Connect with us

Publicystyka filmowa

BLOCKBUSTERY Z DUSZĄ. Dziesięć najciekawszych przykładów

BLOCKBUSTERY Z DUSZĄ to podróż przez największe kinowe widowiska, które łączą rozrywkę z głębszym przesłaniem. Odkryj ich wyjątkowość!

Published

on

Blockbuster – wymysł współczesnej popkultury stworzony po to, by jak najwięcej zarobić na żądnych łez, potu i krwi tłumach. Upraszczający treści, które powinny być głębokimi i poważnymi, pozbawiony prawdziwych intelektualnych ambicji. We współczesnym wydaniu – nędzna pozostałość po dawnych, naprawdę niezwykłych kinowych widowiskach. To wszystko niby prawda. Ale czy cała? Oto lista współczesnych wielkich widowisk kinowych, których ambicje na sukcesie kasowym się nie zakończyły, skutecznie wymykając się temu krzywdzącemu uproszczeniu.

Advertisement

Titanic (James Cameron, 1997)

Romansidło z harlequinowymi dialogami? Tani wyciskacz łez? Titanic to przede wszystkim obraz stworzony przez realnego miłośnika legendarnego statku – stworzony z szacunkiem do opowiadanej historii i jej niezwykłości, powstały z fascynacji legendą niezatapialnego liniowca, który zatonął już podczas swego pierwszego rejsu. Oczywiście hollywoodzkie naleciałości są – czasem aż nadto widoczne. Nie przeszkodziły one jednak Cameronowi dochować fabularnej wierności losom prawdziwego transatlantyku ani też wynieść swego utworu ponad rejony zwyczajnej rozrywki – na wyżyny prawdziwej sztuki (przypomnijcie sobie chociażby sekwencję, której tłem stał się ostatni utwór grany przez Titanicową orkiestrę).

Advertisement

Film ma też wiele innych zalet – jest technicznie doskonały (choć efekty specjalne nigdy nie przesłaniają opowiadanej historii), ma dobre role aktorskie (z wielce pociągającą wówczas Kate Winslet na czele), a jego wpływu na kulturę popularną nie da się przecenić. Rose i Jack, główni bohaterowie romansowego oblicza fabuły, nie są parą na miarę klasyki hollywoodzkiego melodramatu (Przeminęło z wiatrem chociażby) – nie są, ponieważ nie mają nią być.

Ich zakochanie jest niewinne i młodzieńcze, powodowane nagłym i przemożnym impulsem, a chemia pomiędzy DiCaprio i Winslet wydaje się czymś najbardziej naturalnym i oczywistym. Może dlatego tak łatwo nam w nich uwierzyć i z nimi współodczuwać.

Advertisement

Obraz Camerona zawiera wiele imponujących sekwencji – z zupełnie niezwykłym zakończeniem na czele, jednym z filmowych finałów wszech czasów – poetycką wizją tego, iż rejs RMS Titanic, choć jedyny w jego historii i w tragiczny sposób przerwany – tak naprawdę nie zakończy się nigdy.

Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia (Peter Jackson, 2001)

Advertisement

Nie da się choćby w części poczuć niepowtarzalności dzieł J. R. R. Tolkiena w innej formie niż tylko ich lektura. Przełożenie na język filmu być może najbardziej misternie wykreowanego uniwersum w historii literatury (choć sam autor wolał określenie „Ziemia w czasach legendarnych”) to dla każdego reżysera misja niemal samobójcza. Choć filmowy Władca Pierścieni nie jest obrazem idealnym, nie ma wątpliwości, że Peter Jackson wybrnął z tej karkołomnej próby obronną ręką. Rzecz jasna wielu wspaniałych, klimatycznych fragmentów książkowego oryginału nie dało się w adaptacji uratować; ucierpiała również warstwa ideologiczna (dominujący w powieści motyw przemijania świata dawnych wartości został przez Jacksona w zasadzie całkowicie pominięty).

Nie zmienia to faktu, że kinowa trylogia, szczególnie jej pierwsza część, to prawdziwy majstersztyk, wykreowany dzięki zręcznemu operowaniu tempem akcji, błyskotliwemu i rozsądnemu zarazem wykorzystaniu efektów specjalnych, solidnemu aktorstwu (zwłaszcza role drugoplanowe), wspaniałej muzyce Howarda Shore’a i niezapomnianym krajobrazom Nowej Zelandii. Udało się też uratować coś z ducha twórczości Tolkiena – choćby w scenach początkowych czy w momencie, gdy bohaterowie opuszczają lasy Lothlorien. Sekwencje w kopalni Morii zaś, z kulminacją w postaci walki Balroga z Gandalfem i upadku tego ostatniego, to bezsprzecznie jeden z wielkich momentów współczesnego kina.

Advertisement

Ostatni Mohikanin (Michael Mann, 1992)

Najstarsza i być może najbardziej artystyczna i poetycka ze wszystkich pozycji w zestawieniu. Film twórcy znakomitej, choć, przynajmniej w teorii, tak bardzo innej Gorączki zachwyca jednak nie tylko wspaniałymi północnoamerykańskimi krajobrazami nietkniętych wciąż wpływem cywilizacji gór i lasów oraz pamiętną, sławną ścieżką dźwiękową Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana (stworzoną wszakże w oparciu o realne utwory o celtyckiej i indiańskiej proweniencji). Utalentowany amerykański reżyser łączy tu fragmenty prawdziwie liryczne z wartką, umiejętnie prowadzoną akcją oraz naprawdę rzetelnym jak na standardy kina popularnego odmalowaniem realiów historycznych okresu, do którego kino nie sięga zbyt często.

Advertisement

Ostatni Mohikanin dziś postrzegany już jest raczej jako film kultowy niż typowy blockbuster (odpowiednio mniejszy budżet i wpływy też mają swoje znaczenie) – a sekwencja wiodąca odbiorcę do samego finału dzieła przekracza granicę romansowo-przygodowej konwencji, w jaką wpisana jest całość dzieła, sięgając rejonów kina poetyckiego i mistycznego.

Matrix (rodzeństwo Wachowskich, 1999)

Advertisement

Wiele powiedziane i napisane zostało na temat tego, czy – i w jakim stopniu – Matrix jest filmem oryginalnym. Dziś, z perspektywy czasu, dość jasne wydaje się, że utworowi Wachowskich bliżej do zręcznego, pomysłowego kulturowego „recyklingu” niż kompletnie unikatowego dzieła. Idee, których dotyka, były przecież obecne w sztuce cyberpunkowej od lat, sami twórcy zaś przyznawali się do silnych inspiracji klasyką prozy science fiction. Pojawiają się też aluzje bezpośrednie – choćby do Alicji w Krainie Czarów Jonathana Carolla czy dzieła francuskiego filozofa Jeana Baudrillarda Symulakry i symulacja.

Świat przedstawiony zaś nosi wyraźne ślady inspiracji obrazami takimi, jak choćby Łowca androidów czy Dziwne dni. Wszystkie te utyskiwania znikają jednak wraz z rozpoczęciem seansu filmu. Matrix to bowiem dzieło zarówno angażujące emocjonalnie, jak i stanowiące dobry przykład na to, że kino rozrywkowe również może mieć coś ważnego i inteligentnego do powiedzenia. Wizjonerstwo formalne (rewolucyjne użycie efektów specjalnych, ale także doskonałe operowanie kolorem), swoboda i polot w godzeniu ze sobą różnych stylistycznych tendencji i naprawdę dobre aktorstwo, z rewelacyjną rolą Hugo Weavinga, to tylko niektóre z jego zalet.

Advertisement

Zapierające dech w piersiach sekwencje akcji wyniosły utwór na komercyjne szczyty, jednak jego prawdziwa siła tkwi w błyskotliwości refleksji na temat zagrożeń nowoczesnej cywilizacji i autodestrukcyjnej natury człowieka (nawet jeśli nie są one zupełnie nowe). Choćby dlatego warto dać Matrixowi szansę; no i rzecz jasna, by usłyszeć z ust agenta Smitha jakże rozbrajające w swej szczerości, ale i boleśnie trafne odkrycie, iż blisko nam, ludziom, do szkodliwych dla własnej planety wirusów – i że wcale nie jesteśmy ssakami.

Braveheart: Waleczne serce (Mel Gibson, 1995)

Advertisement

Wielce ryzykownym pomysłem byłoby poznawanie historii średniowiecznej Szkocji z filmu Mela Gibsona. Braveheart jest tak daleko prawdy historycznej, jak tylko może być, lecz nawet przy najszczerszych chęciach nie miałbym serca go za to krytykować. Być może to polot storytellingu Gibsona, być może doskonały Patrick McGoohan w roli despotycznego angielskiego króla, a może bezwstydna szczerość, z jaką twórca Pasji kreuje ów całkowicie fikcyjny, lecz angażujący widza świat, podbarwiając jego mrok i surowość niewymuszonym, swojskim humorem.

Ma pełną świadomość tego, że nie powołuje do życia postaci z kronik, lecz bohatera na poły mitycznego, że nie odtwarza realistycznie historii – lecz na nowo kreuje legendę. Średniowiecze z jego filmu nie ma wiele wspólnego z podręcznikowymi faktami, lecz zaskakująco trafnie oddaje to, jak wyobrażamy sobie realia tych czasów – obraz Gibsona ocieka brudem i krwią, jest ponury, dziki i nieokiełznany, hołdując przy tym emocjonalnej prostocie i czystości oraz najbardziej podstawowym wartościom. Sekwencja wybuchu antyangielskiego powstania zaś to bez żadnych wątpliwości jedna z najbardziej nawiedzonych i przepełnionych wściekłością scen zemsty we współczesnym kinie.

Advertisement

Gladiator (Ridley Scott, 2000)

Gladiator Ridleya Scotta dobitnie ilustruje oczywistą prawdę o spektakularnych przedsięwzięciach kostiumowych Hollywood, które zazwyczaj, traktując bazę faktograficzną przedstawianych wydarzeń z wielkim dystansem, mistrzowsko opowiadają proste, acz uniwersalne i głęboko angażujące historie. Starożytny Rzym z tego filmu jest bardzo umowny, jednak emocje, które wyzwala, i konflikty, które przedstawia, prawdziwe i ponadczasowe. Scenariusz Davida Franzoniego umiejętnie wplątuje głównego bohatera w kolejne dramatyczne sytuacje i niemożliwe do dokonania wybory, których charakter ma swe korzenie jeszcze w antycznym teatrze; wraz z całą gamą intrygujących postaci tła, misterna konstrukcja opowieści o jego losach udanie przysłania historiograficzne lapsusy dzieła.

Advertisement

Przy okazji zaobserwować możemy, jak bardzo tego typu filmy bazują na dobrych rolach drugoplanowych. Weterani nie tylko ekranów kin, ale też scen teatralnych – Derek Jacobi, Oliver Reed czy Richard Harris wynoszą błyskotliwie napisane dialogi na jeszcze wyższy poziom. Równie udana jest część zdominowana przez amoralnego cesarza Commodusa (bardzo dobry Joaquin Phoenix) i jego dalekie od politycznej poprawności relacje z siostrą Lucillą (być może najlepsza rola w karierze Connie Nielsen). Dodając do tego przeważnie bardzo udaną stronę techniczną (choć nieco sztuczny zewnętrzny wygląd Koloseum budził uzasadnione kontrowersje), niezawodną w takich wypadkach muzykę Hansa Zimmera i sporą dawkę liryzmu, jaki niezbędny jest w tego typu dziełach, otrzymamy pełnokrwistą hollywoodzką produkcję w starym, szlachetnym stylu, przy której zapomnieć można choć na chwilę, że to, co oglądamy, nie jest rzetelną wizją historii, lecz w każdym calu tworem wyobraźni autorów.

Ostatni samuraj (Edward Zwick, 2003)

Advertisement

Ostatni samuraj to stosunkowo skromny blockbuster. Owszem, jako produkcja zrealizowana z niemałym rozmachem w naturalny sposób przynależy do tej grupy filmów. Ani jednak pod względem popularności, wpływu na popkulturę, ani zdobytych nagród filmowych czy nawet zarobków nie może się równać ze wspomnianym wcześniej Matrixem czy choćby kolejną pozycją w zestawieniu. Trudno stwierdzić jednoznacznie, dlaczego. Być może, mimo dużej ilości akcji, scen walki, świetnie zaaranżowanych sekwencji bitewnych film okazał się jednak zbyt oszczędny, za mało efekciarski i spektakularny, zbyt… wyciszony, by stać się wielkim filmowym wydarzeniem i kamieniem milowym kina rozrywkowego.

Zaskakujące, ale właśnie takie wrażenie ma się po końcu seansu filmu Zwicka – w pamięci pozostaje obraz odciętej od świata samurajskiej wioski i spokoju w niej panującego, pozostają zupełnie intrygujące dialogi oraz piękna Koyuki w roli skrywającej głębokie emocje siostry przywódcy samurajskiego powstania, Katsumoto. Być może część publiczności zaskoczyła i zniechęciła jawnie antyzachodnia wymowa filmu i jego jednoznaczne opowiedzenie się po stronie ginącej społeczności, wciąż hołdującej tradycyjnym, zapomnianym wartościom harmonii, honoru, szacunku i męstwa? Tak czy inaczej Ostatni samuraj zaskakująco często wymyka się standardom kina typowo rozrywkowego, na co najlepszy dowód stanowi postać Katsumoto (w rewelacyjnej kreacji Kena Watanabe) – prawdziwego bohatera filmu Zwicka.

Advertisement

Mroczny Rycerz (Christopher Nolan, 2008)

Mroczny Rycerz Nolana to ekranizacja komiksu, której nie da się potraktować niepoważnie. Owszem, są wszystkie komiksowe elementy, wielokrotnie wyśmiewane przez miłośników ambitnego kina: jest superbohater o nadludzkich mocach, jest groteskowy i przerysowany czarny charakter, będący jego głównym opozycjonistą. Są wielkie eksplozje i spektakularne pościgi, są imponujące efekty specjalne. Ale jest też wiele więcej. Sama postać Batmana jest dużo bardziej niejednoznaczna i moralnie ambiwalentna niż we wcześniejszych filmach z serii.

Advertisement

Prawdziwym majstersztykiem zarówno budowy postaci, jak i doboru obsadowego jest zaś Joker sportretowany przez Heatha Ledgera. Kreacja ta wynosi film na zupełnie nowy dla ekranizacji komiksów poziom. Główny antagonista filmu to postać diaboliczna i tragiczna zarazem, a jej interpretacja w ujęciu nieżyjącego już Ledgera – iście nawiedzona. Spójrzcie na jego mowę ciała i mimikę. Na swobodę, z jaką przechodzi z opętańczego śmiechu w złowieszczy szept i dziwny, nienaturalny spokój.

Posłuchajcie, jak akcentuje słowa, jak umiejętnie dobiera sposoby ich artykulacji. Jak szachuje swych oponentów nie tylko tym, co mówi, ale być może przede wszystkim tym, jak to robi. Jeśli zapomnieć o tej roli, film Nolana to ponadprzeciętnie udana ekranizacja komiksu. Z rolą Ledgera i dzięki niej jest czymś znacznie więcej.

Advertisement

Ogniem i mieczem (Jerzy Hoffman, 1999)

I my mamy swój blockbuster. Co prawda jego budżet w porównaniu do amerykańskich standardów wygląda dość zabawnie, ale jak na polskie warunki przełomu wieków film Hoffmana był przedsięwzięciem naprawdę spektakularnym i wciąż pod względem technicznym wypada odpowiednio przekonująco, nawet jeśli daleko od perfekcji (nie ma tu jednak mowy o tak wstydliwych niedociągnięciach realizacyjnych, jak choćby w Quo Vadis Jerzego Kawalerowicza). Prawdziwa siła kryje się jednak w jego… pochodzeniu. I w umiejętnym wykorzystaniu owego pochodzenia. Bo Ogniem i mieczem to film słowiański i ta jego słowiańska dusza jest być może jego największą zaletą.

Advertisement

Bo jak tu nie dać się porwać wizji bezkresnych ukraińskich stepów i głębokich puszcz, wizji ognistego miłosnego trójkąta, w który wplątani są dwaj wysoko sytuowani wojskowi walczących ze sobą armii oraz piękna, młoda szlachcianka? Hoffman wyciągnął z powieści Henryka Sienkiewicza to, co najlepsze: zrealizowaną z wielkim rozmachem fabułę, charakterologicznie uproszczone, lecz wyraziste portrety postaci, powiew historii w popularnym ujęciu, dodając do nich urzekający liryzm, bezbłędne prowadzenie akcji i piękną muzykę Krzesimira Dębskiego. Efektem jest jeden najbardziej imponujących filmowych projektów polskiej kinematografii (i wciąż najlepiej zarabiający rodzimy obraz po 1989 roku).

A widoku kozackiego pułkownika Bohuna (w niezapomnianej kreacji Aleksandra Domagarowa), w szaleńczym pędzie na czarnym koniu, w świetle zachodzącego nad stepami słońca, po prostu nie da się zapomnieć.

Advertisement

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (Gore Verbinski, 2003)

Na koniec najbardziej „wyluzowana” pozycja w zestawieniu. Oglądając pierwszą odsłonę tej niezwykle popularnej serii, nieustannie przecież czujemy, że ktoś puszcza do nas oko. Choć materiał nie jest typowo komediowy, jego sukces kryje się właśnie w tym, iż jego twórcy traktują go z odpowiednią dawką ironicznego dystansu, wzbogacając solidną dawką niewymuszonego humoru. Dzięki temu Klątwa… to ponadprzeciętnie udany film przygodowy. Jeśli nie rzuca nas na kolana aktorstwo Keiry Knightley czy Orlando Blooma, to już na pewno czynią to kreacje (niezawodnego jak zawsze) Geoffreya Rusha czy, szczególnie, Johnny’ego Deppa.

Advertisement

Jego kapitan Jack Sparrow to postać zagrana z doprawdy niezwykłym urokiem i wdziękiem, zawadiacką swobodą i subtelnie zaznaczoną nutą dramatyzmu. Do tego wszystkiego legenda Latającego Holendra, błądzącego po oceanach świata z upiorną załogą, miłość, zemsta, żądza krwi i pędząca przed siebie niepowstrzymanym tempem akcja.

To wszystko trochę mało jak na film z duszą, czyż nie? A jednak Piraci… jakąś duszę mają, choć manifestuje się ona w zupełnie inny sposób niż w przypadku pozostałych filmów. To osobliwa dusza, bardzo młoda i naiwna, żądna przygód i niemal nieznająca słowa „dojrzałość”. Taka, która tęskni do odkrywania nieznanych mórz i lądów, do przeżycia czegoś, czego w ustatkowanym dorosłym życiu nie mamy szans przeżyć. Taka, która – choć z biegiem lat coraz bardziej odrzucona i zapomniana – tkwi przecież w każdym z nas.

Advertisement

korekta: Kornelia Farynowska

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *