Obława | FILM.ORG.PL

Obława

Dojrzały i szokujący wojenny thriller, zrealizowany na światowym poziomie.




Demony wojny




Grzegorz Fortuna
01.03.2016


Tekst z archiwum (2012).

Jeżeli film opatrzony jest dedykacją „dla Ojca, oficera AK”, mamy prawo spodziewać się najgorszego: martyrologii, cierpiętnictwa, patosu, krystalicznie czystych bohaterów przeciwstawionych demonicznemu okupantowi. Siedzi w polskiej mentalności coś, co wielu filmowcom ciągle nie pozwala spojrzeć na historię z szerszej, bardziej interesującej perspektywy. Zamiast realizmu dostajemy patos, zamiast autonomicznych charakterów – aksjologiczne prostactwo, wyrażone grubą kreską pomiędzy „tymi dobrymi” a „tymi złymi”. Filmy takie jak „Katyń” czy „Bitwa warszawska” to nie tyle dramaty wojenne, co historyczne czytanki, na które bez problemu można zabrać dzieciaki, by utrwalić im podstawowe informacje dotyczące wojennych zagadnień.

A jednak coś się zmienia. I to zmienia się właśnie teraz. W tym roku premierę miały już dwa polskie filmy wojenne, a każdy z nich był na swój sposób udany. „W ciemności” ocierało się co prawda momentami o „holokicz”, ale nie było w nim ani stereotypowych postaw, ani wbijania widzowi patriotycznych prawd łopatą do głowy. O „Róży” nie trzeba się chyba nawet rozpisywać, bo prawie wszyscy, którzy najnowszą produkcję Smarzowskiego widzieli, określili ją mianem znakomitej. „Obława” Marcina Krzyształowicza jest kolejnym polskim filmem wojennym, zrywającym z klasycznym sposobem myślenia o tej tematyce. I to zrywającym w sposób imponujący. Reżyser stroni od cierpiętnictwa. Ludzie mają złożone charaktery, naznaczone wojennym piętnem, fetor rozkładu unosi się nad wszystkim i wszystkimi, zło jest przerażająco namacalne, a zemsta na „tych, którzy zawinili” nie następuje. Bo zawinili wszyscy i nikt jednocześnie.

1600x845_maz9ze

W przedstawianej przez Krzyształowicza wojnie nie ma patosu, bohaterstwa ani majestatu.

Nie ma też – przede wszystkim – sensu. Grupa poubieranych w łachmany partyzantów siedzi w lesie i czeka na niechybną śmierć (zbliża się tytułowa obława), wykonując rozkazy dowództwa, ograniczające się zresztą do eliminacji kolejnych kolaborantów. O tym, czy ktoś jest zły czy dobry, nie decyduje narodowość, a poszczególne zachowania lub gesty, które także nie pozwalają na jednoznaczną ocenę. W tego typu diagnozie – że wojna to jedno wielkie bagno niszczące człowieczeństwo – nie byłoby być może niczego niezwykłego, gdyby reżyser nie znalazł dla niej odpowiedniego klucza narracyjnego. Krzyształowicz miał znakomity pomysł, który z godną podziwu konsekwencją przeniósł na ekran.

W pierwszej części filmu poznajemy kaprala Wydrę (Marcin Dorociński) – zmęczonego i zrezygnowanego AK-owca, bez emocji zabijającego równie zmęczonych i zrezygnowanych kolaborantów. Wydra dostaje „zlecenie” na swojego dawnego kolegę, Kondolewicza (Maciej Stuhr), który współpracuje z okupantami, by utrzymać rodzinny biznes i zapewnić sobie nietykalność. Zabiera go do lasu w wiadomym celu, ale odkrywa, że wykonywać rozkazu nie ma po co, bo jego oddział już nie istnieje. W tym momencie następuje cięcie i cofamy się o kilkanaście godzin, by poznać przedstawione wydarzenia z perspektywy pozostałych bohaterów. Tego typu zabiegów będzie w „Obławie” jeszcze kilka – reżyser ucina niektóre sceny, przeplata je innymi, by wrócić do nich później, kiedy już będziemy patrzeć na nie pod zupełnie innym kątem.

1600x798_maz9zc

Na wojnie nic nie jest tak proste, jak by się chciało – zdaje się mówić Krzyształowicz i popiera tę tezę inteligentną grą z naszymi odbiorczymi przyzwyczajeniami. Na początku mimowolnie wyrabiamy sobie zdanie na temat bohaterów – myślimy, że Kondolewicz to gnida, a partyzanci są bez wyjątku szlachetni, nawet jeśli wyglądają na bezczynnych i otępiałych. Kiedy poznajemy postaci lepiej, wszystkie te wyroki zostają przetasowane, zlewają się w bezkształtną masę i trudno już znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Klasyfikacja bohaterów nie ma sensu, bo sensu nie ma też przedstawiona tu walka. Jeżeli już dotrzemy do jakiejś prawdy, której reżyser później nie podważy, to zostanie ona ujawniona w subtelnych gestach, gdzieś z boku, jakby w tle.

W pewnym momencie splot wydarzeń, motywacji i emocji dobitnie odsłania cel całej tej gry z linearnością. „Obława” idzie do przodu powoli, ale stanowczo. Atmosfera beznadziejności gęstnieje w tempie geometrycznym, nabiera siły jak staczająca się z góry śniegowa kula. W ostatniej części filmu załamuje się tu niemal wszystko – jakiekolwiek wytłumaczenia, podobnie jak przedstawiona tu wojna, do niczego nie prowadzą. W ostatnich scenach „Obława” zamienia się w na poły groteskowy, upiorny, okraszony wisielczym humorem wojenny horror. Wrażenie jest naprawdę niezwykłe i przerażające zarazem, biorąc pod uwagę, jak reżyser wcześniej zarysował poszczególne charaktery.

doc_4944_0

Ale to nie wszystko – „Obława” to też jeden z najlepiej sfilmowanych polskich filmów ostatnich lat.

Rodzimi twórcy rzadko przykładają tak wielką uwagę do zdjęć, montażu, kolorystyki kadrów. U Krzyształowicza strona wizualna idealnie wpasowuje się w to, co dzieje się w warstwie fabularnej – zdjęcia są szaro-brązowe, wyprane z kolorów, ale jednocześnie rewelacyjnie skomponowane, a cięcia montażowe następują dokładnie wtedy, kiedy powinny, żeby utrzymać widza w odpowiednim nastroju. Klimat pomagają też budować aktorzy, obsadzeni w większości na przekór ich dotychczasowemu emploi – Marcin Dorociński może nie zaskakuje, bo miał już kilka podobnych ról, ale wielkie wrażenie robi znany z komediowego repertuaru Maciej Stuhr i nadzwyczaj skromna Weronika Rosati, zupełnie nieprzypominająca tej Weroniki Rosati, którą znamy z rubryk towarzyskich i mało elokwentnych wypowiedzi w wywiadach.

Krzyształowicz nakręcił film mądry i dojrzały, zostający w głowie na długo (widziałem go pół roku temu, a do dziś pamiętam prawie każdą scenę), wypełniony bohaterami, w których po prostu chce się wierzyć. To właśnie na „Obławę”,  a nie na żenującą „Bitwę pod Wiedniem”, powinny pójść polskie szkoły.

 

 

 

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)







  • kadr

    Nic się nie zmieniło. Od zawsze wśród polskich filmów były takie, które wyłamywały się z zalewu kiczu. Zresztą dotyczy to każdej kinematografii. Że niby nikt przed Kryształowiczem nie zrobił ambitnego, wojennego kina? Śmieszne.

    Zresztą ten film, który z pewnością wart jest obejrzenia, nie jest żadnym arcydziełem a szkoda. Sporo w nim takiej tandetnej teatralności, której bardzo w kinie nie lubię. To ustawienie postaci kobiecych jak świecznika na pierwszym planie, aby jeszcze bardziej było widać jak się umartwiają lub zamartwiają i postaci męskich w głębi. Co to w ogóle jest? Jedzie sztucznością ma milę. Dlaczego Rosati nie mogłaby po prostu stać przed Dorocińskim kiedy on wyznaje jej miłość? Kryształowicz zamiast budować sceny właśnie w oparciu o realizm, tworzy sobie takie filmowe plakaty i myśli, że jest w tym dojrzały a jest żałosny.

    Do tego Bohosiewicz. Ach, jak ona jest zbolała! Jak zalewa wszystkich tą swoją nieszczęsną boleścią. Ściska ubranko i cierpi a widz razem z nią. bynajmniej nie na skutek empatii. Ból jak z reklamy.

    Film jest naprawdę dobrze zrobiony od strony technicznej, to prawda, ale za dużo w nim komiksu, za dużo przerysowań i tej nieszczęsnej koturnowości, właśnie w wymiarze symbolicznym. I co to znaczy, że nie wszyscy AK-owcy byli dobrzy? Ot mi wielka zasługa reżysera. Oczywiście, że nie byli, innymi słowy, Kryształowicz nie robi tutaj żadnej łaski. Mamy rok 2012!

    Swoją drogą, czynienie z tego filmu dobrego bo jest lepszy niż „Bitwa warszawska” tudzież „Bitwa pod Wiedniem”? No, wszak na bezrybiu i rak ryba.

    To w jaki sposób można świetnie demitologizować narodowe mity, pokazał chociażby Kutz w „Do piachu” Różewicza, tyle, że to było niemal pół wieku temu. Tamten spektakl bo to był spektakl teatru TV a nie film niestety, był świetny. Zero jakiegokolwiek cierpiętnictwa, zero panienek mających dodatkowo uatrakcyjnić fabułę, zero durnych tekstów w rodzaju: „Byłem gotów na śmierć, byle byś tylko na mnie spojrzała?” Po co, pytam się, ta prostacka, telenowelowa wręcz dosłowność? To już naprawdę nie można inaczej przekazać uczuć? Bardziej dyskretnie? Ciszej? Tylko pierdolnąć jakieś efekciarskie smuty? W do „piachu” był też humor, choćby wierszyk. „Spadają już jesienne liście, nie dam dupy komuniście. Komunista komu powi, jeszcze dupę upaństwowi”. I była też akcja, był dramat ludzi, którym pozostały już tylko rozkazy do wypełnienia bo wszystko inne przepadło. W „Do piachu” nikt nie cierpiał, nikt nie oddawał się cierpieniu albo inaczej, nikt tego cierpienia nie celebrował. Partyzanci śmiali się, rozmawiali, a mimo tu czuć było, że coś jest nie tak. No, ale to Różewicz a nie gość, który ma za sobą rodzimą parodię westernu.

    Tak więc, „Obława” jest filmem „na raz”. Przypominają mi się „Bękarty wojny” Tarantino. Ta niesamowita mieszanka komedii i grozy. Scena z przesłuchaniem niemieckiego żołnierza. W ogóle zero jakiegokolwiek pseudo romantycznego bełkotu. To jest życie, to jest kino! A jeżeli już budujemy jakiś trójkąt lub czworokąt uczuć, to niech to tchnie realizmem! Przypadkowością! Niech nie będzie laurką narysowaną dla Rosati i Bohosiewicz w podzięce za ich urodę i wykrzywiania ust w różnych gestach rozpaczy.

    • Grzegorz Fortuna

      Oczywiście, że przed Krzyształowiczem i Smarzowskim było ambitne wojenne kino. Ale kiedy? „Kanał” czy „Eroica” powstały ponad pół wieku temu. Taki „Korczak” chociażby – ponad 20 lat temu. Rzeczywiście zrobiłem błąd, bo nie sprecyzowałem – chodziło mi o ostatnie lata, ostatnie dwie dekady mniej więcej. A jakie polskie wojenne filmy z tego okresu godne są polecenia? Można by je policzyć na palcach jednej ręki stolarza-alkoholika. A w tym roku powstały już trzy takowe, więc jednak – być może – coś się zmienia.

      Jeśli chodzi o postaci kobiece, to rzeczywiście są słabiej nakreślone niż męskie, ale teatralność? Koturnowość? Fakt, że w kilku scenach Rosati stoi na pierwszym planie (i to przecież tylko w tych z Dorocińskim) wynika raczej z pewnego modelu ustawiania bohaterów – często ustawia się bohaterów, którzy zdradzili/oszukali na pierwszym planie, tak, żeby widz widział ich twarze – niż z teatralności czy sztuczności. Jeśli chodzi o Bohosiewicz, to ani jej specjalnie nie współczułem, ani nie odczułem, żeby reżyser chciał tego typu uczucie w widzu wymusić. W ogóle nie czułem, żeby reżyser chciał jakieś emocje wymuszać, a nawet jeśli, to zwykle po to, żeby później je w jakiś sposób przetasować. To całe jej cierpiernie wynika przecież w jakimś stopniu z jej działań i też nie jest do końca jednoznaczne, a w każdym razie nie jest jednoznaczne dla widza. Nie chodzi o wyciskanie łez na siłę.

      Do reszty argumentów trudno mi się odnieść, bo a) nigdzie nie napisałem, że wyższość nad „BW1920” jest jakimś ogromnym plusem tego filmu, b) porównywanie do „Bękartów wojny” nie ma dla mnie sensu, bo tamtem film był raczej zgrywą – momentami poważną, ale nadal zgrywą – a scena z przesłuchaniem niemieckiego żołnierza jest przecież totalnie komiksowa (taka zresztą być miała), więc pasuje tu jak pięść do nosa.

      • Paweł

        Scena przesłuchania niemieckiego żołnierza była komiksowa? O rany! I może jeszcze komediowa była, gdy jeden z bohaterów tłukł go kijem bejsbolowym(pamiętam, że w kinie jakieś matoły wtedy rechotały). Ktoś tu strasznie powierzchownie odbiera obrazy i nie rozumie intencji reżysera.

        • be

          Ponieważ to pierwszy raz, kiedy u Tarantino scena przemocy podszyta jest komediowym, ironicznym tonem… Gratuluje zrozumienia intencji reżysera, jak wiadomo jest tylko jedna słuszna interpretacja danej sceny i pan Paweł oczywiście ją poznał, co więcej: sam Tarantino mu powiedział jak daną scenę czytać!

  • Mefisto

    Ja tam Motodufowi nie wierzę po recce Pokłosia – tu znowu 9/10, wyczuwam sporo przesady…

  • kadr

    Pisząc powyższy tekst nie tyle chciałem polemizować z recenzją autora co zaprezentować swoje zdanie odnośnie omawianego przezeń filmu, no ale kiedy czytam, że scena przesłuchania z „Bękartów…” jest… komiksowa (sic), no, to…. Nie wiem co napisać:) Scena ta nie jest w żaden sposób komediowa ani tym bardziej komiksowa. Od kiedy w komiksach dokonuje się tego typu emocjonalnych wolt? Wywraca się zastałe schematy? W tej scenie, Tarantino jest wyraźnie po stronie Niemca i zdaje się kpić z bezmyślnej siły jego żydowskiego oprawcy. Zresztą, od tego jest dobra scena aby można była ją na wiele sposobów interpretować. Wszak zarzucanie, że to komiks, jest jawnym nieporozumieniem.

    Czy „Obława” jest komiksem? W dużej mierze tak. Mój największy zarzut do reżysera tyczy tego, że postrzega swoich bohaterów na zasadzie najbardziej prostych skojarzeń. Deszcz-smutek, słońce-radość, mucha-gówno itd, itp. Skoro bohaterów dopadło emocjonalne wypalenie, to po co dodatkowo pokazywać to poprzez szaro-bure barwy? Odwrotnie! Niech świeci słońce, niech będzie czyste bezchmurne niebo, na zasadzie kontrastu pomiędzy aurą a stanem ducha bohaterów. Na tej samej zasadzie, gdyby Kryształowicz kręcił film o zagładzie w Auschwitz, pierwszy transport więźniów pewnie pokazał by na tle ciemnych ołowianych chmur. Bo tak niby lepiej, bo panie, nastrój, bo tak, panie, artystycznie bardziej, panie. Jasne!
    Szkolne, niemal kompromitujące twórcę, błędy.

    Jak jest u Tarantino? W prologu w którym poznajemy Hansa Landę, jest on pełnym wyszukanej kurtuazji dżentelmenem a przecież wiadomo, że to ss-man i psychopata. U reżysera „Obławy” pewnie byłby to zwalisty łysy bydlak z popsutymi zębami. Tak się dziś kina nie robi.

    Piszesz, że „Bękarty Wojny” to zgrywa. Owszem, wiele jest w tym filmie farsy. Jednak co powiesz o uznanych arcydziełach Chaplina? „Gold Rush”, „Limelight” „Modern Times”? Tam też było sporo farsowych elementów, slapstickowych nawet a przecież te filmy wzruszają do dziś, właśnie głównie dlatego, że są, by tak rzec. straszno-śmieszne. Jak życie.

    U Kryształowicza tego nie ma. Od początku do końca jest posępnie i chujowo i przez to, przynajmniej dla mnie, nudno.

    • Grzegorz Fortuna

      Tarantino po stronie nazisty? Pomylił Cię się z Larsem von Trierem ;). A tak na serio – powtórzyłem sobie tę scenę i utrzymuję, co napisałem. Ona jest przerysowana i nie jest w pełni na serio (oczywiście wg. mojej interpretacji, każdy może mieć własną), na co wskazuje choćby wykorzystana muzyka, czy sam klimat tej sceny, czy klimat filmu. Nie rozumiem, skąd wniosek, ze Tarantino kpi z postaci granej przez Eliego Rotha, nie wiem też, dlaczego miałby stawać po stronie Niemca, bo naprawdę nic na to nie wskazuje.

      Ależ to nie są błędy! To po prostu różne sposoby kręcenia, różne podejścia do filmowej materii. Tarantino kręci jednak bardzo specyficzne filmy, zakorzenione zresztą przede wszystkim w świecie kina. A strona wizualna może kontrastować z treścią lub być jej odbiciem – to zależy tylko od woli reżysera i żaden z tych sposobów nie jest gorszy od drugiego. Filmy Chaplina rzeczywiście wzruszają i są arcydziełami, ale to przecież inne czasy, inny język w pewnym sensie, nieskażony jeszcze tą całą współczesną postmoderną. Ale skoro podajemy różne przykłady, to też z jednym wyjdę – „Idź i patrz”. Tam też jest posępnie. Powiedziałbym nawet, że posępnie do granic możliwości. Czy z tego powodu jest to zły film?

  • skała

    Kocham kino, ale ten film jest bez sensu. Róża była 2x lepsza. Tyle w temacie. Szkoda kasy.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Oscary 2016 rozdane! Redakcyjny komentarz

Następny tekst

LUTY 2016 - co opublikowaliśmy na Film.org.pl



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE