Publicystyka filmowa
5 horrorów z lat 90., których NIE ZNASZ, a powinieneś
Odkryj mroczne perełki lat 90. w HORRORACH Z LAT 90., których NIE ZNASZ, a powinieneś. Sprawdź, co umknęło Twojej uwadze!
Lata 90. nie były dobre dla horroru, który po wcześniejszej slasherowej dekadzie musiał na nowo się zdefiniować. Zamiast iść do przodu, niejako cofnął się – więcej było czerpania z klasyki, na czele z pełnymi rozmachu ekranizacjami Drakuli, Frankensteina czy Wywiadu z wampirem, niż odważnych prób stworzenia czegoś nowego (choć romans z postmodernizmem opłacił się Wesowi Cravenowi, reżyserowi Nowego koszmaru i Krzyku). Mistrzowie gatunku powoli odchodzili, ale nie widać było na horyzoncie nowych twarzy. To się zmieniło na sam koniec dekady, choć takie rewelacje jak Krąg, Blair Witch Project czy Szósty zmysł były bardziej zapowiedzią tego, co miało dopiero nadejść.
Piątkę filmów, które przedstawiam poniżej, podejrzewam, że widział każdy miłośnik horrorów, ale wciąż uznaję je za mało znane szerszemu odbiorcy, niedocenione bądź zapomniane. Niech będą przykładami różnorodności w gatunku, który przeżywał wówczas kryzys, choć nie przestał szukać dróg na wystraszenie widzów.
Części ciała (Body Parts, 1991, reż. Eric Red)
Takie filmy jak Części ciała są najlepsze tylko i wyłącznie wtedy, kiedy ich twórcy skupiają się na swoim szalonym punkcie wyjścia i ani przez moment nie rezygnują z uwiarygodnienia go. W tym przypadku chodzi o transplantację ręki, która to wydaje się mieć pamięć swojego poprzedniego właściciela. Jest to pomysł zainspirowany słynnymi Rękoma Orlaka, dodatkowo podparty powieścią francuskiego duetu Boileau–Narcejac, znanych kinu jako autorzy książek i scenariuszy do Widma, Zawrotu głowy oraz Oczu bez twarzy. Film Erica Reda trudno postawić w jednym rzędzie obok tak zasłużonych tytułów, choć bezwstydną rozrywkowością bije je na głowę.
Jeff Fahey wciela się w postać psychiatry, który traci rękę w wypadku samochodowym. Dzięki eksperymentalnemu leczeniu udaje się lekarzom przyszyć nową kończynę, ale krótko po wyjściu ze szpitala główny bohater zaczyna mieć dziwne sny, zaś ręka wydaje się żyć własnym życiem. Wkrótce odkrywa, że należała ona do seryjnego mordercy, którego i inne członki zostały już rozdane. Fahey spełnia się jako coraz bardziej znerwicowany właściciel złej ręki, choć najlepiej wypada, kiedy przywiązany do szpitalnego łóżka może operować tylko swoimi niesamowicie niebieskimi oczami.
Red zasłynął jako scenarzysta Autostopowicza oraz Blisko ciemności, zatem horrorowe klimaty nie były mu obce przy okazji kręcenia drugiego filmu (pierwszym było sensacyjne kino drogi Cohen i Tate). Równocześnie jest to dzieło, którego liczne zwroty akcji uderzają w początkowe obawy związane z obcym ciałem, zamieniając grozę w makabryczny i absurdalny spektakl. Są tu sceny i obrazy pasujące bardziej do B-klasowych horrorów Williama Castle’a lub dokonań Mario Bavy, medycznie niemożliwe, wręcz śmieszne, ale przez sposób, w jaki twórcy traktują materiał, ani przez moment nie miałem wrażenia, że film popada w parodię. Co nie znaczy, że nie znajdą się widzowie, którzy wyłączą Części ciała na długo przed jego groteskowym finałem. Ja bawiłem się świetnie.
Drapieżcy (Ravenous, 1999, reż. Antonia Bird)
Film Antonii Bird wciąż pozostaje gdzieś na obrzeżach świadomości widzów, być może ze względu na swą gatunkową różnorodność. Mamy tu horror o kanibalizmie ubrany w szaty kina westernowego, podlany gęstym sosem czarnego humoru i niestroniący od satyrycznego zacięcia. Już pojawiające się na początku filmu zestawienie dwóch cytatów (z jednej strony Nietzsche ze swoim patrzeniem w otchłań i vice versa, z drugiej „Zjedz mnie” Anonima) całkiem celnie oddaje naturę Drapieżców, filmu, który o mrocznej tematyce opowiada w sposób niepozbawiony znamion komedii.
Grany przez Guya Pearce’a pułkownik Boyd zostaje oddelegowany za swoje tchórzostwo (przykryte niespodziewanym i własnoręcznym odbiciem fortu) do placówki położonej w górach Sierra Nevada. Wkrótce po przybyciu on i inni żołnierze ratują człowieka, który opowiada im niestworzoną historię o nieudanej wyprawie przez górski szlak i zdradzieckim przewodniku gustującym w ludzkim mięsie. Na pomoc tym, którzy utknęli z potworem, wyrusza misja ratunkowa – żołnierze szybko się jednak przekonują, że nie wszystko, co powiedział im przerażony mężczyzna, jest prawdą.
Jest za co lubić Drapieżców, począwszy od doskonałego wyczucia materiału przez reżyserkę, świetne role Pearce’a, Roberta Carlyle’a i reszty obsady, po jedną z najbardziej oryginalnych ścieżek dźwiękowych do horroru, autorstwa Michaela Nymana i Damona Albarna. Motyw kanibalizmu jest tu potraktowany bez przesadnego gore, jako tabu będące ostatnią tamą przed odczłowieczeniem, zarówno fizycznym, jak i (przede wszystkim) moralnym. Starania głównego bohatera o to, aby do samego końca zachować swą ludzką naturę, są główną osią filmu, którego realizacja nie należała do najłatwiejszych (Antonia Bird zastąpiła Milcho Manchevskiego na stanowisku reżysera po trzech tygodniach od rozpoczęcia zdjęć), a studio nie wiedziało, jak go reklamować.
Powstało coś, co najłatwiej nazwać dziwadłem, ale byłoby to krzywdzące dla Drapieżców, bezbłędnie stąpających między śmiertelną powagą, żartem a ponurą przypowieścią o zgubnych skutkach przywiązania człowieka do jedzenia mięsa.
Nocny strażnik (Nattevagten, 1994, reż. Ole Bornedal)
Podobnie jak w przypadku Next of Kin, o którym pisałem przy okazji mniej znanych horrorów z lat 80, również o Nocnym strażniku napisałem swego czasu tekst. I choć film Ole Bornedala doczekał się amerykańskiego remake’u, nakręconego przez samego reżysera oryginału, pamięć o obydwu wersjach nieco przeminęła, co zwłaszcza w przypadku pierwowzoru jest wyjątkowo smutne, gdyż mamy do czynienia z jednym z najlepszych europejskich dreszczowców lat 90.
Bohater duńskiego filmu, Martin, jest studentem (gra go przyszły Jaime Lannister z Gry o tron, czyli Nikolaj Coster-Waldau), który zatrudnia się w kostnicy na nocną zmianę. Uznaje, że będzie to doskonałe miejsce, aby móc się pouczyć. Nie będzie mu to jednak dane – specyfika miejsca zaczyna działać na jego psychikę, a pojawiające się zwłoki ofiar szalejącego w mieście seryjnego mordercy sugerują nieuchronność pojawienia się go w życiu głównego bohatera.
Bardziej thriller niż horror, aczkolwiek Bornedal kreuje wyjątkowo upiorną atmosferę, dzięki umiejscowieniu akcji w kostnicy, gdzie małe drobiazgi, takie jak zdjęcie anonimowego mężczyzny sprzed 100 lat, czerwona lampka, a nawet konieczność regularnego obchodu, zamieniają Martina w chodzący kłębek nerwów. Wszystko to buduje grozę i odwraca uwagę od faktycznego niebezpieczeństwa, które czai się zupełnie gdzie indziej. Jednocześnie jest to miejsce, które nie tylko ma oczywisty związek ze śmiercią, ale również zaczyna oddawać moralną martwotę swych postaci.
Bohater Costera-Waldau wraz ze swoim najlepszym przyjacielem prowadzą grę na wyzwania, które w gruncie rzeczy uderzają w kulturę, religię i obyczajowość. Oczywiście przy mordercy, który jest również nekrofilem lubującym się w zdejmowaniu swym ofiarom skalpów, ich zachowanie można traktować wyłącznie w kategoriach żartu, ale Bornedal wskazuje, że jest to igranie z ogniem i kiedyś mogą posunąć się za daleko. Dzięki tej krytyce Nocny strażnik jest filmem, w którym zagrożone wydaje się nie tylko życie, ale i dusza.
O miłości i śmierci (Dellamorte Dellamore, 1994, reż. Michele Soavi)
Najlepszy włoski horror lat 90. jest wciąż pozycją relatywnie nieznaną, choć podejrzewam, że każdy miłośnik kina grozy widział O miłości i śmierci przynajmniej raz. Reżyser Michele Soavi, dawny asystent Daria Argento, miał już wtedy na swoim koncie cieszące się powodzeniem slasherową Delirię oraz gotycki Kościół, ale dopiero ekranizacją książki Tiziana Sclaviego mógł dać upust swojej specyficznej wyobraźni.
Opowieść o dozorcy cmentarza, który pilnuje, aby wstające z grobów żywe trupy szybko trafiły tam z powrotem, jest dziwacznym (ale co najbardziej zaskakujące działającym!) połączeniem horroru, romansu, czarnej i absurdalnej komedii z egzystencjalnym dramatem. Wybornie zagrany przez Ruperta Everetta tytułowy bohater, Francesco Dellamorte, to zadręczona dusza, raz po raz wpadająca na reinkarnację swojej utraconej miłości (czy raczej różne kobiety grane przez tę samą aktorkę, Annę Falchi). Zmęczony cmentarną misją, znajdujący jedyne oparcie w swym opóźnionym umysłowo asystencie, zaczyna buntować się przeciwko światu.
Ta fantasmagoryczna historia posiada epizodyczną strukturę (co przekłada się również na nieco chaotyczną narrację), a każdy wątek kończy się porażką głównego bohatera. Miłość i śmierć idą tu za rękę, nie pozwalając biednemu Dellamorte na jakąkolwiek ucieczkę przed nimi, natomiast każdorazowe próby znalezienia szczęścia przynoszą całkowicie odwrotny rezultat. Spełnienie odnajduje jedynie na cmentarzu jako strażnik granicy między żywymi i martwymi. Poetycki w swej wymowie film Soaviego nie ucieka przed gore i seksem, a metafizyczny finał można odczytać na wiele sposobów.
Zatrudnienie do głównej roli Everetta sprawia zaś, że O miłości i śmierci jawi się jako rzecz najbliższa prawdziwej ekranizacji komiksu Dylan Dog – to właśnie brytyjski aktor posłużył za wzór dla postaci „detektywa mroku”, który również jest tworem Tiziana Sclaviego.
Potwór na zamku (Castle Freak, 1995, reż. Stuart Gordon)
Kolejne spotkanie Stuarta Gordona z H.P. Lovecraftem, ale ci, którzy spodziewają się szalonej jazdy bez trzymanki w duchu Re-Animatora oraz Zza światów, będą mocno zdziwieni. Wydany bezpośrednio na video Potwór na zamku to ponury horror, daleki od fantastycznej dezynwoltury na rzecz grozy poważniejszej. Nawet Jeffrey Combs i Barbara Crampton, znani z ról w tamtych filmach, porzucają campowość, zmuszeni odnaleźć się w bardziej dramatycznym repertuarze.
Amerykańska rodzina przeprowadza się do Włoch, gdzie stoi odziedziczony przez nich zamek. Ten skrywa tajemnicę – w podziemiach uwięziony jest tytułowy potwór, zdeformowany potomek byłych właścicieli posiadłości. Po tym, jak wydostaje się na wolność, zaczyna prześladować niewidomą córkę obecnych lokatorów. Wkrótce dochodzi do serii morderstw, za które obwiniony zostaje ojciec dziewczyny.
Film powstał po tym, jak Gordon zobaczył grafikę w biurze producenta Charlesa Banda przedstawiającą postać przykutego do ścian zamku potwora, który jest biczowany przez kobietę. Zainspirowany tym obrazem reżyser zgodził się na warunki właściciela wytwórni Full Moon Features, który dał Gordonowi pół miliona dolarów budżetu i pełną kontrolę twórczą. Podejrzewam, że Band – znany z produkcji B-klasowych horrorów o lalkach (m.in. cała seria Władcy lalek) – miał całkiem inny film w głowie, bliższy wcześniejszym dokonaniom Gordona.
Tymczasem Potwór na zamku uderza powagą i surowością, a historia w dużej mierze dotyczy mężczyzny walczącego ze swymi demonami (alkoholizm, śmierć dziecka) i niepotrafiącego porozumieć się z żoną, którego słabości zaczynają brać nad nim górę. Potwór staje się lustrzanym odbiciem jego mrocznej strony (nie tylko przez rodzinne konotacje), grzechem żyjącym przez długi czas w ukryciu, teraz ujawnionym, co grozi rozpadowi, a nawet śmiercią jego rodziny. Scenariusz został oparty o opowiadanie Wyrzutek, co u Gordona może odnosić się zarówno do potwora, jak i amerykańskiej rodziny w obcym kraju. To sprawia, że nakręcony we Włoszech film posiada wszechogarniającą atmosferę zagrożenia, którą reżyser jeszcze mocniej nasyci swoją następną ekranizację Lovecrafta – Dagona.
