WAŁĘSA. CZŁOWIEK Z NADZIEI - Pomnik w kawałkach - recenzja filmu | FILM.ORG.PL

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Paradoksalnie, „Człowiek z nadziei” jest najlepszy w tych momentach, kiedy Wajda trzyma się z dala od wielkich wydarzeń.




Człowiek z nadziei, pomnik w kawałkach




Grzegorz Fortuna
24.09.2013


Jest w filmie Andrzeja Wajdy taka scena: w dziewiątą rocznicę krwawego stłumienia zamieszek grudnia 1970 roku Lech Wałęsa wchodzi na podwyższenie i łapie za mikrofon. „Obiecali nam pomnik ofiar grudnia. Do dziś go tutaj nie ma.” – mówi ze szczerym zaangażowaniem. – „Jeśli za rok nadal go nie będzie, chcę, aby każdy z was przyniósł kamień. Sami zbudujemy sobie pomnik!”. Mimochodem przyszły prezydent opisuje w tej scenie cały film o sobie. „Wałęsa. Człowiek z nadziei” to właśnie taki pomnik ze zrzuconych na hałdę kamieni; zbudowany w dobrej wierze, ale przy tym prowizoryczny i kompletnie pozbawiony spoiwa.

Zarzuca się ostatnio Wajdzie, że bardziej skupia się na nauczaniu historii niż na reżyserii, ale to jedynie część prawdy. Wajda chce być w „Wałęsie” nie tyle zwykłym nauczycielem, ile raczej mediatorem, dyplomatą, autorytetem – kimś, kto zatrze wątpliwości, zinterpretuje najważniejsze fakty, wskaże palcem prawdę. „Człowiek z nadziei”, z nie do końca zrozumiałych przyczyn przyłączony do Wajdowskiej dylogii sprzed kilku dekad, ma w założeniu zadowolić wszystkich – i widzów polskich, i zagranicznych (stąd pojawiające się co jakiś czas plansze informacyjne z napisami w stylu: „W 1945 roku Polska została siłą przyłączona do bloku sowieckiego”); i miłośników Wałęsy, i tych, którzy uważają go za bufona; a także widzów współczujących Danucie Wałęsie (Agnieszka Grochowska), która swoje wspomnienia o życiu w cieniu męża opisała niedawno w autobiografii. Ba, Wajda chce podjąć dialog nawet z tymi, dla których Wałęsa to „Bolek” – w jednej z pierwszych scen, mających miejsce się w grudniu 1970 roku, przyszły prezydent jest przesłuchiwany przez agentów SB. Majchrzak (Cezary Kosiński) i Nawiślak (Zbigniew Zamachowski) szantażują go, podsuwają mu pod nos dokument i każą podpisać. Wałęsa się spieszy, bo jego żona rodzi właśnie pierwsze dziecko, boi się, jest zestresowany, nie rzuca jeszcze swoimi słynnymi ripostami. Jego charakter dopiero się ukształtuje. Nawiślak i Majchrzak – dobrani tak, jakby chcieli zostać sobowtórami Flipa i Flapa: jeden niski i trochę pulchny, drugi wysoki i szczupły – w toku fabuły wracają jeszcze kilkakrotnie, by nękać Wałęsę kawałkiem podpisanego papieru. W jednej z ostatnich scen Majchrzak rzuca do Nawiślaka: „jeszcze go dopadniemy”, a na myśli ma oczywiście oskarżenia o współpracę z SB, które pojawią się kilka lat później.

Tego typu tłumaczenia są zbędne, sztuczne i kompletnie niefilmowe; sprawiają wrażenie, jakby Wajda chciał nie tyle wyjaśniać motywy kierujące bohaterem jego filmu, co raczej usprawiedliwić podpis złożony przez prawdziwego Wałęsę przeszło czterdzieści lat temu. Niefilmowa jest zresztą cała fabuła, skonstruowana wokół rozpoznawalnych epizodów z życia Wałęsy, połączonych bardzo wątłą nicią. Z początku wydaje się, że ramą fabularną, swego rodzaju spoiwem będzie tu wywiad z Wałęsą przeprowadzony przez Orianę Fallaci (Maria Rosaria Omaggio) w 1981 roku. Od tego zaczyna się zresztą film – Fallaci wchodzi do mieszkania, siada w fotelu, zapala papierosa, kłóci się z tytułowym bohaterem. Wtedy cofamy się do roku 1970, gdzie widzimy młodego i wystraszonego elektryka. Rama szybko się jednak załamuje, bo kolejne fragmenty słynnego wywiadu – nawet jeśli czasami puentują lub zapowiadają retro- i futurospekcje – to przez większość czasu sprawiają wrażenie, jakby funkcjonowały gdzieś obok fabuły, zamiast wziąć ją w garść.

U Wajdy kronika Solidarności jest trochę jak wycieczka po zoo – reżyser pakuje nas w ciuchcię i obwozi po najważniejszych wydarzeniach lat 1970-1989. Przy każdym w nich robi krótki przystanek, pokazuje, co się działo, rekonstruuje strajki i dodaje trochę archiwaliów. Potem wrzuca bieg i jedzie do następnego, nie pozwalając ani się im przyjrzeć, ani tak naprawdę ich poznać. Reżyser idzie na ilość, zamiast na jakość – stara się ogarnąć wszystko w jednym filmie, więc ze strajków grudnia 1970 niemal od razu przechodzimy do roku 1979. Takie podejście odbiera przedstawionym wydarzeniom nie tylko historyczną, ale i dramaturgiczną wagę. Fragmentaryczność scenariusza prowadzi zresztą do fabularnego chaosu, a niektóre sceny mogą się okazać zupełnie niezrozumiałe dla widzów, którzy niewiele wiedzą o tym, co działo się w omawianych latach, albo po prostu pochodzą z innego kraju.

Chaos potęguje zresztą strona formalna „Człowieka z nadziei”. Kamera lata na prawo i lewo, zdjęcia są pozornie przypadkowe, co chwilę pojawiają się fragmenty kronik telewizyjnych. W pewnym sensie jest to pomysł ciekawy – stojący za kamerą Paweł Edelman stara się w ten sposób oddać klimat tamtych czasów – ale słabo przeprowadzony, już choćby pod względem czysto technicznym. Aby podbudować wiarygodność, w autentyczne zdjęcia wpleciono kadry zrealizowane na potrzeby filmu. W jednej ze scen oglądamy na przykład kłótnię Wałęsy z Andrzejem Gwiazdą – jedno ujęcie na prawdziwego Gwiazdę, jedno na Wałęsę granego przez Więckiewicza, jedno na Gwiazdę, jedno na Więckiewicza itd. Wyraźnie w tych scenach widać, że współczesne zdjęcia były kręcone kamerą cyfrową i dopiero później postarzone komputerowo, podczas gdy Gwiazdę filmowano tanią radziecką kamerą ręczną. Czy naprawdę tak trudno było zdobyć tego typu sprzęt, żeby wspomniane wyżej sceny wyglądały spójnie?

Paradoksalnie, „Człowiek z nadziei” jest najlepszy w tych momentach, kiedy Wajda trzyma się z dala od wielkich wydarzeń. Wtedy da się wyczuć styl scenarzysty filmu, Janusza Głowackiego – ironisty, który ma smykałkę do pisania soczystych dialogów. Głowackiego wyraźnie fascynują słynne bon-moty Wałęsy, sposób, w jaki tytułowy bohater konstruuje celne i dobitne riposty, ale też typowe międzyludzkie dialogi z okresu późnego PRL-u („to brewki pani zrobić na kijankę czy na zdziwioną?” – pyta Danutę Wałęsę sąsiadka-fryzjerka w jednej ze scen). Wszystkie najbardziej autentyczne i urokliwe fragmenty filmu rozgrywają się właśnie w mieszkaniu Wałęsów i dotyczą rozmów z sąsiadami lub małżeńskich przepychanek.

„Człowieka z nadziei” ciągnie też w górę Robert Więckiewicz. Jeżeli geniusz Wałęsy polegał między innymi na tym, że ten prosty elektryk potrafił znaleźć rozwiązanie tam, gdzie intelektualiści nawet nie próbowali szukać, to Więckiewicz dobrze to oddaje. Czasami, kiedy rzuca na wszystkie strony nieskoordynowanymi komentarzami, wygląda trochę jak kosmita. Ale Wałęsa też tak podczas niektórych wystąpień wyglądał, więc to chyba dobry znak. Więckiewiczowi i Głowackiemu udaje się zresztą nieco pohamować „pomnikotwórcze” zapędy Wajdy.

Nie jest to więc film jednoznacznie zły. Nie jest to też w żadnym wypadku film dobry. Za dużo w nim niespójności, błędów, za dużo ambicji, by w dwóch godzinach zmieścić dwadzieścia lat historii PRL-u; ambicji, których – co ważne – nie da się za żadne skarby spełnić. Ale jednocześnie nie jest to przewiązany ładną wstążeczką prezent dla Wałęsy, który oglądałoby się jak okolicznościową akademię.

I choć całość sprawia wrażenie dziwacznej sinusoidy, wydaje mi się, że problemem „Człowieka z nadziei” jest nie tylko niespójność i chaos. Jako że było już kilka pokazów filmu Wajdy, dziennikarze z dwóch przeciwnych obozów zaczęli pałować się w najlepsze na łamach swoich gazet i portali. Dla jednych to wielkie dzieło, najważniejszy film roku, przy którym nie sposób nie uronić łzy wzruszenia, dla drugich propaganda, w której nie ma ani ziarna prawdy. Jedni cieszą się, że „Wałęsa” został sprzedany do czterdziestu krajów i zobaczy go cała Europa, drudzy ripostują, że w takim razie cała Europa zobaczy kłamstwo.

A ja mam trochę inny problem – z filmu o najważniejszych dla mojego państwa wydarzeniach najbardziej zapamiętałem scenę, w której Wałęsa zwołuje sąsiadów na wspólny seans odcinka „Pogody dla bogaczy”. Scenę urokliwą i sympatyczną, ba, jedną z najbardziej bezpretensjonalnych w całym filmie, ale jednocześnie kompletnie dla fabuły nieistotną. Wydaje się, że to właśnie w tych momentach – mało ważnych z historycznego punktu widzenia przerywnikach akcji – Głowacki dostał wolną rękę. I dlatego te sceny, a nie te, które przedstawiają strajki czy zamieszki, wypadają w filmie najbardziej autentycznie – nie czuć w nich kronikarskiego obowiązku, czuć natomiast ducha pewnej epoki. I choć dzięki temu pewną część „Człowieka z nadziei” ogląda się z niekłamaną przyjemnością, to chyba jednak… nie o to chodziło.

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Szaman

    Bardzo dobra recenzja, gratuluję autorowi!

    • Andriej

      Gdyby była zbyt pozytywna, to zakładam że zamiast tych komplementów byłby bełkot w stylu „nieobiektywna, zmanipulowana recenzja, wstyd”; „KMF też odbiera teraz dyrektywy od Michnika”; „wszystkie interesujące mnie kwestie zostały przekłamane przez służbistów salonu”. Spokojnie, już za rok pełnometrażowa (niezamierzona) komedia: „Kaczyński. Człowiek z Tupolewa.”

      • Szaman

        Uważam po prostu, że autor skupił się na samym filmie, lekko tylko nakreślając różne poboczne sprawy.

  • Kazik

    Znakomita recenzja. Brawo

  • Patryk Głażewski

    Ogólną ocenę pozostawię samemu sobie, jednak wszelkie interesujące mnie kwestie zostały tu naprawdę uczciwie przedstawione.

  • Indroman

    Jestem pod wrażeniem. Tekst pierwsza klasa.

  • rasta

    BOLEK BOLEK BOOOOLEEEEK

    • Artur Gralla

      A GDZIE LOLEK LOLEK LOLEK MOJA TEORIA JEST TAKA ZE BOLEK I LOLEK TO BYLI KACZYNSCY ;).

      • olo

        A MOJA JEST TAKA ŻE JESTEŚ POSTKOMUCHEM HA HA HA

        • Artur Gralla

          Ja bym sie nazwal raczej neokomunista albo neosocialista ;)

      • kolo

        Recenzja bardzo dobra. Panu Arturowi polecam zaznajomienie się z faktami o TW Bolku i w ogóle o tym co się działo po ’89 i wcześniej. Skoro coś „obalono” to powinno to leżeć a nie ogrzewać się przed kameramiw studio. pozdrawiam

        • Artur Gralla

          Tak oczywiscie ze komunisci byli tak geniali ze w latach 70 wiedzieli ze upadnie zwiazek radziecki,dlatego podstawili walese zeby jak juz upadnie komunizm nachapac sie przeciez to jest oczywiscie.

          • kolo

            Ta byli bardzo zapobiegawczy i niektórzy mają wpływy do dnia dzisiejszego.

          • Artur Gralla

            do tego przygotowali zamach na najlepszego prezydenta 1000 lecia poprostu uszkodzili tak samolot zeby za 30 lat jak bedzie w smolensku sie rozbil.

          • kolo

            Urwałeś się z forum wyborczej? Wybacz ale kończę dyskusję bo zaczynasz bredzić i mieszać nie na temat.

          • Artur Gralla

            Ja bredze zapytaj macierewicza on potwierdzi moje kazde slowo

  • Andriej

    Film skrytykowany, to „bardzo dobra recenzja, gratuluję autorowi(?)”, „znakomita recenzja”. Jak można „gratulować” komuś recenzji? Autor wyraża w niej swoje subiektywne zdanie i opinię, chyba że „niezależni samodzielnie myślący” teraz będą wiedzieli co mają myśleć, LoL
    Natomiast jeśli chodzi o film, to było to do przewidzenia. Chyba już czas najwyższy, żeby Wajda poszedł w ślady Hoffmana i dał sobie wreszcie siana

    • theVenator

      Być może chodzi o to, że tekst jest dobry pod względem samej formy. Długi, poprawny i bogaty językowo i przede wszystkim jest recenzją, co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste. Sama ocena to kwestia subiektywna, zgadzam się.
      W ślady Hoffmana? Byle nie tego sprzed „Bitwy Warszawiskiej”. Nie dam rady przejść przez to po raz kolejny.

  • Artur Gralla

    Zapomnial tylko Wajda ze musial wchodzic w kompromisy z wladza ;) a teraz robi film o

    Walesie ja bym to nazwal ironia histori tak jak w locie skazancow ironia to jest sluchanie zespolu ktory sie rozbil w katastrofie lotniczej leca samolote z banda idiotow ;)

  • Grzegorz Fortuna

    Bardzo dziękuję za miłe słowa :)

  • Jerzy

    „Nawiślak i Majchrzak – dobrani tak, jakby chcieli zostać sobowtórami Flipa i Flapa: jeden niski i trochę pulchny, drugi wysoki i szczupły” Na tym skończyłem czytać recenzję. Jeśli autor powiela znany błąd laika sztuki filmowej, twierdząc, że Flip i Flap to duet: mały i gruby gość oraz wysoki i szczupły gość to zakładam, że skoro nie zna klasyki to z jakiej racji ma mieć pojęcie o pozostałych dziełach? Bardzo lamajskie. Dziwie się, że to się znalazło na stronie „Klubu MIŁOŚNIKÓW FILMU”. Pozdrawiam serdecznie.

    • Deina

      Czy nie przesada jednak? Intencja autora wydaje się dosyć oczywista – są jak Flip i Flap, czyli po prostu reprezentują fizyczne przeciwieństwa. W przypadku Nawiślaka i Majchrzaka akurat ten niski jest pulchny, ale przeciwieństwo pozostaje. Co najwyżej można uznać za niezręczność użycie określenia „sobowtór”, ale to wystarczy, żeby przestać czytać tekst?

      • Jerzy

        Ok, przeczytałem do końca, ale powiem szczerze. Ten tekst mnie nie porwał. Nie zachęcił, ani nie zaraził. Jak tylko rozpoczęto produkcję domyślałem się, czego się spodziewać i z tego co na razie czytam, nie pomyliłem się.

    • LeBuf

      „Jeśli autor powiela znany błąd laika sztuki filmowej, twierdząc, że Flip i Flap to duet: mały i gruby gość oraz wysoki i szczupły gość to zakładam, że skoro nie zna klasyki to z jakiej racji ma mieć pojęcie o pozostałych dziełach?” Mógłby mi to ktoś rozwinąć? Nauczę się czegoś ;)

      • Deina

        Hardy był tym grubym, ale jednocześnie wysokim. Szczuplutki Laurel był od niego ponad dziesięć centymetrów niższy. A więc duet wysokiego i grubego gościa z niskim i chudym.

        • Jerzy

          Dokładnie tak.

  • Pingback: Alfabet WAŁĘSY. CZŁOWIEKA Z NADZIEI Andrzeja Wajdy | Film.org.pl()

  • Pingback: 60 lat w kinie, czyli wszystkie filmy ANDRZEJA WAJDY | Film.org.pl()

  • STONE

    Po obejrzeniu gniota pana Vegi, który miał być komedią poczułem potrzebę intelektualnego wyrównania myśli … – więc włączyłem tenże film i … – niestety nawet trzy piwa nie pomogły, aby ogarnęła mnie nadzieja wizji dobrego kina i tym bardziej zbudowała obraz polskiego Bohatera Wszech-Czasów …
    Pan Więckiewicz powinien być jeszcze bardziej doceniony odtworzeniem roli bufona, gbura i prostaka … – z jakim kojarzy mi się Wałęsa …
    Myślę, że każdy kto ma przynajmniej ukształtowane podstawowe zasady i normy ‚pewnego’ poziomu wie lub domyśla się, co mam na myśli …
    Młode pokolenie, które towarzyszyło mi podczas tego seansu zadawało mi pytanie – kto to jest i co to jest … ?
    Ja sam się zastanawiałem nad tym od dawna – zanim powstał film, a on tylko potwierdził moje zdumienie w ‚fenomen’ tego prostaka, który uważa się za Mojżesza …
    Nie jestem pewny, czy młode pokolenie zrozumie pewne sprawy i rzeczy, które są przedstawione w sposób chaotyczny i raczej nic nie wnoszą dla kogoś, kto ma jakąś podstawową wiedzę historyczną, a dla kogoś kto za wiedzą i nauką nie przepada pozostanie ten film obojętnym …
    Żadnych emocji jak i scen, które powinny budować COŚ, za co warto walczyć i oddać życie …
    Naprawdę nie wiem nadal na czym polega fenomen tego człowieka, a film jeszcze bardziej mnie wprawił w większe dylematy …
    Za co ten NOBEL i to pokojowy – chyba za to, że w czasach kiedy Lech stanął na szczycie władzy, to Skandynawia samochody dostarczała … – bo w czynach jak i wypowiedziach – tych z filmu jak i aktualnych, z życia – nie widzę najmniejszego powodu, aby aż tak docenić człowieka, który po prostu zwykłym cwaniakowaniem i byciem akurat w czasie i miejscu dla niego odpowiednim stworzyć legendę …
    Mnóstwo pytań o jego przeszłość, mnóstwo niespełnionych – głupich wypowiedzi i obietnic, które nadają się raczej do kabaretu … – takie lansowanie głupoty …
    Ja jestem np. ciekawy dlaczego nigdy podczas przesłuchań nigdy Leszek nie został pobity – wszak zawsze tak kończyły się rozmowy z UB i SB – a on niczym naznaczony przez wszystkich zawsze mógł mówić i robić co chciał … ?
    Jak to jest możliwe, że w chwili obstawienia Stoczni przez oddziały Milicji, ZOMO i wszelkich agentów jemu udało się przeskoczyć mur … ? A to, że po fakcie kiedy już tam było ‚ciepło’, to także może niektórych zastanawiać … – nad osobowością tego bohatera …
    Na powyższe pytania dla niektórych są znane odpowiedzi, a dla innych domysłem … – bez względu na …(?) – skutecznie chwieje osobowością tego prostego człowieka, który stał się chyba ‚fenomenem’ z przypadku …
    Jedynie, co potwierdza ten film, to to, że wśród strajkujących byli mądrzy i odważni ludzie – może to właśnie dzięki nim ktoś stał się tym, z czym się raczej kojarzy nazwa lotniska w Trójmieście niż wielkie czyny … – bo m.in. wymyślane choroby dla syna, aby stał się bezkarnym nie należą do czegoś, co jest postrzegane za bohaterstwo i honor … ?
    W sumie … – jedna obietnica Wałęsy poniekąd się spełniła – mamy drugą Japonię … – szkoda tylko, że musiały ją nawiedzić tsunami …
    Ale … – reżyser spełnił się i dokończył trylogię historii nowoczesnej, dochody zapewniły obowiązkowe wycieczki szkolne – taki nowy sponsor Amber Gold w wydaniu młodzieżówki z przymusu, której mecenasem jest … – no właśnie – kto … ?
    A widzowie, kinomani i pasjonaci, którzy chcieliby obejrzeć COŚ Wyjątkowego muszą nadal poczekać na inne czasy …






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Turbo

Następny tekst

Fota #79 - Głupi i Głupszy - sequel!!!



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE