Biografie ludzi filmu

ED WOOD. Najgorszy reżyser wszech czasów?

Czasami można naprawdę odnieść wrażenie, że ten amerykański filmowiec nigdy nie umarł i ciągle tworzy nowe filmy.

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorem artykułu jest Maciej Olech „Lawrence”

„Nie jestem nowym Edem Woodem!” – wręcz krzyczał w jednym z wywiadów Uwe Boll, znany przede wszystkim z niezbyt udanych adaptacji gier komputerowych. Tym samym niemiecki reżyser dał jasno do zrozumienia, że porównywanie go z „najgorszym reżyserem wszech czasów” jest więcej niż obraźliwe. Czy rzeczywiście można nazywać Uwe Bolla nowym albo kolejnym Edem Woodem? Na pewno można krytykować filmy Bolla, z których spora część jest po prostu zła. Ciekawe jednak, że w tej krytyce bardzo często pojawia się imię i nazwisko już dawno nieżyjącego Edwarda D. Wooda Jr. Ten amerykański reżyser już od lat jest synonimem złych produkcji filmowych. I tak też Uwe Boll ze swoimi nieudolnymi adaptacjami gier komputerowych naturalnie musiał zostać ochrzczony „nowym Edem Woodem”. Tak samo, jak często złe filmy określamy po prostu jako „w stylu Eda Wooda”, albo „zupełnie jakby Ed Wood stał za kamerą” itd. I choć sam Edward D. Wood Jr. nie żyje już od ponad trzydziestu lat, to ciągle szukamy i znajdujemy jego następców oraz jego kolejne filmy. Wystarczy być niezbyt zdolnym reżyserem, albo nakręcić bardzo zły film, aby stać się reinkarnacją Eda Wooda. Tak samo jak wystarczy nakręcić zły, nawet bardzo zły film, aby od razu dostał on plakietkę „made by Ed Wood”. Czasami można naprawdę odnieść wrażenie, że ten amerykański filmowiec nigdy nie umarł i ciągle tworzy nowe filmy.

Czy jednak wszystko, co złe w filmach, zaczynając od reżyserii, poprzez prowadzenie aktorów, scenografię, a kończąc na postprodukcji, należy od razu utożsamiać z Edem Woodem? Łatwość, z jaką te porównania padają, pozwala czasami naprawdę poważnie zastanowić się, czy rzeczywiście Edward D. Wood Jr. był aż tak złym reżyserem, jak się go przedstawia? Czy rzeczywiście zasłużył i zasługuje dalej, aby tytułować go „najgorszym reżyserem wszech czasów”?  Czasami można też się poważnie zastanowić, czy taka postać  w ogóle istniała? Czy inicjały „Ed Wood” podobnie jak „Alan Smithee” nie oznaczają po prosu filmowca, który jest tak niezadowolony ze swego dzieła, że nie chce ujawnić swego prawdziwego imienia i nazwiska?

Oczywiście Edward Davis Wood Junior naprawdę żył i nie jest żadną postacią fikcyjną, choć czasami można odnieść takie wrażenie. Jego krótka kariera przypada przede wszystkim na lata 50., kiedy to jako producent, reżyser, scenarzysta i aktor w jednej osobie tworzył swoje niskobudżetowe i niezależne filmy, głównie horrory i science fiction. Jego „prawdziwa kariera i sława”, jeśli tak to można nazwać, zaczęła się dwa lata po jego śmierci, kiedy bracia i recenzenci filmowi Michael i Harry Medvedowie „uhonorowali go” w swej książce „Nagrodą Złotego Indyka” dla najgorszego reżysera wszech czasów.

Z czasem i wraz z nowymi książkami i publikacjami Edward D. Wood Jr. stawał się coraz bardziej popularny. Sporą rolę odegrał też biograficzny film Tima Burtona pt. „Ed Wood”, który, między innymi dzięki rewelacyjnej tytułowej roli Johnny’ego Deppa, jeszcze bardziej przyczynił się do powstania kultu Eda Wooda, jak i fascynacji tym ekscentrycznym filmowcem oraz jego „dziełami”. „Glen lub Glenda”, „Narzeczona Potwora” i przede wszystkim „Plan 9 z kosmosu”. Najważniejsze filmy Wooda, niegdyś niechciane przez hollywoodzkich producentów i zapomniane, są teraz obiektami kultu i mało który miłośnik kina ich nie zna. „Filmy tak złe, że aż dobre”, „najgorszego reżysera wszech czasów”, już te opisy, plus film Burtona sprawiają , że chcemy się zapoznać z filmografią Wooda. Jest to osobliwa fascynacja kiczem i tandetą. Tylko często ta fascynacja kończy się właśnie na filmografii Wooda i tych trzech wyżej wymienionych tytułach. Zapominamy o innych złych, okropnych, tandetnych filmach i niezbyt utalentowanych twórcach. Nie zastanawiamy się, jakie reżyser miał warunki do pracy, ekipę, finanse i inne rzeczy potrzebne do kręcenia filmów. Oczywiście szaleństwem i rzeczą wręcz niewykonalną byłoby udowodnienie, że Edward D. Wood Jr. tak naprawdę był dobrym reżyserem, tylko nikt nie był w stanie tego dostrzec. Wystarczy obejrzeć jego filmy i już cała ta teza leży w gruzach. Mimo wszystko każdy zasługuje na obronę, nawet najgorszy reżyser wszech czasów.

Jak już zostało wspomniane, celem tej obrony nie jest udowodnienie, że Edward D. Wood Jr. był dobrym reżyserem. Chodzi bardziej o zrozumienie i wytłumaczenie, dlaczego jego filmy są takie złe i czy mogły być lepsze? Chodzi też zadanie sobie pytania czy tytuł „najgorszego z najgorszych” jest rzeczywiście słuszny i czy w historii kina nie ma więcej perełek na miarę „Planu 9 z kosmosu”, których twórcy nie cieszą się aż taką „sławą” jak Wood?

Najmocniejszym argumentem na obronę Wooda jest ten, którego do dzisiaj chętnie używają filmowcy, szczególnie ci z nad Wisły – niski budżet, brak odpowiednich finansów.

Największą bolączką Wooda był po prostu brak pieniędzy, co zresztą w końcu zaważyło na upadku jego filmowej kariery. Mimo że ekscentryczny filmowiec miał wielki zapał do kręcenia filmów i głowę pełną pomysłów na nowe tytuły, to jednak nigdy nie mógł liczyć na odpowiedni zastrzyk gotówki, aby móc realizować swoje marzenia. Oglądając filmy naśmiewamy się szczególnie z ich tandetnego wykonania. W „Narzeczonej Potwora” od razu rzuca się w oczy chwiejąca się scenografia czy też sztucznie wyglądająca ośmiornica. „Plan 9 z kosmosu” ma więcej takich kwiatków, jak chociażby nagrobki na cmentarzu, które ruszają się, gdy tylko któryś z aktorów je lekko dotknie. Nie wspominając już o drewnianym kokpicie samolotu, z dziwnie wyglądającymi sterami i widocznym cieniem mikrofonu, jak również o rzucających (w kosmosie) cień statkach kosmicznych, zawieszonych na widocznych sznurkach.

Takich przykładów w produkcjach Wooda można doszukiwać się w nieskończoność. I wiadomo, fajnie dostrzegać takie wpadki, zwłaszcza jeżeli są aż tak widoczne, ale akurat w przypadku tego filmowca nie zawsze są one uzasadnione jakimś niechlujstwem reżysera. Można wręcz powiedzieć, że Eda Wooda po prostu nie stać było na kręcenie dobrze wyglądających filmów. Mały budżet sprawiał, że Amerykanin nie mógł sobie pozwolić na wystawne dekoracje, świetne efekty, o czymś takim jak duble nie wspominając. Niski budżet, jak i spore koszty za wynajem sprzętu i studia, nieraz zmuszały Wooda do narzucania zawrotnego tempa pracy.   Tym samym nie mógł sobie pozwolić na zbyt duże zużywanie taśmy filmowej, dlatego do większości scen używał jak najmniej ujęć. Korygował tylko te ujęcia, na których wpadki, błędy i gafy aktorskie były najbardziej widoczne. Nie mógł sobie pozwolić i nie miał czasu na korektę „drobnych” błędów. Dzięki takiej pracy był w stanie nakręcić kilkadziesiąt scen na dobę, co naturalnie odbijało się na ich jakości. I to ona jest najczęstszym obiektem kpin. Zważywszy na to, jak małym dysponował budżetem, i tak należy mu się swoisty szacunek, że jakoś te filmy udawało mu się nakręcić.

Naśmiewając się z filmów Edward D. Wooda Jr. często zapominamy, w jakich latach one powstały i patrzymy na nie przez pryzmat dzisiejszej kinematografii. A gdyby tak dokładniej się przyjrzeć „Narzeczonej Potwora” (rocznik 1955), czy „Planowi 9 z Kosmosu” (1959), to, przynajmniej pod względem fabuły, nie odbiegałyby one zbytnio od większości horrorów i filmów science fiction, jakie w tamtym okresie  powstawały.  Lata 50. i 60. w amerykańskiej kinematografii to nie tylko tzw. „srebrne lata Hollywood” oraz „brązowe lata Hollywood”, kiedy to swe największe filmy kręciły takie sławy jak Alfred Hitchcock, Elia Kazan czy później Sam Peckinpah lub Roman Polański, ale to także okres istnego boomu na horrory i filmy science fiction klasy B. Ciągłe zagrożenie wojną atomową czy też strach przed inwazją Sowietów sprawiły, że filmowcy szybko podchwycili temat, kręcąc całą masę filmów o zmutowanych, radioaktywnych potworach i inwazjach kosmitów, najczęściej z Marsa, czyli „czerwonej” planety. Do tego sukcesy komercyjne chociażby takich filmów jak „The Blob” czy też „The Thing From Another World” (zremakowane później przez Johna Carpentera jako słynne „The Thing”/„Coś”), dobitnie pokazały, że jest popyt na takie filmy, szczególnie wśród młodszej widowni. Nic więc dziwnego, że i Ed Wood postanowił podążyć tym nurtem. I naprawdę – analizując te filmy, łączące ze sobą takie gatunki jak horror i science fiction, których w tym okresie powstało naprawdę dużo, można dojść do wniosku, że Wood miał sporą konkurencję, jeżeli chodzi o tytuł najgorszego reżysera wszech czasów.

610413

attack-of-the-giant-leeches-poster

maxresdefault

Duży popyt na filmy grozy sprawił, że kręcono je wręcz masowo, co odbijało się naturalnie na ich jakości. Filmowcy byli nękani brakiem czasu na dopracowanie swoich „dzieł”. Doliczając do tego braki finansowe i niewystarczająco rozwiniętą technikę efektów specjalnych okazywało się, że takich tandetnie wyglądających koszmarków, jakie serwował Edward D. Wood Jr., powstało w tym okresie naprawdę wiele. Poza tym sam gatunek dawał twórcom spore pole do popisu, jeżeli chodzi o najbardziej wydumane i wymyślne fabuły. Owocowało to tym, że filmowcy dawali popis swojej wyobraźni, tworząc takie „wiekopomne dzieła”, jak chociażby „Attack of the Giant Leeches” (1959), czyli, jak sam tytuł wskazuje, film o ataku gigantycznych pijawek, czy też „Brain From Planet Arous” (1957),  gdzie ludzie muszą się zmierzyć z latającym morderczym mózgiem o imieniu Gor.

cat-women-of-the-moon-1953-publicity-still-1024x577

Takich przykładów można wymienić sporo. Zresztą sam mistrz i prekursor kina klasy B, Roger Corman, stworzył w tym czasie całą masę filmów o najróżniejszych potworach i kosmitach, jak chociażby „Atak potwornych krabów” (1957) czy też „Bestia o milionie oczu” (1956). Lista równie oryginalnych, co absurdalnych i z dzisiejszego punktu widzenia śmiesznych filmów, jest naprawdę długa. I produkcje Eda Wooda doskonale się w tę listę wpisują. I trudno powiedzieć, aby się jakoś szczególnie od innych odróżniały. Szczególnie fabułą, a czasami nawet wykonaniem. Bo czy jest jakaś różnica absurdu między kosmitami zamieniającymi umarłych w zombie z „Planu 9 z Kosmosu”, a księżycem zamieszkanym przez atrakcyjne kobiety w czarnych obcisłych strojach w „Cat-Women of the Moon” (1953)?

Dziś pewnie niewiele osób kojarzy, kim jest Phil Tucker. Za to jego film „Przybysz z Kosmosu” /  „Robot Monster” (1953)  o kosmicie wyglądającym jak goryl z hełmem do nurkowania z antenatkami na głowie, kojarzy pewnie większość. Film ten zresztą często wymieniany jest razem z „Planem 9 z Kosmosu” jako jeden z najgorszych filmów w historii kina. I choć „Robot Monster”, na swój sposób, jest kultowy i naprawdę zły, to jednak jego twórcę ominął zaszczyt bycia „najgorszym reżyserem wszech czasów”. Może dlatego, że Tucker po klęsce „Przybysza z Kosmosu” pozbierał się i kontynuował pracę w Hollywood jako niezły montażysta. Trudno wspomnieć jakieś ciekawe anegdoty związane z produkcją jego filmów czy też z nim samym. Może pomijając tę do dzisiaj krążącą plotkę, że po miażdżącej krytyce „Przybysza z Kosmosu” próbował popełnić samobójstwo.

robot_monster_02

To właśnie Edward D. Wood Jr. i jego filmy stały się symbolem, wręcz synonimem złego kina. Po nieco głębszej analizie to może dziwić, gdyż, jak widać – przynajmniej jeżeli chodzi o tematykę filmów – nie był on jakimś odmieńcem. Lata 50. i 60. to złoty wiek dla filmów klasy B i Wood doskonale się w ten okres wpisuje. Ale to właśnie on został wyróżniony. Czy do końca słusznie? Pewnie na to pytanie nigdy nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi.

Bez wątpienia Ed Wood był osobą wyjątkową.

I nie chodzi tutaj wyłącznie o jego ekscentryczne zachowania, jak ubieranie się w damskie ciuszki. Jego wielka pasja i chęć kręcenia filmów, mimo braku odpowiednich finansów i talentu, może być godna podziwu. I pewnie te wszystkie elementy, ekscentryczne skłonności, ciekawe, choć krótkie życie, interesujące anegdoty związane z kręceniem jego filmów, jak i sama ich jakość plus wszelkiego rodzaju publikacje, rankingi oraz oczywiście film Tima Burtona przyczyniły się do powstania fenomenu Eda Wooda. Jedno jest pewne, wiele złych produkcji z okresu, w którym tworzył Wood, a było ich naprawdę sporo, szybko popadło w zapomnienie, podobnie jak ich twórcy. Zaś on sam i jego filmy pamięta się do tej pory i jego specyficzna pośmiertna sława nie przygasa. I choć zapewne nie na takiej sławie mu zależało, przynajmniej jego filmy są przez ludzi oglądane. Inaczej niż za jego życia, gdy nikt się nimi nie interesował. I to jest największe osiągnięcie najgorszego reżysera wszech czasów.

Tekst z archiwum film.org.pl (2012)

Ostatnio dodane