Zestawienie

ENNIO MORRICONE. 90 najlepszych soundtracków na 90. urodziny Mistrza!

Autor: Katarzyna Kebernik
opublikowano

10 listopada 2018 roku Ennio Morricone kończy 90 lat! W ramach hołdu dla arcymistrza muzyki filmowej przyjrzyjmy się twórczości Maestra. Spośród monumentalnej liczby ponad 500 (!) skomponowanych soundtracków wybrałam 90 moim zdaniem najlepszych i najważniejszych. Bez zbędnych wstępów przejdźmy zatem do muzyki. Miłego słuchania!

Biografia Mistrza TUTAJ

Faszysta (reż. L. Salce, 1961)

Debiut Ennio w roli kompozytora filmowego i od razu sukces. Mimo groźnego tytułu Faszysta jest komedią, co czuć w ścieżce Morricone: prześmiewczo-pompatycznej, ostentacyjnie wojskowej. Nie jest to najlepsza z kompozycji Maestra, znajduje się na liście z kronikarskiego obowiązku. Gdyby ten soundtrack nie został dobrze przyjęty, być może Morricone porzuciłby przygodę z filmem i ukierunkował swoje muzyczne aspiracje na inne tory.

Za garść dolarów (reż. S. Leone, 1964)

Trylogia dolarowa to życie. Zbudowany z tętentu końskich kopyt, gwizdania, bicia dzwonów i dźwięków elektrycznej gitary motyw z filmu Za garść dolarów brzmi jak najlepsza przygoda życia, jak zew wolności. Kompozycje Morricone do spaghetti westernów Leone były niezwykle innowacyjne. Zupełnie inaczej wyobrażano sobie wówczas brzmienie Dzikiego Zachodu – wystarczy porównać tę ścieżkę dźwiękową z pompatycznym, tradycyjnie symfonicznym soundtrackiem z Siedmiu wspaniałych. Włoski kompozytor stworzył tutaj całkowicie nową jakość, wyznaczając obowiązujące do dzisiaj standardy opowiadania muzyką o Dzikim Zachodzie.

Slalom (reż. L. Salce, 1965)

Filmy Morricone charakteryzują się tym, że ich budżety były przeważnie niskie. Wzmagało to kreatywność twórcy, który musiał zaproponować coś efektownego przy możliwie najbardziej oszczędnych środkach. Eksperymenty zaprowadzały go w różne miejsca; dzięki nim odkrył m.in. gwizdanie, tak charakterystyczne dla wielu jego soundtracków – w tym dla Slalomu. Komedia kryminalna o kuriozalnej fabule jest dzisiaj praktycznie nieznana i zapomniana, ale kocia, skradająca się i zabawna melodia przewodnia ma w sobie tyle łobuzerskiego uroku, że nie mogło jej zabraknąć na tej liście.

Za kilka dolarów więcej (reż. S. Leone, 1965)

Koncepcję obraną przy pierwszej części dolarowej trylogii Maestro doskonalił w kolejnych jej odsłonach. Znów mamy tu do czynienia z bardzo twórczym, inspirowanym muzyką konkretną przetworzeniem realnych dźwięków pustyni, konnego pościgu, kultury rdzennych Amerykanów, pozytywki; połączonych z nowoczesnym brzmieniem gitary elektrycznej oraz z wykorzystaniem tradycyjnych instrumentów z obszaru kultury meksykańskiej i latynoskiej. Nowatorskie, awangardowe, wyprzedzające swoją epokę dzieło, przez ówczesnych krytyków muzycznych nieraz określane jako płaskie i nudne…

Powrót Ringa (reż. D. Tessari, 1965)

Ringo w wyniku wojennych przejść traci częściowo pamięć. Jedyne, czego jeszcze chce i na czym mu zależy, to rodzina, porzucona przed wstąpieniem do armii. Jego historia jest pełna wrażeń, ale i smutku – tak jak jego piosenka. Morricone doskonale radzi sobie także na polu muzyki popularnej, a The Return of Ringo nieco inaczej zaaranżowane i zaśpiewane, np. przez Lanę Del Rey, podbiłoby listy przebojów i dzisiaj.

Dobry, zły i brzydki (reż. S. Leone, 1966)

Pod względem ikoniczności i rozpoznawalności motyw przewodni z Dobrego, złego i brzydkiego mógłby ustąpić pola chyba tylko hollywoodzkim tematom Johna Williamsa – z Gwiezdnych wojen i Poszukiwaczy zaginionej Arki. Muzykę z tego arcydzieła Leone kojarzą nawet ci, którzy nigdy nie widzieli tego filmu i nie mają pojęcia, kim jest Clint Eastwood. Dziś, kiedy myślimy „western”, to słyszymy Morricone. Nie bez powodu koncerty Metalliki zaczynają się od Ecstasy of Gold. Gdybym nie przedstawiała soundtracków Morricone w kolejności chronologicznej, a zamiast tego robiła ranking moich ulubionych, to całą dolarową trylogię Leone postawiłabym na pierwszym miejscu.

Bitwa o Algier (reż. G. Pontecorvo, 1966)

Przykład wspaniałej współpracy reżysera i kompozytora. To Pontecorvo jest pomysłodawcą ikonicznego Ali’s Theme, co Morricone zawsze otwarcie podkreślał. Jednak to aranżacja Maestra przeistoczyła te kilka nut, które wpadły do głowy reżysera, w ponadczasowy klasyk. Subtelna i prościutka melodia, kojarząca się nieco z małym chłopcem, zostaje skontrastowana z innymi kompozycjami Bitwy o Algier – bardziej militarystycznymi i głośnymi od werbli, przypomnianymi po latach w Bękartach wojny. Motyw Alego jest pośród tej buńczuczności przypomnieniem o szarym człowieku uwięzionym w sercu wojny.

Colorado (reż. S. Sollima, 1966)

Film znany także jako The Big Gundown oraz – w oryginale – La resa dei conti. Doprawdy nie wiem, który utwór z tego soundtracku lubię najbardziej. Niezapomniany jest motyw przewodni: zbudowany z odgłosów pustyni i dzikich zwierząt, pełen pędu i tętentu końskich kopyt, chwytliwy i rozpędzający się w szybkim tempie. Najsłynniejsze są jednak te kompozycje, po które sięgnął w Bękartach wojny Tarantino: La Resa oraz La Condanna. Świetne wrażenie robi też muzyka z kontynuacji tego westernu, znanego jako The Big Gundown – również skomponowana przez Morricone, ale ze względu na pewne prawne komplikacje podpisana nazwiskiem Bruno Nicolai.

Ostatnio dodane