Recenzje
X-MEN: MROCZNA PHOENIX. Bez wyobraźni, ale nie bez pomysłu
X-MEN: MROCZNA PHOENIX to nowa odsłona serii o mutantach, która zaskakuje odmiennym spojrzeniem na znane postacie i ich losy.
Zapoczątkowana w 2000 roku seria filmów o „marvelowych” mutantach miała lepsze i gorsze momenty, ale nigdy nie uległa na tyle dużym przeobrażeniom, aby widz przestał w niej rozpoznawać kontynuację świata zaprezentowanego w X-Men Bryana Singera. Można narzekać na problemy z ciągłością fabularną, zawirowania czasowe, fakt, że główni bohaterowie nie starzeją się, albo są zupełnie kimś innym w zależności od filmu, w którym się pojawiają; to wszystko jednak nie ma wpływu na poczucie obcowania z tym samym cyklem. Nawet solowe filmy o Wolverinie – każdy odrębny stylistycznie! – oraz prześmiewcze epizody Deadpoola w jakiś dziwny sposób łączyły się we wspólną całość.
Piszę o tym, gdyż oglądając nowy film z serii, X-Men: Mroczną Phoenix, po raz pierwszy odniosłem wrażenie, że mam do czynienia z całkiem innym spojrzeniem na ekranowych mutantów. Reboot byłby dobrym określeniem, gdyby nie fakt, że postaci grane są przez tych samych aktorów, co poprzednio. Ale o ile twarze rozpoznaję, to już niekoniecznie ich charaktery; sytuacje również są znajome, lecz ich wydźwięk się zmienił. Ostatecznie trudno orzec, czy Mroczna Phoenix pełni bardziej funkcję pożegnania z obecną ekipą X-Men (zważywszy, że Disney kupił niedawno Foxa, co najpewniej poskutkuje restartem marki już pod banderą MCU), czy też jest spóźnioną próbą odświeżenia serii.
Podczas kosmicznej akcji ratunkowej jedna z członkiń X-Men, Jean Grey, zostaje zaatakowana przez nieznaną siłę, która wnika w dziewczynę, czyniąc z niej najpotężniejszą istotę na Ziemi. Ale czy to rzeczywiście zasługa obcego bytu, czy też Jean od zawsze miała w sobie niespotykaną moc, stłamszoną przez działanie zazwyczaj dobrotliwego profesora Xaviera? Niezdolna kontrolować samej siebie bohaterka zaczyna siać zamęt i zniszczenie, podczas gdy jej dotychczasowi koledzy dzielą się na dwa obozy – jedni chcą ją ocalić, drudzy zgładzić. Równocześnie na scenie pojawia się tajemnicza postać, grana przez Jessicę Chastain, dążąca do przejęcia drzemiącej w Jean siły.
Simon Kinberg, do tej pory scenarzysta i producent ostatnich części, postanowił zadebiutować jako reżyser, z jednej strony zrywając z bombastyczną formą poprzednika, Apocalypse, z drugiej zaś przenosząc z kart komiksu jedną z najsłynniejszych x-menowych historii, sagę o Mrocznej Phoenix. Tę już raz próbowano przenieść na ekran – w Ostatnim bastionie historia Jean była jednak drugorzędna, służąc za melodramatyczną kodę dla ówczesnej trylogii. Co ciekawe, Kinberg również i wtedy pełnił funkcję scenarzysty, choć on sam nie był zadowolony z efektu końcowego. Stąd drugie podejście, chęć naprawienia błędów poprzednika, ponownie z licznymi odstępstwami od komiksowego oryginału. Efekt jest nie do końca przekonujący, choć miejscami intrygujący.
Zacznijmy od tego, co się nie udało. Przede wszystkim jest to film scenarzysty, nie reżysera. Kinberg ma ogromne problemy z dramaturgią i narracją, przechodzeniem z jednej sceny do następnej, nadaniem filmowi mocnego emocjonalnego tonu, który dla tej konkretnej historii jest niesamowicie wymagany. Poszczególne sceny i sekwencje są pomyślane oraz wykonane co najmniej poprawnie, ale przez brak reżyserskiego doświadczenia Kinberg nie jest w stanie zapanować nad całością. Wie, o czym chce opowiedzieć, ale nie potrafi tego wyegzekwować. Częściej posługuje się również dialogiem (nie zawsze najlepszym) niż obrazem, co jest o tyle niefortunne, gdyż kręci kino rozrywkowe oparte na efektach specjalnych i fantastycznych postaciach.
Tymczasem u niego te pierwsze pojawiają się sporadycznie i niezbyt zachwycają, a jeśli idzie o bohaterów, ci spowszednieli i aż do finału niewiele prezentują. Może zatem nowi mutanci i ich supermoce coś zmienią? Niekoniecznie – jedna kobieta czyta w myślach jak Xavier, a jej kolega macha w walce warkoczykami. W przypadku Kinberga wyobraźnia jest towarem zdecydowanie deficytowym, co decyduje o tym, że ostatnia odsłona X-Men jest najskromniejszą.
Kwestia postaci granej przez Chastain jest również frustrująca, bo o ile od początku wiemy, że nie ma ona dobrych zamiarów, o tyle poczucie zagrożenia z jej strony pojawia się dopiero w końcowym akcie. Do tego czasu głównym czarnym charakterem jest Jean i jej niepohamowana siła zniszczenia, choć i w jej przypadku trudno widzieć faktyczne zło. Jawi się ona przede wszystkim jako ofiara krzywo pojętej troski Xaviera, co prowadzi nas do pozytywów filmu.
Jeśli głównym celem Kinberga była obalenie dotychczasowego status quo, ukazanie znanych nam postaci w innym świetle, to udało mu się to doskonale. Profesor Charles Xavier jest tu człowiekiem, którego ambicje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, doprowadzając do serii tragedii, i nawet po najboleśniejszej z nich nie jest w stanie przyznać się do błędu. Jest to Xavier znany z komiksu, ale nie z dotychczasowych filmów, nic zatem dziwnego, że James McAvoy jest wyraźnie ożywiony swoją rolą.
Michael Fassbender trochę mniej, choć jego Magneto ma świetne wejście, a i oglądanie go jako bezsilnego wobec potęgi innego mutanta jest czymś, czego nie widzieliśmy chyba od czasu Pierwszej klasy. Nicholas Hoult, czyli Bestia, woli zmienić barwy niż trwać w ślepym posłuszeństwie, a młodsi X-Meni coraz bardziej przypominają swoje komiksowe oryginały, zwłaszcza Tye Sheridan jako Cyclops – po raz pierwszy raz w historii całej serii można odnieść wrażenie, że jest to materiał na przywódcę grupy. Wciąż jednak musimy poczekać na większą rolę dla Storm (Alexandra Shipp), która ponownie potraktowana jest po macoszemu, choć i tak lepiej niż zmarnowany w tej odsłonie Quicksilver (Evan Peters).
Co zaś się tyczy grającej tytułową postać Sophie Turner – aktorka dobrze radzi sobie ze swoją rolą, choć dialogi, jakie często wypowiada, pobrzmiewają papierowością. Są nienaturalne i deklamacyjne, starają się opowiedzieć o uczuciach targających Jean, zamiast je pokazać. Jej romantyczna relacja z Cyclopsem jest zbudowana wokół zaledwie paru scen, co również nie przekłada się na jakiekolwiek napięcie będące wynikiem jej przemiany w Mroczną Phoenix. Mimo to Turner potrafi wyrazić więcej swoją mimiką i grą ciała niż Kinbergowskim słowem, a w porównaniu do grającej Mistique Jennifer Lawrence nie sprawia wrażenia, jakby rola ją nużyła.
W finale Kinberg decyduje się nagrodzić cierpliwych widzów bardzo widowiskowymi scenami, które zaskakują niespotykaną do tej pory energią i brutalnością, ukazując głównych bohaterów jako szalejących wojowników. Patrzenie jak Nightcrawler (Kodi Smit-McPhee) szlachtuje wrogów swoim zakończonym ostrzem ogonem, Bestia rozrywa ich pazurami, a Magneto korzysta w morderczy sposób z umiejętności panowania nad metalem jest porywające i naprawdę żal, że reżyser do samego końca czekał na taką prezentację. Inna rzecz, że nie interesuje go już wtedy stan Jean Grey, bo wszystko, co ważne, zostało powiedziane.
Serie komiksowe mają to do siebie, że zależnie od tego, kto rysuje w danym momencie, postaci nabierają cech, o których posiadanie byśmy ich nie podejrzewali. Oczywiście najczęściej narzuca to również sama opowieść, ale dobry rysunek sprawi, że zaczniemy inaczej patrzeć na naszych ulubieńców, dostrzegając ich intencje, pragnienia, wątpliwości, być może nieznane nawet samemu scenarzyście. Simon Kinberg wyraźnie chciał popchnąć filmowy cykl w nowym kierunku, ale brak reżyserskiego doświadczenia sprawił, że próba zakończyła się ambitną porażką. Bynajmniej nie jest to najgorsza odsłona X-Menów ani taka, która sprawi, że nie będę już więcej czekał na ich ekranowe przygody. Wstydu nie ma, choć – jeśli mam być szczery – z dwóch filmów o Mrocznej Phoenix Ostatni bastion uważam za lepszy.
PS. Moja końcowa ocena jest podyktowana przede wszystkim tym, że poprzedniej części, Apocalypse, dałem 5/10. Film Kinberga nie zmęczył mnie tak, jak tamten, nie rozczarował, nie śmieszył w sposób niezamierzony ani nie raził plastikowym wręcz wykonaniem. Mroczna Phoenix ma inne błędy, często bardzo poważne, ale jako próba nadania nowego kierunku serii znajduje większe uznanie w moich oczach niż Apocalypse.
