Analizy filmowe

5 POWODÓW, dla których PREDATOR to najbardziej MĘSKI film wszech czasów

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Arcydzieło kina akcji z Arnoldem Schwarzeneggerem w roli głównej, to jeden z wielkiej trójki słynnych filmów Johna McTiernana, który oprócz Predatora (1987) odpowiedzialny był za takie klasyki, jak Szklana pułapka (1988) i Polowanie na Czerwony październik (1990). W latach 90. XX wieku jego kariera złapała równię pochyłą (Bohater ostatniej akcji, Trzynasty wojownik), finalnie reżyser wywinął bolesnego orła na Rollerballu, a w roku 2013 trafił za kratki za składanie fałszywych zeznań przed agentem FBI. Tyle o reżyserze, któremu, mimo pogrążonej kariery należy się od kinomanów wielki szacunek i pamięć za mega hat-trick z lat 1987-1990.  Predator, brutalny akcyjniak skąpany w sosie science fiction, będący koprodukcją meksykańsko-amerykańską, zanotował w 1987 roku drugie najlepsze (po Gliniarzu z Beverly Hills II) otwarcie w kinach, i przy budżecie 15 milionów dolarów, zarobił na całym świecie blisko 100. Predator ugruntował i tak już ugruntowaną wówczas pozycję Schwarzeneggera w Hollywood, i dał światu drugiego obok Obcego, najsłynniejszego kosmicznego potwora. Do dziś zresztą predator i obcy regularnie napierdalają się w filmach z VS w tytule o to, który z nich jest tym bardziej wyjebanym w kosmos drapieżnikiem.

Pomysł na film wziął się ponoć z żartu na temat kolejnego sequela Rocky’ego, po tym jak Balboa w części czwartej pokonał ogromnego Rosjanina Ivana Drago i na naszej planecie nie było już na niego mocnych. Spekulowano wówczas żartobliwie, że następnym przeciwnikiem Rocky’ego może być E.T. Ktoś w Hollywood ten irracjonalny temat podchwycił, ale do jednego ringu postanowił wpuścić nie Balboę i kosmicznego kurdupla co telefonować dom, lecz wielkiego jak 150 skurwysynów myśliwego z kosmosu oraz mistera Universe Arnolda Schwarzeneggera. Podobno pierwotnie Arnold miał grać w filmie główne i jedyne skrzypce w starciu z potworem, ale sam zainteresowany uznał, że to kiepski pomysł, i czerpiąc wzorce z klasycznych Siedmiu wspaniałych, do dżungli wybrał się w towarzystwie sześciu dzielnych amigos. Film McTiernana jest tak nabuzowany testosteronem (epicki uścisk dłoni Dillona z Dutchem), tak mocno ciosany (chamskie dowcipy Hawkinsa), brutalny (odstrzelone ramię naciskające palcem na spust karabinu), krwawy (obdarte ze skóry ludzkie zwłoki) oraz kultowy (już sam lot śmigłowców w rytm Long Tall Sally wymiata i szykuje grunt pod nadchodzącą bitkę) w najlepszym tego słowa znaczeniu, że wszystkie jego kontynuacje mogą co najwyżej stać grzecznie w jego cieniu i grzać się w blasku jego zajebistości. Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że to Arnold był główną i największą gwiazdą filmu Predator, a nie jakiś tam przybłęda z kosmosu, dlatego kontynuacje Predatora z predatorem/ami, a nawet i z dżunglą czy muzyką Alana Silvestriego, ale bez Arnolda, nie miały szans doskoczyć oryginałowi do pępka.

No właśnie, wspomniałem o scorze Alana Silvestriego, a ten fantastycznie budował napięcie i dramaturgię filmu McTiernana, brzmiąc tak energetycznie, potężnie i posępnie, jakby dyrygentem był jakiś napakowany macho, machający wielkim nożem zamiast batutą, by muzycy nawalali z pełną mocą i zaangażowaniem w swoje instrumenty. Muzyka w Predatorze ma przez to swój ogromny udział w fabule i jest tak epicka, że czasami zdaje się przytłaczać akcję, choć w słynnej sekwencji karczowania dżungli, gdy Mac zaczyna pruć z miniguna, muzyka cichnie i ustępuje pola odgłosom potężnej broni. Również miejsce akcji godne było prawdziwych twardzieli, bo meksykańska dżungla (a na kręcenie wyłącznie w terenie uparł się reżyser) jako miejsce kilkunastotygodniowego pobytu ekipy zdjęciowej, nie należała do miejsc zbyt komfortowych.

Poza walką z predatorem, aktorzy i ekipa musieli bowiem stawić czoła takim ziemskim potworom, jak pijawki czy węże, znosić duchotę i wilgoć, upały oraz niedogodności nierównego terenu. Sceny nocne kręcone były z kolei podczas niskich temperatur, co było szczególnie upierdliwe dla Arnolda Schwarzeneggera, gdy błoto, które musiał na sobie nosić (właściwie była to glina ceramiczna) stawało się mokre i zimne. Ostrzeżono go, że obniży to jego temperaturę ciała o kilka stopni, i aktor drżał bez przerwy, nawet gdy próbowano go ogrzewać lampami, co sprawiało jedynie, że wysychała glina, którą był pokryty. Podobno próbowano rozgrzewać aktora czymś mocniejszym, ale podobno zamiast się rozgrzać, tylko się upijał.

Arnold był jednak tak zaangażowany w produkcję filmu, że nie tylko wytrzymał wszystkie niewygody, ale nawet zapomniał o próbnej uroczystości ślubnej, a na samym ślubie z Marią Shriver, siłą rzeczy wystąpił, zamiast w wyjściowym uczesaniu, w wojskowej krótko ściętej fryzurze prosto z planu Predatora.  Zanim przejdziemy do 5 powodów dla których Predator to najbardziej męski film wszech czasów, jeszcze tylko trochę statystyki, czyli Body Count filmu, a było to sześćdziesięciu dziewięciu ludzi (większość z rąk Dutcha i sporo z łap predatora), jeden skorpion, jeden dzik i jeden predator.

ARNOLD I SZEŚCIU WSPANIAŁYCH

Schwarzenegger w swoim prime time’ie, mający już na koncie takie hity jak Terminator, dwa Conany, Jak to się robi w Chicago i Komando, w roku 1986 cieszył się już w Hollywood statusem megagwiazdy. Tak wielkiej, że jego nałogowe palenie cygar wpisano w postać Dutcha w filmie, żeby aktor mógł swobodnie jarać nawet podczas zdjęć. Lata osiemdziesiąte były zresztą najlepszym okresem dla ekranowych mięśniaków, którzy opanowali mainstreamowe kino akcji (Stallone, Lundgren, JCVD). W Predatorze obok Arnolda, doskonałą budową ciała mogli pochwalić się Carl Weathers (Apollo Creed z serii Rocky) i Jesse Ventura – były członek Navy Seals, debiutujący na planie filmowym.  Ale nie o rozmiar bicepsa tu chodzi, lecz o charaktery, twardość i hardość naszych bohaterów. Na porządku dziennym są tu więc łamane na twarzach maszynki do golenia (scena zaimprowizowana przez Billa Duke’a), brak czasu na krwawienie (Blain), pułapki hands-made zrobione z pni drzew i samodzielnie splecionych lin, łuki samoróbki przebijające masywne drzewa, no i pojedynek na gołe klaty między Billym a Predatorem, który był tak brutalny, że nie dane nam było nawet zobaczyć czemu wielki Indianin tak krzyczał, choć na pewno nie z radości.

Jak wieść niesie, podobno firma ubezpieczeniowa postawiła warunek, że ubezpieczy plan zdjęciowy tylko wówczas, gdy do Sonny’ego Landhama (grajego Billy’ego) zostanie przydzielony ochroniarz, który będzie chronił pozostałych członków ekipy przed… Sonnym Landhamem, znanym z porywczego charakteru i skłonności do wszczynania bójek. Z kolei grający niepozorną postać Poncho Richard Chaves, miał za sobą trzy lata spędzone na wojnie w Wietnamie. Taka to była ekipa twardzieli, tu nikt się nie mazał, ani nie narzekał, ani dzielna kobieta, która towarzyszyła naszym dzielnym mężczyznom, ani wspomniany przed chwilą Poncho, który dostał w bebech wielkim drzewem, a mimo tego utrzymał się do końca (swojego, nie filmu) na nogach. Badassowości całości dopełniał nazywający siebie seksualnym tyranozaurem wspomniany już Jesse Ventura namiętnie żujący tytoń, choć równie dobrze mógłby właśnie żuć swoich pokonanych wrogów. A wszystko zakończone eksplozją nuklearną, którą Arnold przeżywa (nie przeżuwa, bez przesady) jedynie lekko zakurzony, i bez uciekania się do chowania w lodówce. Już zresztą gdy widzieliśmy pierwsze ujęcie z Arnoldem, na luzaku palącym w śmigłowcu cygaro, wiadomo było, że tytułowy predator ma przejebane, i to nie oddział Dutcha będzie zamknięty w dżungli z kosmitą, tylko kosmita utknie tam z Dutchem, który upierdoli go gołymi rękoma, a wcześniej siebie błotem.

Już w pierwszych minutach filmu, gdy podczas lotu śmigłowcami na miejsce akcji, poznajemy charaktery i cięte języki bohaterów dramatu, wiemy, z jaką zgrają twardzieli mamy do czynienia. John McTiernan chciał, aby relacje między aktorami, z których nie wszyscy mieli za sobą szkolenie wojskowe, były jak najbardziej realistyczne. Obsada wspólnie trenowała w terenie z bronią, w wojskowym reżimie, który rozpoczynał się o 6 rano każdego dnia. Ćwiczono także ciche sygnały ręczne widoczne w filmie. Wszyscy mieli dzięki temu szansę poznać się nawzajem i rozwinąć jako zgrana grupa zabijaków. Do grona muskularnych twardzieli z filmu McTiernana mógł dodatkowo dołączyć Jean Claude Van Damme, który miał wcielić się w predatora, ale podobno w stroju kosmity, który pierwotnie miał posiadać dwa stawy w nogach i wielki gumowy łeb z czułkami, dyndający na długiej szyi, poruszał się jak tańczący homar i nic z tego nie wyszło, bo Predator to nie miała być komedia. Prawdopodobnie jednak prawdziwym powodem odejścia JCVD było to, że taśma filmowa nie była w stanie wytrzymać tak ogromnego stężenia testeronu (połowę miejsca zajmował sam Jesse Ventura), więc musiano zrezygnować z jednego mięśniaka. Predatora finalnie zagrał mierzący imponujące 2,20m Kevin Peter Hall (którego widzimy także w finałowej scenie filmu, w roli pilota śmigłowca).

Członkowie oddziału Dutcha, ex equo z bohaterami starszego o rok Obcego: Decydującego starcia Camerona, do dziś pozostają zbieraniną oryginałów niedoścignioną pod względem ciętego języka, różnorodności charakterów, oraz chemii między bohaterami i aktorami, a co za tym idzie kozackości całej ekipy. Epickość Predatora podsumowuje już krótkie, niepozorne ujęcie z początku filmu, gdy Dutch wita się z Dillonem przez miażdżący skały uścisk dłoni, który przechodzi w krótkie zmaganie na rękę, z naciskiem na przewagę i wyeksponowanie imponującego bicepsa Schwarzeneggera. Ujęcie to przeżywa dziś prawdziwy renesans, jako internetowy mem.

Ostatnio dodane