Connect with us

Publicystyka filmowa

BEN AFFLECK i jego DZIWNA KARIERA. Najgorszy najlepszy reżyser, najlepszy najgorszy aktor

BEN AFFLECK i jego DZIWNA KARIERA to fascynująca podróż przez wzloty i upadki aktora, reżysera, który nie przestaje zaskakiwać.

Published

on

BEN AFFLECK i jego DZIWNA KARIERA. Najgorszy najlepszy reżyser, najlepszy najgorszy aktor

Kariera Bena Afflecka wydaje się jedną z najbardziej niesamowitych opowieści ze świata filmu. Dziwaczna sinusoida, wyznaczona Oscarami, Złotymi Malinami, wzlotami, upadkami, miażdżącymi recenzjami i głosami zachwytu, hejtami i głosami autentycznego podziwu, trwa od dwudziestu pięciu lat i nie wydaje się, żeby aktor, scenarzysta i reżyser w jednej osobie powiedział ostatnie słowo. Z czterdziestoma sześcioma latami na karku Affleck wchodzi w dojrzałą fazę życia i twórczości, wychodzi z alkoholowego odwyku, zbiera siły po rozwodzie i ciężkich doświadczeniach związanych z kinowym uniwersum DC, a jego miłośnicy – podobnie jak i jego przeciwnicy – czekają na jego kolejny krok.

Advertisement

Pierwszą rolę Affleck zagrał już w 1981, ale kolejnych piętnaście lat spędził na ogonach, epizodach i trzecich planach. W 1993 pojawił się w Uczniowskiej balandze, a dwa lata później w Szczurach z supermarketu. Oba filmy wyszły spod rąk wschodzących gwiazd kina niezależnego – Richarda Linklatera i Kevina Smitha. Ten drugi zobaczył w przystojnym, wysokim, wyluzowanym aktorze potencjał na rolę główną i obsadził go w swojej komedii obyczajowej W pogoni za Amy. Film zebrał entuzjastyczne recenzje i uczynił z Afflecka leading mana, ale na znajomości ze Smithem aktor skorzystał bardziej w inny sposób.

Otóż Affleck i jego przyjaciel, również początkujący aktor, Matt Damon, wspólnie napisali scenariusz. Smith przeczytał go i przyznał, że tekst jest fenomenalny. Zaniósł go do Miramaxu, a potem, w wielkim skrócie, amerykański sen się ziścił. Dwaj przystojni, młodzi aktorzy okazali się genialnymi scenarzystami, zagrali w filmie opartym na swoim tekście, dostali Oscara i rozpoczęli wielkie kariery w Hollywood. Mnożyły się plotki i ploteczki. Mało kto chciał uwierzyć, że dwóch nikomu nieznanych, początkujących aktorów mogło napisać jeden z najlepszych dramatów ostatnich lat.

Advertisement

Podejrzewano, że za całością stał William Goldman. Oficjalnie Goldman, wybitny dramaturg, miał pracować przy Buntowniku z wyboru jako script doctor. W artykule z „The Telegraph” z maja 2000 roku można przeczytać rzekomy cytat z jego książki, Which Lie Did I Tell:

Prawda jest taka, że nie byłem tam script doctorem. Prawda jest taka, że napisałem całość praktycznie od zera. Ale producenci uważali, że zabiję komercyjny potencjał filmu. Weinstein zaproponował mi dużo forsy za ukrycie prawdy, plus 20 procent z zysków.

Nie jest to sytuacja, w którą trudno uwierzyć, biorąc pod uwagę hollywoodzkie standardy. Ale kilka lat później, podczas seminarium WGA (Amerykańska Gildia Scenarzystów), Goldman powiedział coś zupełnie innego:

Advertisement

Chciałbym powiedzieć, że to ja napisałem Buntownika z wyboru. Ludzie nie chcą wierzyć, że dwaj przystojniacy to napisali. Ale to ich scenariusz.

Jak było naprawdę? Wiedzą tylko Affleck, Damon. Goldman wiedział, ale już nie żyje. Co wiadomo na pewno – scenariusz krążył po wielu hollywoodzkich biurach i przeszedł szereg poprawek przed finalną wersją. Podobno zawierał wątki sensacyjne i szpiegowskie.

Głównym bohaterem miało interesować się FBI ze względu na jego zdolności. Rob Reiner (reżyser i producent, współzałożyciel Castle Rock Entertainment) powiedział autorom, żeby wyrzucili te wątki i skupili się na postaciach i Bostonie. Zakończenie zasugerował sam Terrence Malick, który był przyjacielem dziadka Afflecka. Jak widać, sukces ma wielu ojców. W całym tym entuzjazmie i zachwycie nad filmem, scenariuszem i młodymi twórcami zabrakło tylko jednego: nikt nie doceniał aktorstwa Bena. Matt dostał nominację do Oscara za rolę pierwszoplanową i od razu wskoczył do pierwszej ligi. Chwilę potem grał u Anthony’ego Minghelli, Stevena Spielberga, Stevena Soderbergha, Martina Scorsese.

Advertisement

A Ben… cóż, Ben wystąpił w Armageddonie, Pearl Harbor, Dziewczynie z Jersey, Giglim, Daredevilu. Za wszystkie otrzymał nominację do Złotych Malin, za wszystkie zebrał miażdżąco negatywne recenzje. W kilka lat od oszołamiającego sukcesu stał się synonimem kiczowatego kina i marnego, drętwego aktorstwa oraz bohaterem prasy bulwarowej. W 2004 „wyróżniono” go Złotą Maliną jako najgorszego aktora dekady. Na osłodę związał się z najbardziej pożądaną kobietą swoich czasów – Jennifer Lopez, a sam został okrzyknięty symbolem seksu.

W 2006 roku stało się coś nietypowego: Affleck dostaje kilka pochwał za występ w Hollywoodland, a rok później jego reżyserski debiut pełnometrażowy, kryminał Gdzie jesteś, Amando, okazuje się jednym z najlepiej ocenionych filmów roku. Chyba nikt nie spodziewał się, że celebryta znany z romansów i kiepskich ról zasiądzie na reżyserskim stołku i wstrząśnie publicznością i krytykami. Ale tak właśnie było. Dobra passa trwa dalej – w 2009 Affleck realizuje Miasto złodziei i zbiera kolejne dobre recenzje, a nawet dostaje nominację do nagrody WGA za scenariusz adaptowany.

Advertisement

W 2012 do kin wchodzi Operacja Argo. W 2013 Affleck dostaje nagrodę Gildii Reżyserów Amerykańskich, Złoty Glob i nagrodę BAFTA za reżyserię, a film otrzymuje Oscara jako produkcja roku. Co ciekawe, samemu Affleckowi-reżyserowi nie przyznano nawet nominacji do nagrody (rzadka to sytuacja, w której oscarowy film roku nie ma nominacji reżyserskiej), ale jako producent wychodził z gali ze statuetką w ręku. Krytycy byli w szoku. Publiczność była w szoku. Sam Affleck pewnie też był w szoku. Wrócił na szczyt – nie jako aktor, nie jako scenarzysta, ale tym razem jako reżyser. W jednej lidze z Angiem Lee, Spielbergiem, Michaelem Haneke, Quentinem Tarantino.

I nie byłby Ben Affleck Benem Affleckiem, gdyby nie spieprzył czegoś po raz kolejny. W 2013 występuje w katastrofalnie ocenianym Ślepym trafie. Opada medialny wrzask, opadają emocje i co niektórzy zaczynają zwracać uwagę na fakt, że nawet w oscarowej Operacji Argo aktorski występ Bena był… no cóż, po prostu był. Trzeba to przyznać – Affleck nie potrafi grać. Ma momenty, ale nie jest dobrym aktorem. Jeśli chcecie się przekonać, jak bardzo Affleck jest, włączcie Operację Argo. On w tym filmie nie gra. On tam jest. Przechodzi ze sceny do sceny, wypowiada kwestie, robi jedną minę (podczas odprawy paszportowej). I nic więcej. Naprawdę. Nie widziałem chyba filmu z bardziej nieobecną główną postacią.

Advertisement

Jednak dobrze obsadzony, Affleck potrafi zdziałać cuda. Tak stało się w 2014 roku. David Fincher – reżyser z wybitnym wyczuciem do aktorów – obsadza Bena w Zaginionej dziewczynie. Ben gra tam faceta, który za sprawą swojej słynnej żony znalazł się w świetle jupiterów, a teraz wszyscy go nienawidzą (bo podejrzewają, że tę słynną żonę pozbawił życia). Rola skrojona idealnie na niego. Niczym Johnny Fontane z Ojca chrzestnego, nie musiał się nawet starać. Po prostu był sobą – i to wystarczyło. Bohater Zaginionej dziewczyny i Ben Affleck mieli podobne życiorysy i wspólne cechy charakteru.

Wszystko złożyło się idealnie, a Fincher nie bez powodu robi po sześćdziesiąt dubli jednego ujęcia. Nawet z Afflecka da się czasem coś wycisnąć. Film odnosi sukces, a aktor, reżyser i scenarzysta Ben Affleck zaczyna rozglądać się za kolejnymi projektami. Jakiś czas później podano do wiadomości, że aktor wcieli się w Batmana w nadchodzącym filmie Warner Bros – Batman v Superman.

Advertisement

Jest coś w castingu Batmana, że niemal każdy wybrany do jego roli aktor jest początkowo skreślany jako obrońca Gotham – albo przez fanów komiksowego oryginału, albo przez miłośników poprzedniego aktorskiego wcielenia. Nie inaczej było w tym przypadku. Przez sieć przeszły dwie fale – hejtu i trwogi, które zresztą niejednokrotnie interferowały. W 2016 film wszedł do kin. Recenzje były zróżnicowane: od negatywnych po miażdżące. Krytycy nie zostawili na obrazie Zacka Snydera suchej nitki, chociaż, o dziwo, o roli Afflecka pisano raczej dość ciepło. Z kolei szersza publiczność na film poszła chętnie, a Afflecka okrzykiwano tu i ówdzie najlepszym Batmanem – i najlepszym Bruce’em Wayne’em – od dawna. Entuzjazm okazał się na tyle znaczący, że włodarze kinowego uniwersum DC postanowili przydzielić Affleckowi autorski projekt Batmana, który miał napisać i wyreżyserować i w którym miał wystąpić w głównej roli.

Ale w 2016 do kin wszedł jeszcze jeden film – czwarty kinowy obraz w reżyserii Bena. Nocne życie również zebrało katastrofalne noty, a niektórzy publicyści pisali o wyczerpaniu reżyserskiego potencjału Afflecka. Zaczęto zastanawiać się, czy poprzednie artystyczne sukcesy nie były czasem dziełem przypadku, koniunktury, zeitgeistu, prywatnych sympatii lub nawet kumoterstwa. Krótko potem skończyło się małżeństwo aktora z Jennifer Garner, a następnie podano do publicznej informacji, że Ben jest na odwyku od alkoholu, a na sam deser odsunięto go od projektu nowego Batmana (zastąpił go Robert Pattinson, a na stołku reżysera – Matt Reeves).

Advertisement

Na chwilę obecną wiadomo, że kolejnym reżyserskim projektem Afflecka będzie adaptacja powieści Agathy Christie pt. Świadek oskarżenia.

Nieźle, jak na jednego faceta w sile wieku, a przecież sporo jeszcze przed Benem – i przed nami. Patrząc na jego karierę z perspektywy dnia dzisiejszego i biorąc pod uwagę te wszystkie niesamowite rzeczy, które mu się przytrafiły, ciśnie się na usta pytanie: czy Affleck jest tak zły, jak chcieliby jego przeciwnicy, i tak dobry, jak chcieliby jego zwolennicy?

Advertisement

Zacznijmy od najłatwiejszego. Ben Affleck JEST kiepskim aktorem. Smith i Fincher wykrzesali z niego pokłady naturalności, a jako Batman po prostu znakomicie odnalazł się w roli, ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Jego warsztat praktycznie nie istnieje, ale jego twarz jest na tyle przystojna i przyjemna, że można mu wybaczyć niedostatki – zwłaszcza w późniejszych latach, kiedy nabrał powagi i przestał się szeroko uśmiechać w każdej scenie.

Jakim scenarzystą jest Affleck? Nagrodzonym Oscarem – to jest pewne. Ze wszystkich filmów, które napisał, tylko jeden napisał samodzielnie. Który? Nocne życie. Czyli ten, który wyszedł mu najmniej. Wcześniej zawsze miał współpracownika – Matta Damona przy Buntowniku z wyboru, Aarona Stockarda przy Mieście złodziei i Gdzie jesteś, Amando. Może, ale nie musi, to znaczyć, że Affleck zawsze był najsłabszym ogniwem w scenopisarskim teamie.

Advertisement

Jego najbardziej doceniony obraz – Operacja Argo – napisał Chris Terrio. Miasto złodziei wydaje się filmem złożonym z dwóch innych i wcale nie oznacza to, że jest to śmiała i udana próba międzygatunkowego romansu. O ile wątek kryminalny jest poprowadzony dość sprawnie, o tyle wątek miłosny kipi od kiepskich dialogów rodem z filmów Katherine Heigl. Nocne życie i jego otwierająca narracja to przykład działania antyfilmowego – przy dobrobycie wizualnych środków przekazu Affleck decyduje się na wyłożenie historii wprost. Gdyby jeszcze to była historia oryginalna, nietypowa lub osadzona w jakiejś egzotycznej kulturze, słowem wymagająca objaśnienia, to taki zabieg byłby usprawiedliwiony.

A tak – jest po prostu oklepany. Chciałbym wierzyć – ba, wierzę! – że Affleck ma dobrego nosa do historii, doskonale rozumie mechanikę filmowego scenariusza i jest w swoich opowieściach szczery i zaangażowany. Ale nie mam do niego jeszcze na tyle zaufania, żeby ocenić go jako dobrego scenarzystę.

Advertisement

Jakim reżyserem jest Affleck? Seans Miasta złodziei po dziewięciu latach od premiery był dla mnie srogim rozczarowaniem. Sceny akcji robią wrażenie, ale połowę roboty robi tutaj montaż. Wątek miłosny prowadzony jest bez wyczucia i bez emocji, a przeskoki w fabule obrazowane są szerokimi ujęciami miasta – co może budzi skojarzenia z tytułem, ale na pewno nie wnosi nic do akcji i jest najprostszym możliwym wizualnym środkiem używanym do ukazania upływu czasu. Żadna ze scen nie wznosi się ponad poziom solidnego, amerykańskiego schematu realizacyjnego. Podobnie jest w Operacji Argo.

Scena po scenie film ekranizuje swój scenariusz. Poprawnie, ale bez wizji, bez przenośni, bez pomysłu wybijającego się ponad standard. A Affleck po raz kolejny zatrudnia siebie w głównej roli i opiera ciekawą historię na barkach bezpłciowo zagranej postaci, która niknie w towarzystwie genialnego drugiego planu, a nawet epizodystów. Wydaje się, że film „zrobiła” końcowa scena na lotnisku – a wszystko dzięki montażowi i aktorstwu (nie Afflecka).

Advertisement

Łatwo jest gardzić Benem Affleckiem. Łatwo jest mu zazdrościć. Łatwo jest go osądzać. Trudno jest go jednoznacznie sklasyfikować. Przystojne beztalencie, złote dziecko kina, znakomity reżyser, który jest znakomity dzięki otaczającej go ekipie, przypadkowy bohater – a może wszystko naraz? Jedno jest pewne. Czterdzieści sześć lat to dla wielu reżyserów dopiero rozgrzewka, a dla wielu aktorów – najlepszy okres. Co będzie z Benem Affleckiem? Nie wiem, ale chętnie się dowiem, bo go – najzwyczajniej w świecie – lubię. Tak po prostu.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *