Recenzje
KARTOTEKA 64. Trupy w duńskiej szafie
„Kartoteka 64” dostarcza rzetelnej sensacyjnej atrakcji i z powodzeniem realizuje formułę posępnego kryminału z północy.
Już od dłuższego czasu głównym towarem eksportowym Skandynawii na polu kultury są kryminały z nurtu nazwanego scandinavian noir. Choć głównymi sprawcami całego zamieszania wokół mrocznych, klimatycznych opowieści o zbrodni z północy Europy są przede wszystkim pisarze, to przez ostatnich kilkanaście lat również i tamtejszy świat filmu wyspecjalizował się w dostarczaniu kolejnych dzieł w ramach tego nurtu (najczęściej będących ekranizacjami powieści). Obecnie, gdy będące wizytówką skandynawskiego noir serie zakończyły się (Wallander), grzęzną w miejscu (Millenium i ostatnia Dziewczyna w sieci pająka) lub wręcz zostały zepsute na starcie na gruncie kinowym (Pierwszy śnieg), na jednego z najmocniejszych reprezentantów nurtu wyrasta cykl o Departamencie Q, ekranizacji powieści Jussiego Adlera-Olsena opowiadającej o dochodzeniach funkcjonariuszy rzeczonej jednostki kopenhaskiej policji, zajmującej się rozwiązywaniem niewyjaśnionych spraw sprzed lat. Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie czwarty film o przygodach policjantów z „Q”, Kartoteka 64.
Rozpoczęty w 2013 roku cykl nabiera coraz więcej rozmachu. Kartoteka 64 to kolejny krok w dojrzałym rozwoju serii, bardzo pewnie stojącej już na nogach jako całość, dysponującej zgranym zespołem postaci i sprawdzonymi technikami opowiadania. Producenci szybko postawili też na subtelne odświeżanie formuły pod nowym okiem; i tak nową jakość po udanych, ale niekiedy zachowawczych Kobiecie w klatce i Zabójcach bażantów, wyreżyserowanych przez doświadczonego głównie w produkcjach telewizyjnych Mikkela Nørgaarda, przyniósł w Wybawieniu uznany twórca kina sensacyjnego Hans Petter Moland (Zero stopni w skali Kelvina, Obywatel roku).
Z kolei Kartotekę 64 powierzono Christofferowi Boe – niegdyś czołowemu nazwisku eksperymentującego kina festiwalowego (znanemu przede wszystkim z nagrodzonej Złotą Kamerą w Cannes Rekonstrukcji), od paru lat badającego grunt konwencji gatunkowych (ostatnio był to biograficzny komediodramat Seks, narkotyki i podatki). Należy przyznać, że zabieg ten przynosi jak na razie zamierzone efekty – pomimo oparcia na identycznym niemal schemacie co w poprzednich dziełach Kartoteka 64 jest kolejnym udanym filmem o subtelnie odświeżonym obliczu, sprawdzającym się dobrze jako rzetelne kino sensacyjne, a seria o Departamencie Q zdaje się kontynuować swój rozkwit.
W centrum tej, podobnie jak i poprzednich trzech, historii znajdują się komisarz Carl Mørck (Nikolaj Lie-Kaas) oraz jego partner Assad (Fares Fares), wspomagani przez wielozadaniową archiwistkę Rose (Johanne Louise Schmidt). W Kartotece zespół policjantów, targany wewnętrznymi napięciami w przeddzień awansu Assada, musi zająć się sprawą odnalezionych w wynajmowanym mieszkaniu zwłok trójki osób. Tropy prowadzą ich do zamkniętego przed laty ośrodka wychowawczego dla trudnych dziewcząt w Sprogø, którego złowroga działalność okazuje się wkrótce kłaść na współczesnej Kopenhadze znacznie dłuższym, niż można było przypuszczać, cieniem.
Zgodnie z najlepszymi tradycjami skandynawskich kryminałów pojedyncza sprawa napotkana przez policjantów służy tu za synekdochę głębszych problemów duńskiego społeczeństwa. Tym razem są to ciemne strony nowoczesnego postępu społecznego i elitarystyczne uprzedzenia, które prowadzą do nadużyć mechanizmów państwa opiekuńczego, a w konsekwencji do ludzkich tragedii.
Struktura Kartoteki 64 jest powtórzeniem formuły znanej z poprzednich filmów o Departamencie Q – od efektownego zawiązania akcji śledzimy dochodzenie, rozwijające się według znanych niemal na pamięć standardów kryminalnych, przeplatane z początkowo niejasnymi, a później coraz bardziej zazębiającymi się z fabułą scenami z przeszłości. Do tego wszystkiego otrzymujemy także kolejny odcinek charakterologicznych utarczek wewnątrz departamentu, który pomimo trudności na końcu okazuje się zgranym i niezawodnym narzędziem sprawiedliwości. Za pewną innowację można uznać mniejszą niż w poprzednich częściach ekspozycję postaci antagonisty, ujawniającą się dopiero w finałowych partiach filmu.
Zmiany w formacie są jednak kosmetyczne, a film, który oglądamy, to kolejna efektowna wersja sprawdzonego wzorca. Siłą Kartoteki 64 jest sprawność, z jaką znajome elementy zostają połączone w atrakcyjne widowisko kryminalne. Opowieść toczy się wartko, dynamizowana oscylowaniem pomiędzy sferą intymnych historii poszczególnych bohaterów a szerszym kontekstem, w który się wpisują.
Współtwórcami sukcesu są z pewnością aktorzy, przede wszystkim główny duet Kaas/Fares, którzy, pomimo że w zasadzie czwarty raz odgrywają ten sam konflikt charakterów, są w stanie stworzyć przekonującą ekranową chemię, budując postacie koherentne z rozwojem fabuły całości i autentyczne. Warto też zwrócić uwagę, na pewien autorski sznyt wniesiony do formatu przez Christoffera Boe. Tak jak Hans Petter Moland ożywił serię, okraszając Wybawienie charakterystycznym dla siebie ironicznym luzem i stwarzając miejsce na pogłębienie psychologii bohaterów, tak specjalizujący się w onirycznych impresjach i budowaniu poczucia niepokoju Boe odcisnął swoje piętno na ostatecznym kształcie Kartoteki 64, prawdopodobnie najbardziej opierającym się na aurze lęku i niepewności spośród filmów o „Q.
Rękę twórcy Rekonstrukcji widać najwyraźniej w kilku błyskotliwie skomponowanych sekwencjach zagęszczających negatywne emocje (np. moment odkrycia zwłok czy pierwsza scena z przeszłości) oraz drapieżnych scenach przemocy, w których niepokój i cielesne oddziaływanie płynnie się łączą i komponują w niepokojąco niepozorną funkcję psychiczno-somatyczną postaci. To w tych dyskretnie hipnotyzujących momentach wybrzmiewa ambiwalencja świata przedstawionego i to one przykuwają uwagę najmocniej. Efektu dopełnia świetna oprawa audiowizualna autorstwa Jacoba Møllera (zdjęcia) oraz Anthony’ego Lledo i Mikkela Malthy (muzyka), potęgująca wysuwającą się na pierwszy plan atmosferę. Realizacyjnie Kartoteka 64 stoi po prostu na najwyższym poziomie, co przykrywa pewne niedoskonałości samej historii.
Najsłabszym elementem filmu jest zdecydowanie scenariusz. Główny koordynator serii Nikolaj Arcel oraz jego współpracownicy (Bo Hr. Hansen i Mikkel Nørgaard) nie tylko bez umiaru powielają znajomy schemat opowiadania (szczerze mówiąc, trudno byłoby mi przełknąć mechaniczne wykorzystanie retrospekcji, gdyby nie grająca w nich główną rolę świetna Fanny Bornedal), ale przede wszystkim grzeszą zbyt dużą przewidywalnością. Rozwiązania zagadki kryminalnej można się domyślić po kilkunastu minutach, a cała opowieść złożona została w gruncie rzeczy z gatunkowych klisz, na które tak nakręcony film nie zasługiwał.
Na szczęście zgrzyty ratuje Boe, wyciągając z nudnawego, schematycznego scenariusza co ciekawsze podteksty i odbijając od nich swój film. Tak jest chociażby w przypadku sztampowego wątku teorii spiskowych, którego wprowadzenie generuje paranoiczny nastrój osaczenia dzięki znakomicie zagranej przez Nicolasa Bro groteskowej postaci Brandta. Klasą samą w sobie jest też wybronienie banalnej kulminacyjnej konfrontacji Mørcka z zabójcą za pomocą wprowadzenia delirycznego posmaku rodem z Wady ukrytej Paula Thomasa Andersona. Tego typu smaczki czynią Kartotekę 64 tym atrakcyjniejszą filmowo, przenosząc uwagę widza z przebiegu historii na konteksty budowane obrazem.
Bardziej niż przyczynowo-skutkowa fabuła w filmie angażuje ogólna atmosfera zmęczenia i zagrożenia. Nie chodzi nawet o to, że wyjaśnienie zagadki nie jest satysfakcjonujące, bo na jakimś poziomie jest. Ciekawsze jest jednak samo to, że w metaforycznej szafie znajdują się trupy, niż to, jak się tam znalazły. Na horyzoncie widać już pomału kolejną część przygód Mørcka i Assada, którzy tymczasem w Kartotece 64 potwierdzają swoją pozycję na rynku skandynawskich kryminałów. Ekipa proponuje nam starannie nakręconą historię kryminalną z angażującym klimatem oraz proporcjonalną mieszanką budzących sympatię bohaterów, wyrazistych antagonistów, dylematów moralnych i akcji.
Film ten polecić można nie tylko fanom serii, ale także widzom, którzy wcześniejszych części nie widzieli, ponieważ Kartoteka 64, nawiązując nienachalnie do poprzedników, sprawdza się znakomicie jako pojedynczy film, nienależący do większej całości. To też zaleta odróżniająca duńską serię od wielu innych sag i usieciowionych uniwersów. Nie spodziewajcie się po Kartotece 64 wypieków, zasupłania zwojów mózgowych ani szokujących doświadczeń. Duński film to kolejny ponury kryminał z chłodnych krain, na który warto pójść dla solidnej dawki kinowej rozrywki. Boe i spółka żadnych drzwi nie wyważają, ale przechodzą po raz kolejny przez te używane wielokrotnie. I robią to z bardzo dobrym efektem.
