższy film zdradza tajniki powstawania większości najważniejszych efektowych scen „Stalingradu”. Wszystkie wyglądają po prostu obłędnie. Szkoda, że pochodzą z tak średniego, żeby nie powiedzieć słabego filmu.
