Recenzje
ZAWODOWIEC. 50 lat od premiery
ZAWODOWIEC to film, który łączy western z polskim akcentem, przenosząc nas w czasy meksykańskiej rewolucji i wolności.
Western i Lechistan to dwa słowa, które jakoś nie potrafią się dodać – i to bynajmniej nie z powodu braku prób stworzenia takiego mariażu. Tym cieplej przyjąć należy każdy polski akcent na Dzikim Zachodzie – nawet tym udawanym przez Andaluzję, gdzie Włosi często kręcili swoje wersje kowbojskich historii, szybko (i trochę niesprawiedliwie) ochrzczone przydomkiem „spaghetti”.
Jak na ironię ta najbardziej polska ze wszystkich tego typu produkcji reprezentuje jeszcze inną odnogę preriowych przygód – tak zwany Zapata western, czyli rzecz dziejącą się w czasach meksykańskiej rewolucji, będącej ostatnim tchnieniem prawdziwej wolności amerykańskiego pogranicza przed nastaniem panowania techniki.
Zawodowe dzieło w reżyserii Sergio Corbucciego – na świecie znane także pod tytułami Il mercenario, A Professional Gun oraz pod jakże trafną nazwą duńską Lejemorder – to jeden z kluczowych filmów tego burzliwego nurtu o krótkim żywocie (1966-72). Tak jak jego reżyser, również stojące odrobinę w cieniu wielkiego Sergio Leone, który trzy lata później nakręcił w tym temacie wspaniałą Garść dynamitu.
Tam jednym z bohaterów, który dołącza nieco wbrew sobie do zbrojnego zrywu Meksykanów, był Irlandczyk o twarzy Jamesa Coburna. Znamienne, że aktor ten zagrać miał także tytułową postać u Corbucciego, ale panowie nie potrafili się dogadać odnośnie do tak prozaicznej rzeczy, jak… miejsce nazwiska w czołówce. Ostatecznie więc jego rolę przejęła inna legenda westernu – Franco „Django” Nero, którego przez wzgląd na wyraźny akcent przemieniono z Amerykanina na Polaka. A przynajmniej na kogoś ze słowiańskich rejonów.
Nasz profesjonalista i najemnik to Siergiej (sic!) Kowalski, którego wszyscy wokół nazywają po prostu Polakiem, choć z nieistniejącym wtedy wciąż na mapie krajem zdaje się wiązać go jedynie (stereo)typowe nazwisko oraz dumnie noszony na piersi medal o biało-czerwonych barwach, przypuszczalnie pamiątka po przodkach. Nasz przyszywany rodak lubi jajka, mleko, cygara oraz kompozycje Chopina, a od ideałów woli pieniądze. Z Kowalskim nie ma wielkiego wyboru – można negocjować jedynie za pomocą cyferek. „Buy or die!” – jak prawi jeden ze sloganów reklamujących to dzieło.
Kto da więcej, wygrywa. Ale warto, bo chłop ma łeb na karku, jest twardy, honorowy, szybki i zdyscyplinowany, a do tego niezwykle schludny i nosi się jak prawdziwy oficer. Właściwie to bardziej przypomina niemieckiego zaborcę o polskich sympatiach, ale kto by tam przywiązywał wagę do takich szczegółów. Ważne, że tylko Kowalski jest w stanie pomóc nieopierzonej w walce bandzie pod przywództwem niejakiego Paco Romana (sympatyczny Tony Musante), sprawiając, że rewolucja nie będzie z góry przegraną sprawą.
Blisko dwugodzinny epos w Stanach Zjednoczonych otrzymał po latach kategorię PG-13, co wespół z powyższymi składowymi powinno dać mniej więcej obraz jego lekkiej, zawadiackiej natury. Chociaż film Corbucciego – którego scenariusz pierwotnie inspirowany był sztuką Bertolta Brechta The Exception and the Rule – dotyka dramatycznych wydarzeń z kart historii, to intryga już od pierwszych scen tonie w czysto przygodowej atmosferze oraz pogodnym nastroju. Trafia się nawet kilka iście slapstickowych momentów, aczkolwiek te nawet na tle ogólnego klimatu fiesty zdają się najsłabszym ogniwem produkcji. I sprawiają, że całość nie ma tej wagi, co wspomniana już Garść dynamitu, która przecież też opiera się w dużej mierze na wesołej dychotomii duetu protagonistów.
Rzecz jasna, nie brak tu także tych bardziej dramatycznych sekwencji, a twórcy nieraz kwestionują moralność zarówno poczciwego Paco, jak i naszego Kowalskiego. Choć początkowo kibicujemy właśnie poczynaniom tego drugiego, to patrząc, jak pogrywa sobie niekiedy z Romaną i jego towarzyszami broni – a dodajmy, iż czyni to często i w świetnym stylu – bynajmniej nie jest nam go żal, gdy dochodzi do swoistych rozliczeń za grzechy. Paradoksalnie zresztą Kowalski nawet wtedy, gdy znajduje się w tak zwanej ciemnej dupie, zdaje się mieć kontrolę nie tylko nad swoim losem, ale także swoich współtowarzyszy. Dodatkowo szczęście wydaje się go nie opuszczać w najbardziej kluczowych momentach.
Ta dwójka – plus ubarwiający drugi plan obiekt westchnień w osobie Giovanny Ralli – ma na swoim karku jeszcze diabolicznego Jacka Palance’a, który wcielił się w gentlemana-zabójcę o przydomku Curly (po latach, w 1991 r., aktor zdobył Oscara za Sułtanów westernu, gdzie też ma takie imię, co stanowiło oczywiste odniesienie do rzeczonej klasyki). To ciekawa postać, stworzona wyraźnie na modłę złoczyńców kreowanych u Leone przez Lee Van Cleefa. Wrażenie to potęguje zwłaszcza finał z udziałem całej trójki, zrealizowany bardzo podobnie, co chociażby w Dobrym, złym i brzydkim, również bezbłędnie zmontowanym pod niezawodne nuty Ennio Morricone i jego stałego współpracownika Bruno Nicolaiego, którzy razem stworzyli kolejne pamiętne tematy będące dziś w ścisłej czołówce kompozycji maestro.
Niestety raz jeszcze brakuje tu porównywalnej głębi wydarzeń. Głównie dlatego, że relacje między panami są dość przypadkowe i generalnie luźne jak cała reszta tego jajcarskiego filmu. A sam Palance pojawia się na ekranie zbyt rzadko, aby uchodzić za nemezis z prawdziwego zdarzenia, mimo iż dość szybko poznajemy mroczne oblicze jegomościa. Jego chęć do przelewu krwi ginie zresztą pod wieloma innymi atrakcjami, pośród których nie brakuje nawet scen batalistycznych godnych I wojny światowej (wszak to ten sam okres historyczny). Szczęśliwie podobne niedoskonałości łatwo wybaczyć, bo Zawodowiec broni się bardzo dobrze i bez większego bagażu emocjonalnego.
Realizacyjnie to rzecz niezwykle lotna, o odpowiednim rozmachu. Sprawna i pomysłowa, mająca swój własny, mimo wszystko niepowtarzalny rytm. Reżyser potrafi zaskoczyć formalnymi zabiegami w teoretycznie najprostszych lub najbardziej błahych sekwencjach. Aktorzy nie pozostają mu dłużni, nieraz ratując siebie i swoje postaci chwytliwymi niuansami oraz tymi wszystkimi drobnostkami, które sprawiają, że od razu zyskują naszą sympatię – jak choćby odpalane przez Kowalskiego zapałki od każdej napotkanej osoby, z reguły o te najmniej oczywiste miejsca.
Na podobnej zasadzie działa cała struktura filmu, który wypełniony jest wieloma detalami powodującymi bezustannego banana na twarzy. Jednocześnie Corbucci ani na moment nie czyni ze swojego dzieła głupawej parodii gatunku i nie opiera się jedynie na sile komizmu, trzymając fason aż do napisów końcowych. Dzięki temu łatwo dodać ten western do ulubionych, jak i zaliczyć do najlepszych, ewentualnie najbardziej udanych w danej klasie.
Ciekawe więc, że już zaledwie dwa lata później ta sama ekipa postanowiła zrealizować… remake. Vamos a matar, compañeros (w luźnym tłumaczeniu: Będziemy zabijać, towarzysze) aka Compañeros z 1970 roku to niemal dokładnie ten sam produkt (choć wielu uważa go za ciut lepszy, bardziej dopracowany i… mocniej komediowy). Również dzieje się w trakcie meksykańskiej rewolucji, do której Nero dołącza już jako… Szwed handlujący bronią. No cóż, Polak był tam pierwszy.
P.S. Karabin maszynowy, który w jednej ze scen nabywa Kowalski, to francuski Hotchkiss Mle 14.
