Publicystyka filmowa
Filmy, w których zwierzęta GINĘŁY naprawdę. Czerwona kartka za okrucieństwo!
Filmy, w których zwierzęta GINĘŁY naprawdę, ukazują mroczną stronę kina. Odkryj, jak historia filmowa ignoruje cierpienie istot żywych.
Nie potrafię patrzeć na krzywdę zwierząt w kinie. Te sceny są dla mnie o wiele trudniejsze w odbiorze niż cierpienie ludzi – nie dlatego, że na to drugie jestem mniej wrażliwa. Po prostu mam świadomość, że ludzkie cierpienie w filmach jest wyreżyserowane i zagrane przez profesjonalnych aktorów. Co do zwierząt nigdy nie mam takiej pewności.
Już Edison filmował zabijanie słonia prądem, a jedno z nagrań braci Lumière przedstawia wciąganie krowy za rogi na pokład statku. Kino – jak każda inna branża rozrywkowa – w ciągu całej swojej historii wykorzystywało zwierzęta do własnych celów. Nieświadoma widownia od zawsze oklaskuje tylko efekt końcowy, nie zastanawiając się, czy przy jego osiąganiu nie narażono czasem istot żywych na stres, cierpienie, a nawet śmierć. Tego jednak na ekranie nie widać, to brzydka i przemilczana prawda. Tygrysy, słonie czy niedźwiadki w filmach wydają ci się słodkie? Zmartwię cię: to nie psy i koty, które w ciągu tysiącleci nauczyły się funkcjonować u boku człowieka. Żeby grać tak, jak życzy sobie tego reżyser, wszystkie dzikie zwierzęta muszą przejść długą i bolesną tresurę, obejmującą m.in. rażenie prądem i bicie pejczem (przeczytajcie choćby o przerażających metodach szkolenia słoni, znanych w tajskiej tradycji jako phajaan).
W kinie często wykorzystuje się zwierzęta cyrkowe, wykonujące polecenia ze strachu przed karą i trzymane w nienaturalnych dla siebie warunkach. A co się dzieje, kiedy zwierzęta spełnią już swoją funkcję? Wiele gatunków, np. małp, jest potrzebnych jedynie wtedy, kiedy są jeszcze młode. Gdy ich czas mija, zazwyczaj są porzucane, np. w ogrodach zoologicznych, o ile mają tyle szczęścia. Istnieją jednak i takie zwierzęta, których nie są chciane ani przez zoo, ani przez potencjalnych opiekunów adopcyjnych. Kiedy więc producent na potrzeby filmu „zamawia” stworzenia, które nie mają swojej funkcji w świecie rządzonym przez zachcianki człowieka, np. nielaboratoryjne myszy czy szczury, to po zakończeniu zdjęć bardzo często się je utylizuje – czyli najzwyczajniej w świecie zabija.
Samo przebywanie na planie filmowym jest dla większości gatunków bardzo stresujące. Zwierzęta znajdują się na obcym terenie, wśród obcych sobie istot, najczęściej z dala od naturalnego dla siebie środowiska. Wyczuwają panującą wokół nerwowość, nie rozumieją sytuacji, w jakiej uczestniczą, tracą poczucie kontroli nad własnym losem, pozostają w stanie stałego napięcia, nie wiedząc, czy to wszystko zagraża ich życiu, czy nie. To trochę tak, jakby ktoś zamknął cię w domu obcego człowieka, w którym wszyscy mówią w nieznanym ci języku, każą ci uczestniczyć w lokalnych, tajemniczych rytuałach, a ty nie wiesz nawet, jakie zamiary ma wobec ciebie gospodarz.
Oglądając film ze zwierzętami, nigdy nie wiemy, czy należycie zadbano o ich dobrostan. O ile w Hollywood (choć nie od zawsze) istnieją specjalne organizacje monitorujące traktowanie zwierząt na planie filmowym, o tyle w pozostałych rejonach świata twórcy bardzo rzadko podlegają jakiejkolwiek kontroli. Oglądając bollywoodzkie czy azjatyckie produkcje, niejednokrotnie zastanawiam się, czy przy kręceniu danej sceny nie ucierpiało występujące w niej zwierzę. Ale nawet te filmy, które otrzymały znaczek „no animals were harmed in the making of this film”, często nie są wolne od zaniedbań i nadużyć – żadna organizacja nie jest w stanie skontrolować procesu filmowego od A do Z.
W artykule piszę o najbardziej godnych potępienia, najgłośniejszych incydentach – o filmach, przy których kręceniu ginęły zwierzęta. Tylko część z tych historii to wypadki, w większości przypadków śmierć była zaplanowana i zadana z premedytacją, przy udziale i zgodzie dużej grupy ludzi. Chciałabym jednak, abyśmy pamiętali, że to tylko wierzchołek góry lodowej. Zwierzęta wykorzystywane w działaniach mających dostarczyć ludziom rozrywki nie zawsze giną, ale prawie zawsze cierpią. Pozostaje mieć nadzieję, że przy rosnącej świadomości społeczeństwa i przy ciągłym doskonaleniu technik realizacyjnych filmowcy coraz rzadziej będą zmuszać zwierzęta do wykonywania niebezpiecznych i nienaturalnych dla nich czynności przed kamerą.
Ze względu na delikatną tematykę i niechęć do epatowania okrucieństwem zdecydowałam się na niezamieszczanie zdjęć z opisywanych scen. W zestawieniu nie uwzględniałam dokumentów (Safari Seidla) i filmów z nurtu mondo (Pieski świat).
Jesse James (1939, reż. H. King, I. Cummings)
Ten western z Henrym Fondą i Tyrone’em Powerem przeszedł do historii jako film, który stał się bezpośrednią przyczyną założenia specjalnego oddziału organizacji American Humane Association, którego zadaniem jest kontrolowanie i monitorowanie tego, jak traktowane są zwierzęta na planach amerykańskich produkcji filmowych. Wszystko przez scenę, w której jeździec na koniu skacze do wody z dużej wysokości. Zwierzę zginęło w wyniku zawału spowodowanego stresem, co odbiło się szerokim echem w kraju i wywołało falę protestów. Jest to więc jeden z niewielu przykładów na tej liście, kiedy śmierć żywej istoty doprowadziła do realnych, pozytywnych zmian: American Humane działa do dziś, to członkowie tej organizacji oceniają, czy danemu filmowi można przyznać znaczek „podczas kręcenia tej produkcji nie ucierpiały żadne zwierzęta”. Przed Jessem Jamesem żadna organizacja nie ingerowała w to, co dzieje się ze zwierzętami na planie hollywoodzkich produkcji.
Czas apokalipsy (1979, reż. F. F. Coppola)
Każdy, kto oglądał scenę zarzynania wołu w Czasie apokalipsy, z całą pewnością zdaje sobie sprawę z autentyzmu oglądanej egzekucji. Zwierzę otrzymuje cios maczetą w kark, a my patrzymy, jak w oczach umierającej istoty najpierw pojawia się rozbłysk absolutnego przerażenia i bólu, by sekundę później zgasło w nich życie. Na obronę Coppoli można powiedzieć, że wół nie został zabity specjalnie na potrzeby jego filmu. Amerykanin sfilmował prawdziwy, lokalny rytuał, odprawiany przez miejscową ludność: całe zdarzenie odbyłoby się niezależnie od realizacji Czasu apokalipsy. Fakt, że w latach 70. podobne rytuały odprawiano jeszcze na terenie Filipin, był jednym z czynników, które skłoniły Coppolę do kręcenia Czasu apokalipsy na terenie tego właśnie kraju.
Różowe flamingi (1972, reż. J. Waters)
Jeden z najohydniejszych przykładów znęcania się nad zwierzęciem w imię „sztuki” to scena z Różowych flamingów, w której dwójka ludzi w trakcie seksu zgniata kurczaka między swoimi ciałami. Scena ze zrozumiałych względów spotkała się z protestami i oburzeniem. W odpowiedzi na zarzuty John Waters wskazywał – całkiem słusznie – na hipokryzję krytykujących go ludzi, którzy jedzą zabijane w rzeźniach zwierzęta, a zatem zgadzają się na ich niewyobrażalne cierpienie i płacą za ich śmierć, nie mają jednak odwagi na nią patrzeć. Do tej trafnej obserwacji reżyser musiał jednak dodać cyniczną uwagę o tym, że „przynajmniej kurczak umarł szczęśliwy, bo przed śmiercią sobie popieprzył”, czym dał dowód własnej znieczulicy… I wielka szkoda, że Waters, udzielając w swoim filmie głosu marginalizowanym mniejszościom seksualnym, zapomniał o jedynej mniejszości, która ludzkim głosem nie dysponuje.
Andriej Rublow (1966, reż. A. Tarkowski)
Szkoda, że nawet takie arcydzieło światowego kina jak ten monumentalny fresk biograficzny Tarkowskiego nie jest wolne od nieuzasadnionego cierpienia zwierząt. Koń, który w jednej ze scen spada ze schodów i zostaje dobity przez żołnierza włócznią, zginął naprawdę. Tarkowski wykupił zwierzę z rzeźni i przed nakręceniem sceny postrzelił je w szyję, by wiarygodniej się zataczało. Następnie koń został zepchnięty ze schodów i przez chwilę po upadku widać, jak utyka i przewraca się, aż w końcu przechodzący mężczyzna dźga go włócznią.
Po nakręceniu sceny zwierzę zostało dobite strzałem w głowę i odesłane do rzeźni. Ta wyjątkowo okrutna scena powolnego pastwienia się nad żywą istotą ma uzasadnienie fabularne – obrazuje koszmar wojny, posiada drugie dno ze względu na symbolikę konia. Czy jednak naprawdę nie dałoby rady obmyślić sceny dobijania konia w taki sposób, by nie trzeba go było przy tym torturować i zabijać? Zwłaszcza że twórcy byli w stanie przeprowadzić tak skomplikowany zabieg pirotechniczny jak udawane podpalenie krowy (która wbrew plotkom przeżyła)…
Hobbit: Niezwykła podróż (2012, reż. P. Jackson)
Superprodukcje filmowe pochłaniają grube miliony dolarów, dlatego producenci tną koszty, gdzie tylko się da. Niestety, w przypadku pierwszej części Hobbita owo cięcie kosztów dotyczyło także dobrostanu grających w filmie zwierząt. Według raportu American Humane Association w trakcie realizacji zdjęć w wyniku różnego rodzaju wypadków padło aż 27 spośród 150 zwierząt występujących w Hobbicie.
Powód? Producenci przetrzymywali je na najtańszej farmie w okolicy, na której panowały warunki zagrażające ich życiu. Kilka zwierząt zatruło się śmiertelnie paszą, kilka kur zostało zagryzionych przez psy. Zwierzęta trzymane były w ścisku, na grząskim, systematycznie zalewanym terenie; wiele z nich zostało rannych lub zginęło podczas próby ucieczki przez metalowe, nieszczelne ogrodzenie. Na szczęście dzięki protestom PETA zadbano o lepsze warunki dla zwierząt przy kręceniu kolejnych części.
Oldboy (2003, reż. Park Chan-wook)
W osławionej scenie Dae-su zamawia w barze żywą ośmiornicę – niestety, aktor zjadł nie atrapę, lecz prawdziwe stworzenie. Co gorsza, ujęcie to wymagało kilku powtórek, w związku z czym zabito w sumie cztery ośmiornice. Scena ta była bardzo trudna dla grającego głównego bohatera Choi Min-sika: praktykującego buddysty i wegetarianina. Jak sam przyznał, podczas jedzenia żywych ośmiornic modlił się w duchu za zabijane przez siebie zwierzęta. Do dzisiaj czuje się też źle na samą myśl o tamtym zdarzeniu. A ja, mimo całego podziwu dla talentu Parka, tej jednej sceny nie potrafię mu wybaczyć.
Popioły (1965, reż. A. Wajda)
Nadużycia wobec 14-letniej Pauliny Młynarskiej na planie Kroniki wypadków miłosnych (o których pisała Agnieszka Stasiowska w swoim artykule) to niejedyny mocno nieprzyjemny epizod w filmografii Wajdy. Już wcześniej, przy kręceniu Popiołów, polski reżyser dopuścił się strasznego czynu. Mowa oczywiście o niesławnej scenie zrzucenia żywego konia ze stromej skały. W bardzo graficznym, naturalistycznym ujęciu widzimy, jak przerażone zwierzę spada z dużej wysokości, z impetem łamiąc nogi i kark.
Nie ma mowy o efektach specjalnych – patrzymy na prawdziwą śmierć, niewnoszącą do filmu nic poza efektownym ujęciem. Jak tłumaczył się reżyser? Cóż, według Wajdy koń i tak był przeznaczony do rzeźni, więc zginąłby niezależnie od jego filmu… Przypadek Popiołów dobrze pokazuje, jak na przestrzeni pięćdziesięciu lat zwiększyła się wrażliwość i świadomość polskiego społeczeństwa – dziś podobna scena nie przeszłaby w żadnym filmie; i bardzo dobrze.
Ben Hur (1959, reż. W. Wyler)
Wśród zwierząt najbardziej skrzywdzonych przez człowieka z pewnością znajdują się konie. Te wolne i niezależne zwierzęta na przestrzeni wieków zostały przekształcone w naszych niewolników, zmuszonych do dźwigania ciężarów ponad siły, ranionych w wojnach, zaharowujących się w kopalniach, zabijanych przy pierwszych oznakach starości. Konie to także zwierzęta, które zdecydowanie najczęściej ginęły na planach filmowych. Wykorzystywane w produkcjach historycznych i wojennych, często brały udział w niebezpiecznych scenach, których realizacja narażała je na ciężkie kontuzje, a nawet śmierć.
Dość powiedzieć, że podczas kręcenia Ben Hura zginęło co najmniej 11 tych zwierząt, z czego większość padła podczas realizacji słynnej sceny wyścigu rydwanów, kilka zaś zmarło z wycieńczenia, gdy zmuszano je do powtarzania ujęć biegu w spiekocie i bez dostępu do wody. Jeszcze gorzej prezentuje się jednak pierwszy Ben Hur – na planie produkcji z 1925 r. zginęło ponad 100 koni!
Men Behind the Sun (1988, reż. Mou Tun-fei)
Ten niebywale drastyczny film opowiada o makabrycznych eksperymentach, jakie przeprowadzali Japończycy w trakcie II wojny światowej (zainteresowanych tą niezbyt znaną u nas zbrodnią zachęcam do poszukania informacji na temat Jednostki 731). Niestety, nie wszystkie sceny okrucieństw w Men Behind the Sun były symulowane. W jednym z epizodów żołnierze rzucają żywego kota między wygłodniałe szczury. Zwierzę zostało żywcem pożarte przez gryzonie… Reżyser bronił się, twierdząc, że nakręcenie tej sceny nie sprawiło mu żadnej przyjemności, ale była ona konieczna dla zobrazowania bestialstwa zbrodniarzy.
W innym wywiadzie – już po latach i w obliczu narastającej krytyki środowisk prozwierzęcych – utrzymywał, że zwierzę wcale nie zginęło: podobno kot został wysmarowany miodem o czerwonym zabarwieniu udającym krew, a szczury jedynie go lizały. Po wszystkim zwierzaka nagrodzono rybą i odesłano do właścicieli. Po latach trudno określić, która wersja wydarzeń jest prawdziwa. Z całą pewnością w tej strasznej scenie zginęły szczury, które podpalono już po zjedzeniu przez nie kota.
Pat Garrett i Billy Kid (1973, reż. S. Peckinpah)
Niestety, Sam Peckinpah w swojej fascynacji okrucieństwem często wykraczał poza reżyserowanie go. Gdyby tworzył współcześnie, to ustawicznie trafiałby na czarne listy wszystkich organizacji prozwierzęcych. W pamiętnej scenie z Dzikiej bandy grupka dzieci podpala skorpiona – zwierzę naprawdę zostało spalone. Jeszcze brutalniejsza jest jednak scena z Pata Garretta i Billy’ego Kida, w której mężczyźni odstrzeliwują głowy zakopanym po szyje, żywym kurom… Nawet nie chcę wiedzieć, skąd taka wizja wzięła się w głowie reżysera.
Zdarzało się, że członkowie ekipy odwodzili Peckinpaha od tych bardziej okrutnych pomysłów. Krwawy Sam planował np. faktyczne zastrzelenie galopującego konia, by ten w jednej ze scen Pata Garretta… efektowniej się przewrócił… Na szczęście reżyser nie zrealizował tego zamiaru.
Reguły gry (1939, reż. J. Renoir)
Długa scena polowania z tego klasyka francuskiego kina była tylko częściowo reżyserowana. Jean Renoir i jego aktorzy wyszli z bronią w teren, by strzelać do prawdziwych ptaków i królików. Reżyser nie szczędził zbliżeń na przedśmiertne drgawki trafionych kulą zwierząt. Poczynania bohaterów zwykle interpretuje się jako zblazowanie znudzonej burżuazji, a nieupiększony naturalizm sceny polowania był szeroko komentowany już w chwili premiery. Dla współczesnego widza ujęcia te są jeszcze bardziej niesmaczne, ponieważ na przestrzeni niemal stu lat nastąpiły zmiany w naszej mentalności i społecznym postrzeganiu myślistwa: choć wciąż jeszcze spotyka się jednostki, dla których strzelanie do bezbronnych zwierząt to z jakichś dziwacznych względów powód do dumy.
Ostatni bohater (1999, reż. L. Hool)
Filmowcy stosują różne sztuczki, by upadki koni wyglądały możliwie najbardziej realistycznie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak stresujące są takie sceny dla zwierząt i jak wysokie jest przy nich ryzyko kontuzji. Wyjątkowo okrutny i prymitywny sposób na wymuszenie upadku stosowano przy kręceniu Ostatniego bohatera – pędzącym koniom podcinano nogi drutem. Taka procedura jest zakazana w Stanach Zjednoczonych, dlatego Ostatniego bohatera kręcono na terytorium Meksyku. Kiedy pogłoski o maltretowaniu dotarły do pracowników American Humane, ci zwrócili się do twórców z propozycją pomocy w znalezieniu sposobu na nakręcenie scen z końmi w sposób humanitarny; filmowcy jednak nie chcieli nawet porozmawiać z działaczami.
Aż nie chce się wierzyć, że mowa o filmie nakręconym u progu XXI wieku! Niektóre z potraktowanych w ten sposób koni zostały trwale okaleczone. A co się robi z kulawymi końmi? Sprzedaje się je do rzeźni…
Siedem życzeń (1984)
Ten polski miniserial komediowy zapisał się w pamięci widzów przede wszystkim za sprawą mówiącego kota, Rademenesa. Nie wszyscy wiedzą jednak o kryjącej się za tą postacią makabrycznej historii – kot pod koniec zdjęć został uśpiony, bo ponoć specom od efektów łatwiej było animizować ruch warg u wypchanych zwłok niż u ruszającego się, żywego stworzenia… Twórcy wielokrotnie próbowali dementować tę informację i określać ją jako plotkę. Do dzisiaj nie jest jasne, czy zwierzę zostało zabite przez przypadek (za co miano wypłacić odszkodowanie jego właścicielom), czy z premedytacją, bo… denerwowało ekipę filmową i chciano się na nim zemścić. Z kolei odtwórca głównej roli, Daniel Kozakiewicz, niefrasobliwie przyznał kiedyś w wywiadzie, że kocich ofiar było więcej:
Kot nie przychodzi jak pies na zawołanie. Robi, co chce i kiedy chce. Pierwszy popełnił samobójstwo po dwóch tygodniach zdjęć, skacząc z czternastego piętra bloku na Jelonkach. Nie spadł na cztery łapy. Drugi oszalał i zaczął wszystkich atakować, drapać, gryźć. Trzeci niczym się nie przejmował, nie reagował, aż któregoś dnia, wykorzystując nasze zaufanie, zwiał. Na szczęście ktoś go znalazł i mogliśmy dokończyć film.
Wrota niebios (1980, reż. M. Cimino)
Na planie filmu Michaela Cimino spotkały się takie sławy jak Christopher Walken, Jeff Bridges, John Hurt i Isabelle Huppert; żadnemu z tych aktorów nie przeszkadzało, że reżyser filmuje prawdziwe walki kogutów. Kilka ptaków zadziobało się na śmierć, ponieważ sceny walki były wielokrotnie powtarzane. Co więcej, na planie Wrót niebios używano prawdziwej krwi zwierząt – konie były dźgane bez znieczulenia w karki, a ich posoką brudzono aktorów. Konie traktowano przy tej produkcji okropnie, w wyniku bicia i wycieńczenia zginęły aż cztery z nich. Jedno z tych zwierząt zostało natomiast wysadzone dynamitem (scena ta znalazła się w filmie) – i to pomimo tego, że konia dosiadał wtedy jeździec, Ronnie Hawkins, co dobitnie pokazuje, że reżyser nie dbał nawet o bezpieczeństwo grających w filmie ludzi. Może więc i dobrze się stało, że Wrota niebios poniosły tak spektakularną porażkę finansową.
Flisacy (1990, reż. J. Elek)
W niewyobrażalnym cierpieniu zginęło stado 14 owiec na planie węgierskiego filmu Flisacy. Zwierzęta zostały polane łatwopalną substancją, a następnie podpalone – wszystkie spłonęły żywcem. Ta ohydna scena była autorskim pomysłem reżyserki, a w całej ekipie filmowej nie znalazła się choćby jedna osoba, która oprotestowałaby realizację ujęcia. Protesty zaczęły się jednak już po premierze filmu – tak słabego, że przeszedłby zupełnie bez echa, gdyby nie ta jedna scena.
O sprawie było głośno także w Polsce, kiedy to grupa 69 pracowników Uniwersytetu Jagiellońskiego wystosowała list, w którym żądała zakazu wstępu Judith Elek na festiwal filmowy odbywający się na terytorium Polski. Twórcy listu nazwali reżyserkę osobą niegodną tego miana i zawodu, stosującą zacofane, prymitywne i niehumanitarne metody.
Cannibal Holocaust (1980, reż. R. Deodato)
Chyba żaden inny film nie może się równać pod względem okrucieństwa z produkcją Cannibal Holocaust. O zawartych w niej scenach katowania ciężko jest pisać i czytać, nie mówiąc już o ich oglądaniu. Żywe istoty padły ofiarą chorej wyobraźni reżysera, a ich cierpienie trudno uzasadnić czymkolwiek innym niż chęcią wywołania szumu i kontrowersji. W dążeniu do uzyskania maksymalnego realizmu w scenach śmierci ludzi stosowano eksperymenty formalne, ale sceny śmierci zwierząt zrealizowano już po taniości, bez wyobraźni i pomysłu: zwierzęta po prostu zabijano. W filmie rozcina się gardło ostronosom, strzela do świń, odcina głowy małpom, rąbie żółwie na części maczetą, strzela do świń… Jakimś pocieszeniem jest fakt, że Deodato został pociągnięty do odpowiedzialności karnej za znęcanie się nad zwierzętami.
Wyspa (2000, reż. Kim Ki-duk)
To jedna z żelaznych pozycji kina koreańskiego, ale wrażliwe osoby powinny zastanowić się dwa razy, zanim rozpoczną seans. W Wyspie scen okrucieństwa wobec zwierząt jest wiele, a sam reżyser otwarcie przyznaje, że są one autentyczne. Mamy tutaj skórowanie żywej żaby, rozrywanie żywej ryby, topienie ptaka i bicie psa… Kim Ki-duk usprawiedliwia swoje działania chęcią lepszego przekazania własnej wizji; fakt, że w ogóle udało mu się ją zrealizować, wskazuje na pewną różnicę między Wschodem a Zachodem. Zachodnia widownia jest mimo wszystko wrażliwsza na cierpienie zwierząt od tej azjatyckiej, a europejscy i amerykańscy twórcy, nawet jeśli sami nie widzą w maltretowaniu zwierząt niczego złego, to w ostatnich latach nie epatują okrucieństwem – z czystej obawy przed napiętnowaniem przez opinię publiczną, jakie miało miejsce choćby w przypadku poniżej opisanego filmu Manderlay.
Manderlay (2005, reż. L. von Trier)
Lars von Trier miał kaprys: chciał w Manderlay „dla uzyskania dramatycznego efektu” zabić osiołka. Scena została sfilmowana i zwierzę faktycznie zginęło. Nie spodobało się to jednak wielu członkom ekipy, a aktor John C. Reilly wycofał się z projektu. Kontrowersje wokół filmu narosły na tyle, że scena z osiołkiem została wycięta z jego ostatecznej wersji. Nie zwróciło to oczywiście życia zabitemu zwierzęciu.
Luck (2011-2012)
Serial Michaela Manna i Davida Milcha kręcony dla platformy HBO zdjęto z anteny po tym, jak aktywiści nagłośnili przypadki maltretowania koni na planie tej produkcji. Dwa konie zostały w trakcie zdjęć poturbowane tak mocno, że trzeba było poddać je eutanazji, by skrócić ich cierpienie. Gdy taki sam los spotkał trzeciego konia, HBO pod naciskiem protestów skasowało serial. Zadecydowała wrażliwość włodarzy stacji? Raczej wyrachowana kalkulacja zysków i strat. Luck cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem widowni.
Koszty dalszego procesowania się i wybielania wizerunku serialu przewyższyłyby dochody z kontynuowania produkcji. Gdyby podobne zarzuty stawiano wobec któregoś z hitów stacji, np. Gry o tron, HBO z pewnością nie zareagowałoby równie stanowczo.
Filmów, które bezpośrednio przyczyniły się do cierpienia zwierząt, jest niestety o wiele więcej. Zazwyczaj, kiedy kończę zestawienie słowami: „mogłabym dodać do tej listy jeszcze dziesiątki przykładów”, jestem pełna podziwu dla bogactwa i złożoności kina. Nie muszę chyba nadmieniać, że w tym przypadku czuję się raczej bezradna i przerażona w obliczu ogromu cierpienia, na które nie mam wpływu. Przykłady filmów Manderlay i Luck dają jednak nadzieję na to, że krzywda zwierząt w przemyśle filmowym będzie zauważana częściej, że ludzi stających w ich obronie będzie coraz więcej, a ich głos zostanie wysłuchany. To my musimy mówić w imieniu zwierząt. One same głosu nie mają i nie mogą powiedzieć: me too.
