Publicystyka filmowa
Czasem mniej znaczy więcej. KIEPSKIE FILMY, które byłyby świetnymi krótkometrażówkami
KIEPSKIE FILMY, które miałyby szansę na sukces w krótkiej formie. Odkryj, które produkcje zasługują na więcej czasu na ekranie!
Premise w języku scenarzystów oznacza mniej więcej skrócony opis wydarzeń napędzających fabułę filmu, najczęściej zamykający się w jednym zdaniu. Bywa, że takie streszczenie trafia później do materiałów promocyjnych dystrybutora, co z kolei oznacza, że możemy je przeczytać na stronie kina podczas wybierania interesującego nas seansu. Zdarza się jednak, że wyjątkowo ekscytujące obietnice kończą się wielkim rozczarowaniem, gdy świetna zapowiedź w istocie okazuje się jednocześnie streszczeniem całości, a pomysły autora zamykają się właśnie w obrębie tego jednego zdania.
Wtedy łatwo dojść do wniosku, że o wiele lepiej wyszłoby filmowi znaczne skrócenie czasu trwania – może nawet ograniczenie go do kilkunastu minut. W dzisiejszym zestawieniu przedstawię pozycje, wobec których mam dokładnie takie odczucia. Produkcje, które byłyby świetnymi krótkometrażówkami… ale zamiast tego są kiepskimi pełnymi metrażami. Żeby nie było wątpliwości, zaznaczę jeszcze, że jest to lista w pełni subiektywna. Ruszajmy!
Sucker Punch
Zaczynamy z grubej rury, bo od niezwykle efekciarskiego filmu Zacka Snydera. Jest to reżyser, którego twórczość – zwłaszcza w świetle ostatnich wydarzeń – można kochać lub nienawidzić, a w przypadku wspomnianego wyżej tytułu znacznie bliżej mi do tej drugiej grupy. Przypominająca mokry sen nastolatka wizja mrocznego zakładu psychiatrycznego przetrzymującego młodą dziewczynę, która uciekając przed własną chorobą psychiczną, pogrąża się w wyobrażeniach o jeszcze mroczniejszym świecie fantasy, gdzie skąpo ubrane kobiety walczą z olbrzymimi samurajami i robotami – mniej więcej tak prezentuje się przedświt dzieła Snydera.
Zresztą do takiego opisu można by skrócić też jego streszczenie. Nie da się bowiem ukryć, że jest to w głównej mierze pretekst do audiowizualnego widowiska wypełnionego urodziwymi heroinami, efektownymi walkami, a przy tym stanowczo nadużywającego slow-motion. Jeżeli nastawicie się na dokładnie coś takiego – wyjdziecie zachwyceni. Jeżeli jednak szukacie czegoś więcej – raczej się z filmem nie polubicie, a wręcz poczujecie, że sami jesteście poddawani zabiegowi lobotomii.
Plażowy haj
Zmieniamy klimat, gdyż ze skąpanej w odcieniach czerni filmowej rzeczywistości Snydera przenosimy się prosto na słoneczną Florydę. To właśnie tutaj jeden z największych hedonistów współczesnej kultury, grany przez obsadzonego po oczywistości Matthew McConaugheya Moondog, włóczy się po okolicy i zagaduje coraz to kolejnych ludzi, cały czas racząc się na zmianę jointem i alkoholem.
Świetny pomysł na krótki metraż, bo szybko zarysowuje jednoczesne plusy i minusy takiego stylu życia, ale gdy przychodzi nam przez kilkadziesiąt minut oglądać zmierzającego donikąd hipisa, łatwo film znienawidzić. Nie pomaga wybitna kreacja gwiazdy produkcji, piękne zdjęcia ani gościnny występ Snoop Dogga – Harmony Korine, będący reżyserem dalekim od oceniania swoich bohaterów, tworzy poniekąd afabularny antyfilm, któremu bardziej niż na opowiedzeniu historii zależy na dokumentowaniu losów protagonisty. Niestety do mnie to zupełnie nie trafia.
Córka boga
Córka boga to film autorki tegorocznego polskiego kandydata do Oscara, Małgorzaty Szumowskiej. Dystrybuowany w Polsce przez Netfliksa jest stosunkowo łatwo dostępny dla szerokiej publiki – co nie znaczy, że go polecam. Wręcz przeciwnie, w mojej opinii wszystkie dobre elementy produkcji kończą się na pomyśle wyjściowym.
Chęć opowiedzenia o złożonej niemal wyłącznie z kobiet, żyjącej w lesie sekcie kierowanej przez jedynego mężczyznę w grupie, Pasterza (Michiel Huisman), wydaje się idealnie wpisywać w obecne realia, ale w trakcie seansu szybko wychodzi na jaw, że całość zmierza donikąd. Gdyby zamknąć go w krótkim metrażu, byłby to niezwykle sugestywny, wypełniony oczywistą symboliką chrześcijańską, nawiązujący do Opowieści podręcznej projekt, poniekąd pokaz umiejętności reżyserskich polskiej twórczyni w produkcji anglojęzycznej. W obecnej formie otrzymujemy zaś jedynie artystyczną stypę.
Alpy
Apatyczne światy Yorgosa Lanthimosa to już właściwie osobne uniwersum filmowe. O ile jednak Lobster czy Zabicie świętego jelenia są dla mnie znakomitymi dziełami, o tyle Alpy uważam za najsłabszy projekt jednego z czołowych twórców greckiej Nowej Fali.
Choć autor ponownie ma świetny pomysł na zawiązanie fabuły, w pewnym momencie okazuje się, że film stanowi w istocie jego zapętlenie. A gdy rozgryziemy, czym tak naprawdę parają się jego bohaterowie, wszelkie tajemnice zostaną przed nami odkryte. Jest to tym bardziej rozczarowujące, że znany z krytykowania przywar ludzkiego społeczeństwa reżyser nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia – a przynajmniej wszystko, co ma do powiedzenia, błyskawicznie się wyczerpuje. Tak więc ponownie zostajemy zaatakowani przyganą postępującej znieczulicy i niezdolności do zmiany przyzwyczajeń, jednocześnie cały czas mając nadzieję, że za chwilę usłyszymy coś więcej. Nie tym razem.
Ostatnie wakacje
Antologie filmowe to dość łatwy cel do ataku w przypadku zestawień podobnych do tego, ale po prostu nie mogę opędzić się od wrażenia, że to mogła być naprawdę udana komedia romantyczna. Ba, nawet kilka naprawdę udanych komedii romantycznych, gdyż Ostatnie wakacje składają się z miniatur prezentujących nam niezależne losy wielu bohaterów. W przeciwieństwie do formy szkatułkowej całość nie prowadzi tu do kulminacji i ostatecznie otrzymujemy po prostu rozwiązania poszczególnych wątków.
Fajne? Nie bardzo, bo przedstawione postacie okazują się niedookreślone, a ich perypetie odhaczają z listy kolejne problemy trapiące ludzi znajdujących się u progu dorosłości. Pierwszy raz? Mamy. Udawanie kogoś, kim się nie jest? Gotowe. Zakochiwanie się poprzez wspólne zainteresowania? Nie mogłoby tego zabraknąć. Reżyser i scenarzyści idą na skróty i zamiast skupić się na wybranych bohaterach, dokładnie zaznajomić nas z ich motywacjami i charakterami, rozpisują każdemu po jednej cesze osobowości. Końcowy efekt przypomina przez to bardziej ćwiczenie warsztatowe studenta szkoły filmowej niż doświadczonego w branży rzemieślnika.
Wszystkie nieprzespane noce
Słowo „pretensjonalny” przewinęło się już w wielu negatywnych recenzjach tego filmu, ale trudno mi od niego uciec przy okazji dzielenia się własną opinią. Za takie bowiem uważam dzieło Michała Marczaka, stanowiące zapis kilku nocy i świtów głównego bohatera, Krzysztofa Bagińskiego. Zacieranie granic pomiędzy fabułą a dokumentem? Z pewnością, jednak chcąc portretować problemy młodego pokolenia, reżyser zmusza nas do oglądania nudnych – opartych przede wszystkim na piciu alkoholu, paleniu papierosów i włóczeniu się z jednej imprezy na drugą – eskapad dwójki znajomych.
Łatwo w tym odnaleźć komentarz do tego, jak bezbarwnie wyglądają z zewnętrznej perspektywy przeżywane przez nas zabawy, ale mam wrażenie, że ponad półtorej godziny to stanowczo zbyt długo, by raczyć widzów podobnym widokiem. W konsekwencji film staje się precyzyjnym odbiciem losów protagonisty: nużącym i pretensjonalnym błądzeniem po omacku.
Zgadzacie się z moimi przemyśleniami? Które filmy w waszej opinii powinny zostać stanowczo skrócone?
