nowości kinowe

CREED. Narodziny legendy

Sekwencje treningowe w niczym nie ustępują oryginalnym produkcjom, a i pojedynki są twarde, pomysłowe, zrobione z polotem.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Trudno stwierdzić, co jest takiego pociągającego w dwóch spoconych facetach, którzy na otoczonym linami kwadracie wybijają sobie raz po raz zęby i głupie pomysły z głowy. Choć na to ostatnie zdaje się być za późno, skoro już się tam znaleźli. Zabawne, że motyw nie do końca naoliwionej makówki (tudzież tej, która właśnie wskutek pojedynków uległa nadszarpnięciu) powraca niemal w każdym bokserskim filmie – i pada w większości z ust osób, którym naprawdę zależy na uprawiających daną dyscyplinę ekranowych herosach (z reguły zaraz przed lub po formułce „życie ci niemiłe?”). A jednak kino kocha ten dwuosobowy show, a widownia patrzeć na ich pranie bez krochmalenia – zwłaszcza w rytm dynamicznych melodii i ze znanymi mordami w obsadzie.

creed2

Lustereczko, powiedz przecie…

Fakt, nie zawsze wychodzi, ale trzeba X muzie oddać, że rzadko który sport potrafi pokazać w równie fascynujący sposób, co krzyżowanie rękawic w dwunastu odsłonach. Nic zatem dziwnego, że boks w ruchomych obrazach powraca niczym bumerang, w USA ustępując częstotliwości chyba jedynie baseballowi. Tylko w zeszłym roku mieliśmy dwie ważne premiery tego podgatunku – pierwsza, Do utraty sił z przypakowanym do granic Jake’iem Gyllenhaalem, wywołała emocje poprzez plotki zza kulis, ostatecznie szybko rozchodząc się po kościach. Druga, po małym misz-maszu związanym z dystrybucją kinową, trafia właśnie do Polski.

Creed za oceanem przyjął się nadspodziewanie dobrze. Ale czy mogło być inaczej? Mierzący się z istną legendą boksu/kina, bo też i stanowiący poniekąd kontynuację, podsumowanie przygód Rocky’ego Balboa, a zarazem stawiający na nowe twarze oraz urealistycznienie, uwspółcześnienie skostniałej formuły, film idealnie wcelował w popularną ostatnimi czasy modę na nostalgiczne powroty starej gwardii oraz remake’owanie z klasą. Zagrało to w nowych Gwiezdnych wojnach, działa również i w perypetiach syna ś.p. Apolla.

Nie bez kozery przywołałem zresztą laserowe strzelanki w odległej galaktyce, bowiem przyziemna nawalanka na polu zwanym ringiem powiela znane schematy dokładnie w ten sam sposób. I podobnie jak film J.J. Abramsa wypełnia znane już uniwersum nową nadz… ekhm, energią w postaci młodych-zdolnych.

Jeśli więc Przebudzenie mocy wyraźnie wchodzi w buty pierwszego filmu swojej kosmicznej serii,
tak Creed stanowi ni mniej, ni więcej, tylko powtórkę z Rocky’ego numer 1.

Ponownie nikomu nieznany ziomal  z ulicy (sukcesywnie zdobywający pozycję w Hollywood Michael B. Jordan) stara się zaistnieć w świecie gongów, ciosów poniżej pasa i lasek w bikini trzymających duże plansze z cyferkami. Raz jeszcze idzie mu topornie, dopóki nie natrafi na obcykanego w temacie mentora (Sylwester „Włoski Ogier” Stallone w roli, którą doceni Amerykańska Akademia w imię zasług?). Znowuż jest nam dane obserwować wyciągniętą z kapelusza walkę z aktualnym mistrzem świata. I powtórnie nasz umięśniony, czy też raczej wyrzeźbiony z wosku heros zakocha się w międzyczasie w jakiejś hipsterskiej, niełatwej w obyciu babce, z którą nikt nie chce się zadawać (sympatyczna Tessa Thompson).

creed1

– Krzycz!! – Krzyczę!!!

Historia zatem stara jak świat (a przynajmniej jak Sly), ale z ciut inaczej rozłożonymi akcentami. Te fajnie zarysowują zarówno bohaterów, jak i świat przedstawiony, lecz w ogólnym rozrachunku niewiele z nich wynika. Fakt, że Adonis (szczęśliwie nie Asklepios) tłumi w sobie ojcowskie brzemię i jednocześnie ma jakiś tam dostęp do jego spadku, nie ma większego znaczenia dla fabuły – szczególnie, że gdy tajemnica w końcu wychodzi na jaw, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego w ciągu kilku kadrów. Niewiele też rodzi się z faktu, że nad niesfornym, lubiącym się bić od małego Creedem juniorem lituje się wdowa po Apollo (dawno nie widziana w prawdziwym hicie Phylicia Rashad, czyli Clair Huxtable z popularnego wieki temu Bill Cosby Show). Ich relacje sprowadzają się do przywołanych we wstępie pouczeń, minutowych wątpliwości i przeżywania przez przybraną mamę walk syna – oczywiście na odległość, przez kablówkę. Również związek Adonisa z Biancą, acz uroczy, nie wykorzystuje potencjału, szczególnie przy tak znaczącym wyeksponowaniu nietypowych problemów dziewczyny.

Reżyser Ryan Coogler – jak najnowsze ploty niosą, dzięki temu sukcesowi zaklepany do adaptacji komiksu Black Panther – sprawnie radzi sobie jednak zarówno z mieliznami oraz wylewającymi się z kart scenariusza schematami (był wszak jego współautorem), jak i, co ważniejsze, z zainteresowaniem widza. To nie spada ani razu przez bite dwie godziny z okładem, choć całość ogląda się trochę na autopilocie, bez specjalnego przejęcia wydarzeniami. Oprócz braku zaskoczenia opowieścią, w której nie ma miejsca na wolty, na karb minusów składają się również m.in. nijacy przeciwnicy oraz… aparycja protagonisty, który nawet w chwilach największego zaangażowania sprawia wrażenie, jakby był obrażony na cały świat bez powodu.

Tu zresztą kryje się największy dysonans Rocky’ego VII – poczynania głównego bohatera nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości. Adonis cały czas mówi o tym, jak to musi się bić, żeby nie znaleźć się na dnie, i żeby udowodnić wszystkim wokół, że nie jest taki słaby, że mylili się co do niego, że nie jest ojcowską pomyłką, że bla, bla, bla. A tymczasem ani jedna scena nie daje wrażenia, jakby czegokolwiek mu w życiu brakowało, żeby było mu źle. Co więcej, zabawny kontrast na samym początku wyraźnie daje do zrozumienia, że Creed nie bije się, bo musi, ale dlatego, że lubi, chce – to jedyne, w czym naprawdę znajduje spełnienie.

Cóż, można i tak, aczkolwiek dramatu w tym tyle,
co wartości odżywczych w puszce coli.

Ten ma za to miejsce na drugim planie, u wiele ciekawiej nakreślonego mistrza Yo… Rocky’ego – wypalonego, samotnego, zagubionego w życiu, którego coraz częściej nie rozumie. To jego postać przykuwa najwięcej uwagi, niejako kradnąc przedstawienie. To między nim a synem dawnego rywala i jednocześnie najlepszego przyjaciela rodzi się prawdziwa chemia (z czasem dosłownie – życie…). To wzajemne uzupełnianie się, relacje tej dwójki niosą na swoich barkach cały film. I przy okazji sprawiają najwięcej satysfakcji.

Creed3

Zła mina do dobrej gry

Dużą siłą projektu jest jeszcze bardzo dobra realizacja – montaż oraz uzupełniająca go świetna, czerpiąca udanie z poprzedników, ale mocno „dzisiejsza” muzyka to miejscami prawdziwy cymes, który potrafi zagrzać do walki równie mocno, co klasyczne tytuły tej serii. Sekwencje treningowe w niczym nie ustępują oryginalnym produkcjom, a i pojedynki są twarde, pomysłowe, zrobione z polotem (z czego jeden bez cięć, na ciągłym ujęciu). Brakuje im jedynie nieco emocji względem pierwowzorów – Creed vs ktoś tam, to zdecydowanie nie ten poziom zaangażowania, co Rocky vs Creed, Rocky vs Drago czy Rocky vs starość w części szóstej. Lecz twórcy nadrabiają zdecydowanie większym realizmem, brudem, potem i krwią, czyli tym wszystkim, czego można wymagać od tańczących wokół siebie drabów w kolorowych szortach.

Generalnie Creed wychodzi zwycięsko (nie tylko finansowo) z niełatwego zadania, jakim było dopisanie kolejnego rozdziału symbolowi Ameryki. Stalowy Sly w naprawdę dobrym stylu przekazał pałeczkę młodemu pokoleniu. Potomek Apolla nie ma co prawda nawet połowy jego charyzmy, a tym bardziej masy, ale udowadnia, że wielkie serce i umiejętności to klucz do sukcesu. I tak, jak kiedyś Rocky, tak teraz on odpowiada na pytanie o fascynację boksem w jego wielkoekranowym, epickim wydaniu. Wytrwałość, dyscyplina, dążenie do celu wbrew wszystkim przeciwnościom losu, nie tracenie nadziei/ducha, w końcu pokonywanie własnych słabości – kto łaknie tego w kinie, powinien wyjść z seansu podbudowany. Do arcydzieła daleko, ale to wystarczająco solidna, potrafiąca pobudzić do życia rundka… przepraszam, rolka filmu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane