nowości kinowe

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Paradoksalnie, „Człowiek z nadziei” jest najlepszy w tych momentach, kiedy Wajda trzyma się z dala od wielkich wydarzeń.

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Człowiek z nadziei, pomnik w kawałkach

Jest w filmie Andrzeja Wajdy taka scena: w dziewiątą rocznicę krwawego stłumienia zamieszek grudnia 1970 roku Lech Wałęsa wchodzi na podwyższenie i łapie za mikrofon. „Obiecali nam pomnik ofiar grudnia. Do dziś go tutaj nie ma.” – mówi ze szczerym zaangażowaniem. – „Jeśli za rok nadal go nie będzie, chcę, aby każdy z was przyniósł kamień. Sami zbudujemy sobie pomnik!”. Mimochodem przyszły prezydent opisuje w tej scenie cały film o sobie. „Wałęsa. Człowiek z nadziei” to właśnie taki pomnik ze zrzuconych na hałdę kamieni; zbudowany w dobrej wierze, ale przy tym prowizoryczny i kompletnie pozbawiony spoiwa.

Zarzuca się ostatnio Wajdzie, że bardziej skupia się na nauczaniu historii niż na reżyserii, ale to jedynie część prawdy. Wajda chce być w „Wałęsie” nie tyle zwykłym nauczycielem, ile raczej mediatorem, dyplomatą, autorytetem – kimś, kto zatrze wątpliwości, zinterpretuje najważniejsze fakty, wskaże palcem prawdę. „Człowiek z nadziei”, z nie do końca zrozumiałych przyczyn przyłączony do Wajdowskiej dylogii sprzed kilku dekad, ma w założeniu zadowolić wszystkich – i widzów polskich, i zagranicznych (stąd pojawiające się co jakiś czas plansze informacyjne z napisami w stylu: „W 1945 roku Polska została siłą przyłączona do bloku sowieckiego”); i miłośników Wałęsy, i tych, którzy uważają go za bufona; a także widzów współczujących Danucie Wałęsie (Agnieszka Grochowska), która swoje wspomnienia o życiu w cieniu męża opisała niedawno w autobiografii. Ba, Wajda chce podjąć dialog nawet z tymi, dla których Wałęsa to „Bolek” – w jednej z pierwszych scen, mających miejsce się w grudniu 1970 roku, przyszły prezydent jest przesłuchiwany przez agentów SB. Majchrzak (Cezary Kosiński) i Nawiślak (Zbigniew Zamachowski) szantażują go, podsuwają mu pod nos dokument i każą podpisać. Wałęsa się spieszy, bo jego żona rodzi właśnie pierwsze dziecko, boi się, jest zestresowany, nie rzuca jeszcze swoimi słynnymi ripostami. Jego charakter dopiero się ukształtuje. Nawiślak i Majchrzak – dobrani tak, jakby chcieli zostać sobowtórami Flipa i Flapa: jeden niski i trochę pulchny, drugi wysoki i szczupły – w toku fabuły wracają jeszcze kilkakrotnie, by nękać Wałęsę kawałkiem podpisanego papieru. W jednej z ostatnich scen Majchrzak rzuca do Nawiślaka: „jeszcze go dopadniemy”, a na myśli ma oczywiście oskarżenia o współpracę z SB, które pojawią się kilka lat później.

Tego typu tłumaczenia są zbędne, sztuczne i kompletnie niefilmowe; sprawiają wrażenie, jakby Wajda chciał nie tyle wyjaśniać motywy kierujące bohaterem jego filmu, co raczej usprawiedliwić podpis złożony przez prawdziwego Wałęsę przeszło czterdzieści lat temu. Niefilmowa jest zresztą cała fabuła, skonstruowana wokół rozpoznawalnych epizodów z życia Wałęsy, połączonych bardzo wątłą nicią. Z początku wydaje się, że ramą fabularną, swego rodzaju spoiwem będzie tu wywiad z Wałęsą przeprowadzony przez Orianę Fallaci (Maria Rosaria Omaggio) w 1981 roku. Od tego zaczyna się zresztą film – Fallaci wchodzi do mieszkania, siada w fotelu, zapala papierosa, kłóci się z tytułowym bohaterem. Wtedy cofamy się do roku 1970, gdzie widzimy młodego i wystraszonego elektryka. Rama szybko się jednak załamuje, bo kolejne fragmenty słynnego wywiadu – nawet jeśli czasami puentują lub zapowiadają retro- i futurospekcje – to przez większość czasu sprawiają wrażenie, jakby funkcjonowały gdzieś obok fabuły, zamiast wziąć ją w garść.

U Wajdy kronika Solidarności jest trochę jak wycieczka po zoo – reżyser pakuje nas w ciuchcię i obwozi po najważniejszych wydarzeniach lat 1970-1989. Przy każdym w nich robi krótki przystanek, pokazuje, co się działo, rekonstruuje strajki i dodaje trochę archiwaliów. Potem wrzuca bieg i jedzie do następnego, nie pozwalając ani się im przyjrzeć, ani tak naprawdę ich poznać. Reżyser idzie na ilość, zamiast na jakość – stara się ogarnąć wszystko w jednym filmie, więc ze strajków grudnia 1970 niemal od razu przechodzimy do roku 1979. Takie podejście odbiera przedstawionym wydarzeniom nie tylko historyczną, ale i dramaturgiczną wagę. Fragmentaryczność scenariusza prowadzi zresztą do fabularnego chaosu, a niektóre sceny mogą się okazać zupełnie niezrozumiałe dla widzów, którzy niewiele wiedzą o tym, co działo się w omawianych latach, albo po prostu pochodzą z innego kraju.

Chaos potęguje zresztą strona formalna „Człowieka z nadziei”. Kamera lata na prawo i lewo, zdjęcia są pozornie przypadkowe, co chwilę pojawiają się fragmenty kronik telewizyjnych. W pewnym sensie jest to pomysł ciekawy – stojący za kamerą Paweł Edelman stara się w ten sposób oddać klimat tamtych czasów – ale słabo przeprowadzony, już choćby pod względem czysto technicznym. Aby podbudować wiarygodność, w autentyczne zdjęcia wpleciono kadry zrealizowane na potrzeby filmu. W jednej ze scen oglądamy na przykład kłótnię Wałęsy z Andrzejem Gwiazdą – jedno ujęcie na prawdziwego Gwiazdę, jedno na Wałęsę granego przez Więckiewicza, jedno na Gwiazdę, jedno na Więckiewicza itd. Wyraźnie w tych scenach widać, że współczesne zdjęcia były kręcone kamerą cyfrową i dopiero później postarzone komputerowo, podczas gdy Gwiazdę filmowano tanią radziecką kamerą ręczną. Czy naprawdę tak trudno było zdobyć tego typu sprzęt, żeby wspomniane wyżej sceny wyglądały spójnie?

Paradoksalnie, „Człowiek z nadziei” jest najlepszy w tych momentach, kiedy Wajda trzyma się z dala od wielkich wydarzeń. Wtedy da się wyczuć styl scenarzysty filmu, Janusza Głowackiego – ironisty, który ma smykałkę do pisania soczystych dialogów. Głowackiego wyraźnie fascynują słynne bon-moty Wałęsy, sposób, w jaki tytułowy bohater konstruuje celne i dobitne riposty, ale też typowe międzyludzkie dialogi z okresu późnego PRL-u („to brewki pani zrobić na kijankę czy na zdziwioną?” – pyta Danutę Wałęsę sąsiadka-fryzjerka w jednej ze scen). Wszystkie najbardziej autentyczne i urokliwe fragmenty filmu rozgrywają się właśnie w mieszkaniu Wałęsów i dotyczą rozmów z sąsiadami lub małżeńskich przepychanek.

„Człowieka z nadziei” ciągnie też w górę Robert Więckiewicz. Jeżeli geniusz Wałęsy polegał między innymi na tym, że ten prosty elektryk potrafił znaleźć rozwiązanie tam, gdzie intelektualiści nawet nie próbowali szukać, to Więckiewicz dobrze to oddaje. Czasami, kiedy rzuca na wszystkie strony nieskoordynowanymi komentarzami, wygląda trochę jak kosmita. Ale Wałęsa też tak podczas niektórych wystąpień wyglądał, więc to chyba dobry znak. Więckiewiczowi i Głowackiemu udaje się zresztą nieco pohamować „pomnikotwórcze” zapędy Wajdy.

Nie jest to więc film jednoznacznie zły. Nie jest to też w żadnym wypadku film dobry. Za dużo w nim niespójności, błędów, za dużo ambicji, by w dwóch godzinach zmieścić dwadzieścia lat historii PRL-u; ambicji, których – co ważne – nie da się za żadne skarby spełnić. Ale jednocześnie nie jest to przewiązany ładną wstążeczką prezent dla Wałęsy, który oglądałoby się jak okolicznościową akademię.

I choć całość sprawia wrażenie dziwacznej sinusoidy, wydaje mi się, że problemem „Człowieka z nadziei” jest nie tylko niespójność i chaos. Jako że było już kilka pokazów filmu Wajdy, dziennikarze z dwóch przeciwnych obozów zaczęli pałować się w najlepsze na łamach swoich gazet i portali. Dla jednych to wielkie dzieło, najważniejszy film roku, przy którym nie sposób nie uronić łzy wzruszenia, dla drugich propaganda, w której nie ma ani ziarna prawdy. Jedni cieszą się, że „Wałęsa” został sprzedany do czterdziestu krajów i zobaczy go cała Europa, drudzy ripostują, że w takim razie cała Europa zobaczy kłamstwo.

A ja mam trochę inny problem – z filmu o najważniejszych dla mojego państwa wydarzeniach najbardziej zapamiętałem scenę, w której Wałęsa zwołuje sąsiadów na wspólny seans odcinka „Pogody dla bogaczy”. Scenę urokliwą i sympatyczną, ba, jedną z najbardziej bezpretensjonalnych w całym filmie, ale jednocześnie kompletnie dla fabuły nieistotną. Wydaje się, że to właśnie w tych momentach – mało ważnych z historycznego punktu widzenia przerywnikach akcji – Głowacki dostał wolną rękę. I dlatego te sceny, a nie te, które przedstawiają strajki czy zamieszki, wypadają w filmie najbardziej autentycznie – nie czuć w nich kronikarskiego obowiązku, czuć natomiast ducha pewnej epoki. I choć dzięki temu pewną część „Człowieka z nadziei” ogląda się z niekłamaną przyjemnością, to chyba jednak… nie o to chodziło.

Ostatnio dodane