Publicystyka filmowa
Te filmy na pewno zobaczę, czyli najciekawsze premiery końca 2015
7 filmów na koniec roku
Zwykło się uważać końcówki każdego roku za te – obok wiosenno-letnich premier – najważniejsze w danym roku. Bardzo wiele premier, jeszcze więcej obietnic i od groma oczekiwań, bowiem to w grudniu upychane są premiery tych filmów, które mają odegrać ważną rolę w przyszłorocznym oscarowym wyścigu. Nie pokuszę się o przewidywanie kto będzie nominowany, jaki film spełni nadzieje, a który okaże się porażką. W poniższym zestawieniu umieściłem jedynie te premiery, które mnie zwyczajnie bardzo interesują, intrygują, na które czekam od wielu miesięcy. I z pewnością kupię na nie bilet – proste kryterium, czyż nie? Ponadto sugeruję się premierami światowymi, nie polskimi, bo jednak wszystko, co związane z marketingiem filmowym konkretnych tytułów, kręci się wokół momentu ich pojawienia się za oceanem. Ja się temu też poddaję, chłonę wiadomości ze źródeł, obserwuję to, co tam się dzieje.
7 tytułów, o których wiem na pewno jedno: chcę je zobaczyć.
*
7. The Good Dinosaur
Premiera: 25 listopada. Premiera w Polsce: 27 listopada.
Dwa filmy Pixara w ciągu jednego roku? Zdecydowanie za dużo dobra, tym bardziej, gdy nieuniknione będą porównania z arcydziełem, jakim okazało się “W głowie się nie mieści”, absolutną czołówką Pixara. Co oferuje “Dobry dinozaur”? Przygodę, humor, świetną animację. Niewiele więcej wiemy, a to, co wiemy, niekoniecznie podnosi ciśnienie – życzliwość wobec tego projektu i oczekiwanie jest oczywiście związane z magią marki, czyli wielkim zaufaniem, które do tej pory nigdy nie zostało zburzone (tak, “Auta 2” z punktu widzenia dzieciaka są bardzo w porządku).
Pytanie kluczowe: jakiego typu ambicja czai się w tle historii o dinozaurze? Kwestia jest zasadna, bo wartości, którym Pixar jest wierny – szczerość emocji! – stanowią o sile jego dzieł i niosą filmy zdecydowanie wyżej od konkurencyjnych produkcji (sami zobaczcie, gdzie jest Pixar, a gdzie reszta). Nie wierzę w to, że nic się tam czaić nie będzie, a “Dobry dinozaur” to tylko atrakcyjny nośnik reklamowy dla chrupek, hamburgerów i skarpetek. Byłoby to nierozważne z dwóch powodów: to nowa franczyza i żeby cokolwiek wykreować trzeba ponieść wielkie marketingowe nakłady (których, nota bene, w ogóle nie widać). Ten drugi powód nazywa się “Gwiezdne wojny”, przy których wszystko inne blednie.
Dlatego Pixar musi mieć coś, czym zaskoczy.
6. In the Heart of the Sea
Premiera: 12 listopada. Premiera w Polsce: 4 grudnia 2015.
Trudno nie czekać na nowy film Rona Howarda. Od wielu lat reżyser ten utrzymuje bardzo wysoką formę z naprawdę niewielką ilością wpadek (“The Dilemma”). Ostatnio zaprezentował znakomity “Wyścig”, wcześniej równie dobry “Frost/Nixon”, w międzyczasie zekranizował w bardzo przyzwoity sposób powieści Dana Browna. A nie zapominajmy, że Howard odpowiada za kilka klasyków – “Ognisty podmuch”, “Apollo 13”, “Piękny umysł”, “Okup”, “Willow”. Mało? Nie jest na pewno na reżyserskim topie, ale to bardzo dobry rzemieślnik, sprawnie opowiadający historie i wyciskający z kadru maksimum emocji.
“W samym sercu morza” nie powinno znacząco odbiegać od jakościowego standardu. Po pierwsze, cały seans spędzimy w napięciu siedząc na krawędzi fotela, bowiem chodzi o marynarzy, którzy utkwili na środku oceanu, a ich dramat potęguje jeszcze obecność agresywnego kaszalota – tak, “Moby Dick” bazuje na tej autentycznej historii. Po drugie, Howard zgromadził świetną obsadę – Cillian Murphy, Chris Hemsworth, Brendan Gleeson, Tom Holland, Jordi Molla; za kamerą znakomity operator, Anthony Dod Mantle. Nie wiem jak taki film może się nie udać.
5. Joy
Premiera: 24 grudnia. W Polsce: 8 stycznia 2016
David O. Russell miał niezłą passę – jego 3 ostatnie filmy – “The Fighter”, “Silver Linings Playbook”, “American Hustle” – to sukces za sukcesem. Za każdy zdobył masę nagród i nominacji, z Oscarami i Złotymi Globami na czele. Wszędzie był chwalony i oklaskiwany, tym bardziej, że zgromadził wokół siebie aktorów, którzy również spijali śmietankę z sukcesu. Jennifer Lawrence i Bradley Cooper to para, z którą Russell lubi pracować, więc nic dziwnego, że do “Joy” znowu ich zatrudnił, dorzucając jeszcze Roberta de Niro (tak, już z nim współpracował, efektem była najlepsza rola de Niro w XXI wieku) i kilka nowych twarzy: Isabellę Rossellini, Virginię Madsen i rodzącą się gwiazdę, Edgara Ramireza (wystąpi niedługi w remaku “Point Break” i bokserskim “Hands of Stone” z… de Niro). Co będzie z “Joy”? Przewiduję kolejny sukces, bowiem to klasyczna historia od pucybuta (samotna matka trojga dzieci) do milionera (twórczyni np.
mopa, którego wszyscy używamy na co dzień, i wieszaków na ubrania pokrytych aksamitem). Upór, ciężka praca, inteligencja, szczęście – miks tego wszystkiego doprowadził Joy Mangano na listę najbogatszych Amerykanek. Materiał na film motywacyjny? Dzieło inspirujące? Zobaczymy.
4. Córki dancingu
Premiera: 25 grudnia
Lata 80., Donna Summer, Zaucha, cekiny, plastik, Kinga Preis, Magdalena Cielecka, Jakub Gierszał. MUSICAL. Polski. Debiut filmowy Agnieszki Smoczyńskiej. Podobno to nieskrępowana niczym zabawa formą i treścią, z elementami pastiszu, groteski i surrealizmu. Polska odpowiedź na celuloidowe szaleństwo Baza Luhrmanna?
Czytając opinie po ostatnim festiwalu w Gdyni bezsprzecznie mamy do czynienia z dziełem mocno polaryzującym widzów: jedni w kompletnym zachwycie, drudzy zniesmaczeni reżyserską dezynwolturą, jakiej w polskim kinie dawno nie było. A jako, że tak odważne ruchy i zaskoczenia w kinie uwielbiam, to bardzo chętnie zobaczę ten środkowy palec wymierzony w przykładne, przewidywalne kino. Już znakomite “Disco Polo” pokazało, że coś się w tej kwestii w rodzimej kinematografii zmieniło – ci debiutanci są zdecydowanie bardziej odważni, rozpychają się łokciami i nie chcą być stawiani w jednym szeregu z zastępem zasłużonych. Wchodzi na rynek pokolenie bardzo świadome konwencji, nie bojące się ryzyka i traktujące kino jako zabawę. Nie sposób tego nie lubić.
3. The Hateful Eight
Premiera: 25 grudnia. W Polsce: 15 stycznia 2016
Każdy film Quentina był wydarzeniem, które swoje miejsce znajdowało w dorocznych podsumowaniach nie tylko naszej redakcji, ale praktycznie każdej, która wybiera najlepsze filmy danego roku. Mnie osobiście ani trochę to nie dziwi, bo Tarantino to zdecydowanie najrówniejszy z reżyserów i każdy z siedmiu dotychczasowych obrazów uważam za co najmniej bardzo dobry (Grindhouse: Death Proof), ale najczęściej wybitny (wszystko pozostałe). Tym razem znowu wracamy do XIX wieku, czyli gatunkowo w okolice westernu. Pod względem treści skojarzenia idą w kierunku “Wściekłych psów”, co jest głównie związane z ograniczoną przestrzenią i konfliktem pomiędzy licznymi bohaterami (obsada roku: Kurt Russell, Samuel L.
Jackson, Tim Roth, Bruce Dern, Michael Madsen, Walter Goggins, Damien Bechir). Muzyka: Ennio Morricone. Zdjęcia: Robert Richardson. Czas: 3 godziny, a jak traficie na wersję 70mm, to dostaniecie gratis uwerturę, przerwę oraz dodatkowych 6 minut. Czego się można spodziewać? Tego wszystkiego, za co Tarantino jest uwielbiany. Czego nie warto się spodziewać? Tego, że film nie będzie tarantinowski. Lepiej być nie może.
https://www.youtube.com/watch?v=6_UI1GzaWv0
2. The Revenant
Premiera: 25 grudnia. W Polsce: 29 stycznia 2016.
Alejandro Gonzales Inarritu – wyrazisty, znakomity reżyser, którego cenię ogromnie za Trylogię Przypadku i tegorocznego, cudownego “Birdmana”. Emmanuel Lubezki – jedno z tych magicznych nazwisk, które gwarantuje nie tylko po prostu bardzo dobre zdjęcia, ale i nieprzesadzony zachwyt. Leonardo DiCaprio i Tom Hardy w rolach głównych – pierwszy to od lat aktorska światowa czołówka; drugi to najbardziej magnetyczne nazwisko ostatnich lat.
Western, kino survivalowe, obraz zemsty – gatunek i tematyka powodują wzrost ciśnienia. Dodajmy do tego mistrzowskie zwiastuny, piękne plakaty, informacje o szalenie trudnych warunkach, w jakich kręcono zdjęcia, o zaangażowaniu aktorów, którzy nie bali się ryzykować zdrowia na planie… Jeśli jakiś film może konkurować z “Gwiezdnymi wojnami” na moc podniecenia, to właśnie “The Revenant”. Składniki tego dania są doskonałe, w styczniu czeka nas uczta.
1. Star Wars: Episode VII – The Force Awakens
Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy
Premiera: 10 grudnia. Premiera w Polsce: 18 grudnia.
Tak naprawdę i ten rok, a już z pewnością końcówka 2015 będzie zdemolowana przez wszystko, co się tyczy Gwiezdnych Wojen. Chciałbym patrzeć na tę sytuację chłodnym okiem, ale w sumie można mieć to gdzieś i po prostu cieszyć się WYDARZENIEM. Bo przecież to nie tylko film, a całe zjawisko zagarniające przestrzeń marketingową na skalę nieporównywalną do innych filmów. Trudno mi więc zaprzeczyć, że nie czekam, bo przebieram w miejscu nogami oczekując na premierę (bilet już kupiony), szczególnie gdy przypomnę sobie doskonały ostatni zwiastun, na pewno jeden z najlepszych tego roku (i ten moment, gdy Sokół Millenium się pojawia, ciary przechodzą po plecach).
Płyty blu-ray z Sagą już kręcą się w odtwarzaczu od jakiegoś czasu, z dnia na dzień coraz intensywniej, w radio, telewizji, internecie coraz więcej reklam, materiałów na temat, wspomnień, przypomnień, dyskusji. Dzieje się.
J.J. Abrams zapowiada taką gwiezdnowojenną przygodę, jaka powinna być: z bohaterami, których dobrze znamy; z tłem, które rozpoznajemy; z akcją, muzyką, dźwiękiem, które podniecają już w samej zapowiedzi. A nade wszystko film Abramsa zapowiada się jako ten – z braku lepszego określenia – z duszą. Tak jak wyabstrahowany z niej był powrót Lucasa na początku XXI wieku, tak ten reżyser robi wszystko, aby przekonać fanów – szczególnie ich – że rozumie, o co w tej bajce chodzi i wie, jak efektywnie wykorzystać emocje i sentymenty. To, że wyciśnie do ostatniej kropli technologiczne możliwości współczesnego kina – to pewne, tym zaskarbi miłość każdego fana rasowych blockbusterów. Ale najważniejszy element, najsprytniejszy myk i klucz do sukcesu czai się w owej duszy, w głąb której zdaje się, że J.J. Abrams zajrzał.
Jeśli się mylę, to rozczarowanie będzie okrutne, boleśniejsze od “Mrocznego Widma”.







