search
REKLAMA
Artykuły o filmach, publicystyka filmowa

20 LAT SPIDER-MANA na wielkim ekranie. Która wizja była NAJLEPSZA?

29 kwietnia 2002 roku odbyła się uroczysta premiera „Spider-Mana” Sama Raimiego.

Filip Pęziński

29 kwietnia 2022

REKLAMA

Dokładnie 20 lat temu, 29 kwietnia 2002 roku, swoją premierę miał Spider-Man Sama Raimiego, rozpoczynając przy tym budowę marki filmowej, której częścią na ten moment jest 11 filmów aktorskich i jedna pełnometrażowa animacja. Wśród tych produkcji wyodrębnić możemy m.in. trzy aktorskie serie filmowe bezpośrednio o Spider-Manie, tj. trzy Spider-Many Raimiego, dwa Niesamowite Spider-Many Marca Webba i trzy filmy o Spider-Manie będącym częścią Kinowego Uniwersum Marvela. Która wersja była najbardziej udana? Przeanalizujmy to, skupiając się na poszczególnych elementach budowania uniwersum tej postaci.

Peter Parker

Oczywiście najważniejszym elementem filmów o Spider-Manie jest (a przynajmniej powinien być) jego główny bohater, w tym przypadku sympatyczny nerd, cichy nastolatek z przedmieść, którego życie zmienia się o 180 stopni po ugryzieniu przez radioaktywnego pająka. Peter Parker był głównym bohaterem wszystkich filmów aktorskich o Spider-Manie i jak na razie trzech aktorów miało okazję odtworzyć go na ekranie. W filmach Sama Raimiego Parkera grał Tobey Maguire. I muszę przyznać, że w sportretowaniu tego naiwnego i pogardzanego przez rówieśników nerda aktor nie miał jak dotąd sobie równych. To Peter Parker wyjęty z klasycznych zeszytów o Człowieku-Pająku. Niestety, brakuje mu energii i charyzmy, która uczyniłaby go ciekawym protagonistą. Peter w interpretacji Andrew Garfielda i Marca Webba (reżysera Niesamowitych Spider-Manów) był dużo bardziej cool (jeździł nawet na deskorolce), potrafił zawalczyć o swoje i wyraźnie nie godził się z rolą szkolnego popychadła (nawet jeśli – przynajmniej na początku pierwszego filmu – nim był). W konsekwencji udało się stworzyć dużo ciekawszą i pełnowymiarową postać, ale Parker Garfielda – szczególnie w ujęciu publicznego wizerunku bohatera – bywał po prostu dupkowaty. Peter Parker Toma Hollanda jest bardziej gamoniowaty i nerdowaty niż Parker Garfielda, ale za to budzi natychmiastową sympatię i jest bardzo sprawnym protagonistą w przeciwieństwie do postaci kreowanej przez Maguire’a. To właśnie on najlepiej równoważy charakterystyczne cechy postaci i w moim odczuciu jest najlepszym ekranowym Peterem Parkerem.


 

Spider-Man

Alter ego Petera Parkera, czyli Spider-Man, to postać bardzo charakterystyczna, a przy tym nie tak prosta do sportretowania. To bohater o bardzo widocznym kompasie moralnym, a przy tym nastolatek popełniający błędy i wygadaniem oraz kiepskimi dowcipami chroniący się przed zżerającym go stresem. Niestety, niezbyt dobrze udało się to przenieść na ekran Samowi Raimiemu. Jego Spider-Man to postać dość nieciekawa, mało charyzmatyczna. Zupełnie inaczej wyglądało to w pierwszym reboocie. „Niesamowity” Spider-Man był dokładnie tak sarkastyczny i błaznowaty jak pierwowzór, ponadto działał i poruszał się w sposób idealnie odwzorowujący jego zachowania z komiksu. Nawet kostium (ten z sequela) był zdecydowanie najbliższy oryginałowi. Andrew Garfield bez wątpienia był najlepszym Spider-Manem. Świetnie też wypadł Spider-Man w Kinowym Uniwersum Marvela, gdzie również pozostał postacią niezwykle wygadaną i często stawiającą na humor. Garfield był w tym po prostu nieco ciekawszy.


 

Partnerka

Wątki miłosne były zawsze niezwykle ważne w komiksach o Spider-Manie, nie dziwi i cieszy, że równie istotne były w filmach. Trylogia Sama Raimiego w głównej mierze dotyczyła relacji głównego bohatera z sąsiadką Mary Jane, filmy Marca Webba skupiały się na miłości Parkera do szkolnej koleżanki Gwen Stacy, a te Jona Wattsa pokazywały pierwsze sympatie Petera w bardzo naturalny i typowy dla nastolatków, niezręczny sposób (dopiero w finale trylogii relacja Petera i MJ weszła na bardziej patetyczny poziom). I chociaż każda ekranowa partnerka tej postaci wzbudziła moją sympatię, to nie mam problemu ze wskazaniem faworytki: Gwen Stacy w interpretacji Emmy Stone to moim zdaniem jedna z najciekawszych postaci kobiecych kina komiksowego. To osoba inteligentna, ciekawa, zabawna, a przy tym posiadająca nieziemską chemię z głównym protagonistą. Jej tragiczne losy w Niesamowitym Spider-Manie 2 czynią ją prawdziwym sercem filmów Webba.

Chociaż oczywiście MJ w wykonaniu Zendayi to też wspaniała postać!


 

Antagonista

W ciągu 20 lat na wielkim ekranie Spider-Man spotkał naprawdę ciekawą i zróżnicowaną galerię łotrów. Wśród nich oczywiście można wybrać tych mniej lub bardziej udanych. Można też wskazać naprawdę w swojej klasie wybitnych. Takim nazwałbym Zielonego Goblina z pierwszego Spider-Mana Sama Raimiego. Dobrze umotywowany, konsekwentny, niebezpieczny i mający mocno zarysowaną wieź z Peterem Parkerem i pozostałymi bohaterami filmu, nawet jeśli oczywiście motorem napędowym Normana Osborna było jego szaleństwo wywołane eksperymentem z formułą nadczłowieka. Goblin dzięki swoim mocom i technologii stanowił dla głównego protagonisty duże wyzwanie, a każde ich starcie było dla widza niezwykle efektowne. Willem Dafoe był po prostu doskonałym wyborem castingowym, a do przeciwników projektu stroju Zielonego Goblina nigdy nie należałem. Moim zdaniem to wizualnie sprawne przeniesienie tej postaci w konwencję filmu Sama Raimiego. Jeszcze w zeszłym roku powiedziałbym, że był jeden ciekawszy od niego przeciwnik, Mysterio ze Spider-Mana: Daleko od domu, ale w grudniu 2021 Willem Dafoe doskonale zamknął swoją przygodę z tym światem, prawie 20 lat później ponownie wcielając się w postać i tym razem będąc głównym przeciwnikiem w filmie Spider-Man: Bez drogi do domu. Znów spisał się w tej roli perfekcyjnie i uczynił Zielonego Goblina ostatecznym adwersarzem Spider-Mana w całym filmowym multiwersum.


 

Ciocia May

Wybór nie był prosty, bo lubię każdą interpretację ekranową cioci May. Dobroduszną, wyjętą z komiksów Rosemary Harris ze Spider-Manów Sama Raimiego, pełną emocji i zatroskania Sally Field z Niesamowitych Spider-Manów Marca Webba, w końcu dużo bardziej nowoczesną i partnerską Marisę Tomei z Kinowego Uniwersum Marvela. Doszedłem jednak do wniosku, że najciekawszą postacią jest ta ostatnia. To May, która nie pozostaje bierna, wspiera Petera w jego misji, sama pomaga potrzebującym, w końcu w dramatycznym finale jej losów w Spider-Manie: Bez drogi do domu ginie, stając się de facto „wujkiem Benem” tego uniwersum (chociaż ten – wbrew temu, co sądzą niektórzy – w świecie Marvela też istniał).


 

J. Jonah Jameson

Ostatnim elementem, który bez wątpienia tworzy świat Spider-Mana, jest redakcja „Daily Bugle” i jej ikoniczny zarządca: J. Jonah Jameson. W filmach Sama Raimiego życie redakcji i J.K. Simmons wcielający się w rolę Jamesona stanowili wyjątkowy element świata przedstawionego, który do dziś pozostaje jednym z najoryginalniejszych pomysłów rodem z kina superbohaterskiego. Życie „Daily Bugle” było niczym przerwa w filmie, kabaret w trakcie podniosłych zmagań Spider-Mana, a J. Jonah Jameson w wykonaniu Simmonsa to przykład postaci większej niż film. Nic zatem dziwnego, że twórcy Niesamowitego Spider-Mana jedynie zaznaczyli obecność postaci w swojej serii, raz ją wspominając i ograniczając jej rolę do wymiany maili z Peterem. Simmons jest tak mocno kojarzony z postacią, że w Kinowym Uniwersum Marvela po prostu powtórzył swoją rolę, debiutując jako nowa wersja Jamesona w Spider-Manie: Daleko od domu, a rozwijając postać w kolejnej odsłonie przygód Petera Parkera. Tym razem pokazał się jako redaktor popularnego i skrajnego serwisu internetowego. Postać w tej wersji jest również ciekawa, ale nie ma nawet startu do oryginalnego Jamesona z filmów Raimiego.

Na marginesie: lubię myśleć, ze J. Jonah Jameson również w świecie Spider-Mana o twarzy Andrew Garfielda wyglądał jak J.K. Simmons i w całym multiwersum redaktor naczelny „Daily Bugle” jest tym samym bucowatym furiatem.


 

Motyw muzyczny

Motyw Danny’ego Elfamana z pierwszego Spider-Mana to już dzisiaj klasyk. Bardzo lubię też energiczną i osadzoną w klimacie przygody kompozycję Michaela Giacchino z filmów z Tomem Hollandem. Nie do końca do gustu przypadł mi z kolei motyw zaproponowany przez Hansa Zimmera (chociaż to przecież doskonały kompozytor!) w sequelu Niesamowitego Spider-Mana. Może dlatego, że zastąpił w moim odczuciu przepiękny, tak samo romantyczny, co tajemniczy i oddający duch klimatu filmu oraz postaci główny utwór skomponowany przez nieodżałowanego Jamesa Hornera do pierwszej części serii Marca Webba.

Jak widać, między poszczególnymi wizjami trudno wskazać jednoznacznego faworyta. Być może dlatego lubię każdą z wersji filmowego Spider-Mana. Sam Raimi, Marc Webb i Jon Watts mimo popełnionych błędów stworzyli łącznie doskonałe multiwersum filmowego Człowieka-Pająka, którego piękne połączenie stanowił film Spider-Man: Bez drogi do domu.

Filip Pęziński

Filip Pęziński

Wychowany na "Batmanie" Burtona, "RoboCopie" Verhoevena i "Komando" Lestera. Miłośnik filmów superbohaterskich, Gwiezdnych wojen i twórczości sióstr Wachowskich. Najlepszy film, jaki widział w życiu, to "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA