Bronson (krótka piłka) | FILM.ORG.PL

Bronson (krótka piłka)








krótka piłka
29.08.2012


Kontynuujemy tematykę więzienną. Tym razem Krótka Piłka o filmie Nicolasa Windinga Refna pt. „Bronson”. Film na pewno oryginalny w formie i treści, z rodzynkiem w postaci roli Toma Hardy’ego, który rolą Charliego Bronsona udowodnił światu jak wielkim aktorem jest. Rola Bane’a w „Mroczny Rycerz Powstaje” została oceniona dobrze i to z niej jest Hardy najbardziej znany. Nie zapominajmy jednak o roli sprzed 4 lat – dla Hardy’ego przełomowej i dotychczas, pod względem jakości, nie przebitej żadną superprodukcją, w której wziął udział. 

Tytuł: BRONSON

Rok produkcji: 2008

Reżyseria: Nicolas Winding Refn

Scenariusz: Brock Norman Brock , Nicolas Winding Refn

Zdjęcia: Larry Smith

Występują: Tom Hardy, Kelly Adams, Kathy Barker

Nawrocki:

Film o facecie, który ponad 30 lat siedział w pierdlu, z czego większość w izolatce. Film pokazuje kilka epizodów z jego niecodziennego życia. Nie ma tutaj może błyskotliwych dialogów, czy mega scen zapadających w pamięć. Fabuła jest poszatkowana i niezbyt spójna, mimo to udało się Refnowi przekazać to, co najważniejsze o Bronsonie: motywacje, charakter, talenty i zwichrowaną psychę. Portret gościa, który nie do końca potrafi się przystosować. Który nie może usiedzieć krótkiej chwili na dupie, bo cały czas go nosi.

Oczywiście, ogromna w tym zasługa geniusza, jakim jest Tom Hardy. Myślałem, że będzie tak samo bezbarwny, jak w „Incepcji”, a tu niespodzianka: facet gra nie stosując hamulców, ma znakomitą mimikę i charyzmę. Potrafił nadać postaci Bronsona nieco ludzkich cech, z drugiej strony idealnie ukazując jego szaleństwo. Mocarna rola.

desjudi:

Wystarczy jedna rola i już można przejść do historii. Tom Hardy w roli Bronsona to kreacja wybitna i basta. Jakościowo zbliżona do Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem” czy Malcolma McDowella w „Mechanicznej pomarańczy”. Te dwa filmy to zresztą dobry trop kojarzenia filmu Windiga Refna, bo pierwszy z nich to przede wszystkich niczym nie skrępowana aktorska szarża głównego bohatera, a drugi to szaleństwo, któremu nadano niezwykłą formę. I „Bronson” łączy kapitalną, historyczną wręcz główną rolę z surrealistycznymi wizjami – wszystko to ze sobą idealnie współgra, uzupełnia się, zaskakuje, intryguje. Dosłownie pokazana brutalność miesza się z równie dosłowną poezją – Bronson w monologach na scenie teatralnej to majstersztyk reżyserii, w której tak samo jak rzemiosło (tutaj opanowane wzorowo) liczy się pomysł na inscenizację historii niezwykłej postaci.

Vast:

-I gave you fucking magic in there!

-Magic? You just pissed on a gypsy in the middle of fucking nowhere.

W zasadzie taki dialog może podsumować życie Michaela Petersona, znanego bardziej jako Charles „Charlie” Bronson – najdroższego i najbardziej znanego więźnia Wielkiej Brytanii… Och, zapomniałem dodać, że też najbrutalniejszego.

Film opowiada historię – prawdziwą – pewnego psychola, który za wszelką cenę próbuje zdobyć „więzienną” sławę poprzez przeróżne akty przemocy. W dosyć surrealistyczny sposób zatapiamy się w popapranym świecie Michaela, który pobyt w więzieniu traktuje jak „wypoczynek w 6-cio gwiazdkowym hotelu”. Michael, podczas pobytu w izolatce (mniej więcej 30 lat z małymi przerwami !!!), wytwarza swoje alter ego – Charlesa Bronsona.

I tu dochodzimy do sedna: Tom Hardy. W zasadzie film opiera się wyłącznie na nim. Miał naprawdę ciężki orzech do zgryzienia i powiem tyle: ten koleś zwalił mnie z nóg. Jego rola jest po prostu majstersztykiem, sceny „teatralne” powalają. Wczuł się w rolę perfekcyjnie. Ciekawe, co by się stało, gdyby do roli dorwał się Statham, który był prawie pewniakiem – film by na pewno dużo stracił. Na szczęście plany się zmieniły. Na brawa zasługuje również praca kamery oraz świetne kadrowanie poszczególnych ujęć wewnątrz więzienia/więzień. Polecam bardzo gorąco.

ps. Premiera filmu miała miejsce dwa dni po przesłuchaniu Bronsona o zwolnienie warunkowe :)

John Berebere:

Jeśli dodać do tego, że uważa się on za działacza na rzecz praw uwięzionych, to film jakby zupełnie nie o nim i jako biografia sprawdza się raczej średnio. Całkiem nieźle zaś sprawdza się jako kino surrealistyczne. Może na rzecz filmu świadczy fakt, że oglądałem go z zainteresowaniem i nawet chciało mi się w te wszystkie surrealistyczne zajawki myśl angażować. Właściwie nie wiem, co napisać, bo zarówno co do tego filmu, jak i twórczości Refna żywię mieszane uczucia. Refn widać od początku kombinuje i szuka własnego stylu, ale co z tego tak naprawdę wychodzi i czy to jakiś określony styl – mam co do tego wątpliwości. Najpierw trzy „Pushery”, hiperrealistyczne ‚kino gangsterskie’ zrealizowane niemal w duchu Dogmy, dobre, choć nie rewelacyjne w pierwszej odsłonie, w dwóch następnych już mniej. W międzyczasie spotkanie z ZAJEBISTYM operatorem i pierwszy dziwny i wizualnie rozpasany film, czyli „Fear X”. Ale wracając do „Bronsona”. Wymiata nie tylko Tom Hardy, ale też Larry Smith w roli operatora. Obraz po prostu „pływa” i choćby z tego względu warto się z tym tytułem zapoznać. Gdyby nie ci dwaj panowie, nie wiem czy „Bronson” byłby filmem udanym. Znaczy dla mnie osobiście scenariusz również ma jako taki sens, jeśli w kategoriach sensu można w ogóle mówić o kinie surrealistycznym. Chyba tylko w sensie odbioru stricte osobistego.

Reasumując: jest mocno surrealistycznie i komicznie też. Taka opowiastka o kolesiu, który posiadał wielką, ale bliżej nieukierunkowaną ambicję (a może ukierunkowaną przeciwlegle do tego, co się uważa za „społecznie akceptowane normy”). W kontekście powyższego, scena, w której Bronson porwał więziennego bibliotekarza i w trakcie negocjacji z władzami więzienia nastąpiła sytuacja patowa, dosłownie mnie rozwaliła i pokulałem się ze śmiechu:

– To koniec.

– Co zrobisz?

– Co zrobię? Nasmaruję się farbą.

Karaluch:

No proszę, nie spodziewałem się, że Peterson ma w ogóle jakieś życie. Filmowy Bronson wygląda jako koleś napędzany wyłącznie przez czyste id. Koleś, który faktycznie nie bardzo umiał znaleźć sobie miejsce w codziennym kieracie, więc zaczął wszystkich napierd*lać, a jak już poszedł do więzienia to… dalej wszystkich napier*lał. Coś nieprawdopodobnego. Oglądanie tego filmu przypomniało mi znane powiedzonko Nietzschego o otchłani, która zaczyna się wgapiać w ciebie. Znaczy, we mnie.  Moje odczucia przy oglądaniu były mniej więcej takie: „hahaha, WTF? hahaha, WTF? hahaha itd”. Kompletnie rozwaliła mnie scenka w klinice psychiatrycznej – jest oto dyskoteka dla pensjonariuszy, gra Pet Shop Boys, wszyscy mało rytmicznie podrygują do muzy. Za to Bronson, słaniając się wpływem uspakajaczy, zbliża się do wyjścia. Pilnujący sanitariusz ruchem ręki nakazuje mu wrócić do tańczących szaleńców. Ten jednak siada, zaczyna szlochać i wreszcie wyć. Cholernie celne, bo co może zrobić gość, który nie chce tańczyć z resztą pensjonariuszy, a nie należy do pilnujących tego majdanu?

Do dziś nie wiem, co sądzić o bohaterze. Może był poje*em, które swoje poje*anie mistrzowsko wycyzelował i zrobił zasadą życia? Refn pięknie to obmyślił, L. Smith cudownie pokazał, a Hardy tak zagrał, że mała bania. Dawno już nie widziałem tak zaangażowanego w rolę aktora.

Mental:

Postać Bronsona to jest jakaś masakra. Koleś idzie do paki, napie*ala wszystkich, przenoszą go, znowu napie*ala, zamykają u czubków, szprycują, on znowu napie*ala, a na końcu zwalniają na mocy królewskiego edyktu. Otwierają się drzwi i ZAWSZE WALKA się rozpoczyna – to mnie dobiło :) Fantastyczna rola Hardy’ego: teatr jednego aktora, karnawał jednego klowna. Film w klimatach jakiegoś niskonakładowego eksperymentu, ale kit z tym – tym razem mi się podobało. Nurtuje mnie jedno pytanie: kim był Bronson, którego zobaczyłem? Uwięzionym w ciele gladiatora dzieckiem a może rozumnym, kierującym się logiką gościem, który znalazł odmienny sposób na życie, zupełnie na przekór wszelakiemu rozumowaniu?

Mierzwiak:

Specyficzne kino, z gatunku tych które albo się kupuje, albo nie. Ja kupiłem, chociaż mam wątpliwości, czy taka akurat forma (coś na kształt mieszanki klimatów Lyncha i „Mechanicznej pomarańczy”) była odpowiednią do pokazania Bronsona, zwłaszcza, że z filmu wcale nie wynika, dlaczego jest najsłynniejszym więźniem w Wielkiej Brytanii. Nie żeby był potulnym barankiem, ale napieprzanie się ze strażnikami, jakkolwiek częste, to trochę mało. Z drugiej jednak strony nie wyobrażam sobie, by tradycyjna narracja była wystarczającą do ogarnięcia kogoś takiego, więc pójście w stronę groteski wydaje się więcej niż rozsądne. Hardy oczywiście kapitalny i to na nim trzyma się film.

Danus:

Mega film z genialną, wyśmienitą rolą Hardy’ego. To co robi ten koleś w tym filmie przechodzi najśmielsze oczekiwania kinomana. Mimika, gesty, mowa ciała, cały jego wygląd z kapitalnym wąsikiem to czysty geniusz. Oczywiście najlepsze sceny to te w szpitalu psychiatrycznym, niezwykłe, schizowane, z idealnie dobraną muzyką. Zresztą muzyka w tym filmie zasługuje na osobną pochwałę. Mistrzostwo, zwłaszcza piosenka z napisów końcowych („Digital Versicolor” Glass Candy). Od wczoraj Hardy to dla mnie jeden z najlepszych aktorów i na pewno pierwsza piątka aktorów mojego osobistego rankingu. Na uwagę oczywiście zasługują też sceny w teatrze i to w jaki sposób Bronson „zabawia” tam publiczność. Zresztą cały pomysł i wykonanie tego jest niesamowicie intrygujące, hipnotyzujące.

Latest posts by ForumKMF (see all)







  • Rafał Donica

    Kilkanaście miesięcy temu wyłączyłem „Bronsona” po 20 minutach – nie pasowała mi konwencja, brak fabuły i ciągłe gadanie do widzów… jakos to do mnie nie trafiło. Powtórny seans kilka tygodni temu to istne olsnienie, Tom Hardy na prezydenta, film-perełka!

  • Andriej

    Oj, coś co koniecznie muszę obejrzeć, szkoda że w naszym prostackim jankesofilskim bagienku nie jest w ogóle promowany… Dzięki, KMF!

  • Tak się zastanawiam, czy Karol Dionizy Buczyński wiedział o takim kolesiu…. :)

  • erebeuzet

    Tom genialny. Sam film niestety tylko „poprawny”.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Najlepsze filmy według najlepszych

Następny tekst

Niezniszczalni 2



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE