Connect with us

Publicystyka filmowa

Postacie z serialu GRA O TRON, które powinny były UMRZEĆ

W „GRA O TRON” zaskakujące zgony postaci przeszły do legendy, ale niektórzy bohaterowie powinni byli umrzeć znacznie wcześniej. Zobacz, kto!

Published

on

Postacie z serialu GRA O TRON, które powinny były UMRZEĆ

Gra o tron szybko dorobiła się miana serialu, w którym gęsto od trupów, żadna postać nie jest bezpieczna. Zgony ważnych (i lubianych) bohaterów i bohaterek, nierzadko brutalne lub niespodziewane, stały się wizytówką produkcji HBO, a czekając na kolejne odcinki, widownia (prawie) nieustannie drżała o losy swoich ulubieńców. Dla mnie był to jeden z kluczowych elementów Gry o tron, dodający opowieści pełnokrwistości i realizmu – w przeniesionej na ekrany sadze George’a R.

Advertisement

R. Martina nie było z góry określonych protagonistów/ek, co do których przetrwania i ostatecznego triumfu można było mieć pewność. Przez osiem sezonów zginęło naprawdę wiele postaci, których przedwczesnego zejścia z planszy można żałować. Ale, przynajmniej według mnie, są i takie przypadki, gdzie żałować można, że postać jednak nie zginęła, bo jej pozostawanie w grze nie wnosiło wiele, było przykre do oglądania czy po prostu nie miało większego sensu w kontekście historii. Poniżej omawiam takie przypadki. Dla jasności: biorę pod uwagę tylko postacie, które dotrwały do finałowego odcinka i nie uwzględniam tych, które zginęły, ale w niesatysfakcjonujący dla narracji sposób (dlatego nie mamy tu Jaimego Lannistera ani Daenerys Targaryen). W tekście są oczywiście spoilery.

Tyrion Lannister

Piszę to z wielkim bólem, Tyrion był bowiem jedną z moich ulubionych postaci w pierwszych sezonach. Gdy w serii czwartej został oskarżony o otrucie Joffreya i stanął przed perspektywą egzekucji, faktycznie trzymałem kciuki, aby i tym razem wywinął się Kostusze. I wywinął, zresztą w dość spektakularny sposób. Problem w tym, że po zabiciu ojca i ucieczce z Westeros Lannister stał się cieniem postaci, którą był wcześniej. To naturalne, że przeżycia z Królewskiej Przystani musiały go zmienić, ale to nie tu leży problem – od sezonu piątego Tyrion stał się swoją własną karykaturą, zapijaczonym politykiem rzucającym naokoło grubymi żartami i powiedzonkami, z których jednak niewiele już wynikało.

Advertisement

Samo w sobie mogło to mieć potencjał, jeśli twórcy pokazaliby w sensowny sposób degenerację wytrawnego gracza, jakim był Tyrion w Westeros, utratę sprawności umysłu i pozycji, stoczenie się w otchłań alkoholizmu i kompleksów. Ale tak się nie dzieje, po stosunkowo krótkich perturbacjach Tyrion zostaje ponownie wyniesiony do rangi dworskiego urzędnika Daenerys (serial omija tu kilka interesujących wątków książkowych dotyczących Tyriona, słusznie można mieć więc chyba wrażenie zbyt pospiesznego skrótu opowieści) i prezentowany jest aż do końca serialu jako sprytny doradca, zamiast miecza posługujący się intrygą i ironią.

Przy czym jest to ironia bardzo stępiona, sprowadzająca się w zasadzie do drwin i średniej jakości odzywek, a jakość jego planów politycznych spadła tak, że lepsze zdolności reprezentowały chyba nawet smoki Daenerys. Plany Tyriona niemal bez wyjątku kończyły się łatwą do przewidzenia katastrofą, a twórcy z uporem pokazywali jego działania jako słuszne i uzasadnione, nagradzając go finalnie de facto rządami w Westeros, sugerując, że oto odpowiedni człowiek otrzymał mandat władzy. Było naprawdę przykre patrzeć, jak ta znakomita postać staje się ofiarą uproszczonego i często zwyczajnie złego pisarstwa scenarzystów, którzy z jednej strony wykastrowali go z charakteru, z drugiej wciąż pokazywali jako „tego fajnego”.

Advertisement

Zdecydowanie lepiej zrobiłoby Tyrionowi, gdyby został stracony za królobójstwo lub stracił głowę gdzieś po przeprawie przez Wąskie Morze – skoro zabrakło odwagi lub koncepcji na ukazanie upadku Lannistera, lepsze to niż pozbawione pomysłu snucie się koło tronu.

Daario Naharis

Daario Naharis

Czy Daario Naharis dożył finału? Ano, nie wiadomo, jednak wszystko na to wskazuje. Po opanowaniu przez Daenerys i jej stronników rebelii w Zatoce Niewolników i wyruszeniu przez Matkę Smoków do Westeros dowódca Drugich Synów zostaje w Meereen, by zabezpieczać interesy swojej królowej. I to by było na tyle – jest potem pobieżnie wspomniany, ale ostatecznie nie dowiadujemy się wiele o jego losach.

Advertisement

Twórcy nie zadali sobie trudu nawet, by powiedzieć, czy daje sobie radę z kontrolą sytuacji w Essos, czy też nie. Ponieważ w serialu był erotycznie i romantycznie związany z Daenerys, w momencie kiedy na horyzoncie pojawił się wątek romansu pretendentki z rodu Targaryenów z Jonem Snowem, Daario stał się prawdopodobnie dla twórców całkowicie bezużyteczny. O ile wydaje się sensowne, że jego relacja z Daenerys została urwana (z jej strony raczej nie była poważna), to wydaje się, że ten istotny i zaufany sługa zasłużył na nieco więcej niż nieokreślona wegetacja poza ekranem i scenariuszem. Na przykład na spektakularną, dramatyczną śmierć.

Scenarzyści mieli co najmniej kilka opcji na klarowne zwieńczenie w ten sposób historii tej postaci, nie skorzystali jednak z żadnej. Nie chodzi nawet o to, że Daario przeżył – na zdrowie – ale o porzucenie tej wyrazistej postaci bez puenty, trochę jakby twórcy (ekhm) tak jakby zapomnieli o wygadanym awanturniku.

Advertisement

Arya Stark

night king game of thrones

Arya Stark powinna zginąć zabita przez Nocnego Króla po swoim bezsensownym skrytobójczym skoku pod Czardrzewem. Po pierwsze byłoby to zgodne z pierwotnym duchem Gry o tron, w którym przesadzone heroiczne czyny zostają raczej sprowadzone brutalnie do parteru niż zwieńczone uśmiechami i patetyczną muzyką. Po drugie młoda Lady Stark nie ucięłaby w ten gwałtowny i rozczarowujący sposób jednego z najciekawszych wątków serialu, który twórcy budowali od kilku sezonów, i można byłoby mieć choć nadzieję na ciekawszą puentę w tej kwestii.

To trochę półżartem – mój zarzut wobec przetrwania postaci Aryi dotyczy przede wszystkim właśnie tej głupiej sceny kulminacyjnej w trakcie bitwy o Winterfell. Jednak można też zauważyć, że jej wątek w końcowych sezonach mocno podupadł. Od zakończenia szkolenia u Ludzi Bez Twarzy Arya stała się pozbawioną większego kontekstu narracyjnego asasynką wędrującą to tu, to tam i zabijającą okazjonalnie kogoś w ramach zemsty. Wyglądało to tak, jakby twórcy nie mieli pomysłu na dramaturgię dla jej postaci i po prostu utrzymywali ją w serialu po to, by zagrała swoją rolę w finale. Ani z punktu widzenia rozwoju Aryi w sezonach sześć–osiem, ani finału nie wyszło to na dobre. Może jednak lepiej byłoby, gdyby rzeczywiście Arya umarła – tylko imieniem lub również i ciałem – w Domu Czerni i Bieli.

Advertisement

Jon Snow

Nie będę ukrywał, że Jona Snowa nigdy nie darzyłem specjalnym sentymentem. Jego wątek miał dla mnie zawsze zbyt silne skłonności do wpadania w klisze gatunku opowiadającego o szlachetnych, nieskazitelnych herosach walczących z przeciwnościami i mrocznymi siłami. Skutkowało to też niepasującą do początków Gry o tron jednowymiarowością Jona i pachniało zmierzaniem całej historii w kierunku czarno-białych wizji świata. Mimo tych zastrzeżeń wszystko rozwijało się całkiem dobrze i ciekawie aż do sezonu piątego, który zakończył się niespodziewaną śmiercią zdradzonego przez towarzyszy broni Snowa.

Oto Gra o tron, jaką znamy i kochamy – jedna z ulubionych postaci widowni, szlachetny i odważny rycerz ginie tragicznie na skutek spisku wrogów, ale i ponosząc konsekwencje swoich wcześniejszych działań, które popchnęły buntowników do zdrady. Brzmi świetnie, ale na etapie emisji tamtego odcinka już można było spodziewać się, że tak mrocznie nie będzie. I rzeczywiście, już na początku serii numer sześć Jon Snow zostaje wskrzeszony przez Pana Światła reprezentowanego przez kapłankę Melisandre, wskakuje z powrotem w skórzany strój, rozprawia się ze zdrajcami i kontynuuje misję ratowania świata.

Advertisement

To ten moment, w którym zacząłem naprawdę tracić serce do serialu HBO – wskrzeszenie Snowa było jaskrawym sygnałem, że koniec już z brutalnym realizmem i brakiem nietykalności kluczowych postaci. Warto zauważyć, że od śmierci i zmartwychwstania Jona aż do finału nie ginie już praktycznie żadna znacząca postać pozytywna, a protagoniści mają już zupełnie nieskrywaną „fabularną zbroję” (co do ekstremum doszło w bitwie o Winterfell, którą wbrew logice przeżywają niemal wszystkie istotne postacie). Jon zaś, jak to Jon, choć nie bez problemów, pokonuje przeciwności i otrzymuje swój wyśniony epilog za Murem.

Czyli dokładnie tak, jak można było zakładać. To normalne, Jon jest koniec końców głównym bohaterem – tyle że mało w tym ikry. Dla mnie jego śmierć była momentem, który mógł jeszcze raz przewartościować serial, wstrząsnąć rozgrywką i wprowadzić na nowo słabnący już element nieprzewidywalności. Niestety, zamiast tego Snow ożywieniec stał się symbolem skrętu serialu ku oczywistemu heroicznemu fantasy, a sposób, w jaki zostało to pokazane – bardzo szybki, niezostawiający niemal miejsca na niejasności, pośrednio rozpoczął proces gnicia scenariusza, który zepsuł finałową serię.

Advertisement

Samwell Tarly

Samwell Tarly to bez wątpienia postać z jedną z najbardziej unikalnych (a przy tym najbardziej trącących myszką generycznego fantasy dla młodzieży) podróży odbytych na przestrzeni ośmiu sezonów. Fajtłapa zmuszony do stania się wojownikiem, odnajdujący dla siebie rolę mędrca i przy tym odkrywający w sobie pokłady odwagi… Do samego Sama zasadniczo nic nie mam, jednak finałowy odcinek serialu potrzebował jego śmierci.

Konkretnie potrzebował, aby po wypowiedzeniu przez Tarly’ego tytułu Pieśń lodu i ognia nadanego kronice będącej zapisem oglądanych przez nas do tej pory zdarzeń na głowę nowego maestera powinno spaść pianino. To dopełniłoby nieporadnego, niemal kreskówkowo spłaszczonego zakończenia sagi.

Advertisement

Gregor Clegane

Góra to jedyna postać z tej listy, która rzeczywiście doczekała się śmierci na ekranie, w odcinku poprzedzającym finał. Nastąpiła ona oczywiście w trakcie wyczekiwanego przez fanów Cleganebowl, starcia niesławnego rycerza-mordercy z młodszym bratem, Sandorem „Ogarem” Clegane’em. Z perspektywy tego drugiego (skądinąd jednej z fajniejszych postaci w serialu, której nie zaszkodziło nawet wskrzeszenie w serii szóstej) to starcie było klarownym domknięciem łuku narracyjnego skupionego na resentymencie i wewnętrznej walce z przyrodzonymi gniewem oraz brutalnością.

Muszę jednak przyznać, że o ile chciałem, by Ogar otrzymał w serialu należne mu zwieńczenie swojego wątku, tak Cleganebowl było już dla mnie zbyt mocnym fanserwisem, kończącym prywatną sagę Clegane’ów na rodzaju autopilota. Zwłaszcza że po (niemal) śmiertelnych obrażeniach w pojedynku z Oberynem Martellem w sezonie czwartym Góra, przemieniony w Roberta Stronga, stał się chodzącym zombie-ochroniarzem odartym z tożsamości i co za tym idzie, niebudzącym praktycznie żadnych emocji swoim byciem na ekranie (a nie pamięcią, że to „ten zły Góra”). Skrajne przerysowanie tej postaci skutkowało też niepotrzebnym przesadzeniem starcia z Ogarem, w którym stał się niemal nieśmiertelną maszyną – a nie znienawidzonym starszym bratem. Może lepszym finałem dla Sandora byłaby wizyta na grobie Gregora? Albo scena, w której konfrontuje się z niemożliwością realizacji swego marzenia o zabiciu krewniaka? Tak mi się wydaje.

Advertisement

Dodalibyście inne postacie do tej listy?

Advertisement

Antropolog, krytyk, praktyk kultury filmowej. Entuzjasta kina społecznego, czarnego humoru i horrorów. W wolnych chwilach namawia znajomych do oglądania siedmiogodzinnych filmów o węgierskiej wsi.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *