Recenzje
WSZYSTKIE NASZE STRACHY. Laurka dla Daniela Rycharskiego
Pozytywna recepcja filmu Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta świadczy o tym, że nadal polskie kino nie jest w stanie odważniej mówić o trudnej sytuacji osób LGBT w naszym kraju.
Zdobyta statuetka za najlepszy film na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni stała się glejtem potwierdzającym wysoką jakość Wszystkich naszych strachów. Zewsząd pojawiły się bardzo pozytywne reakcje, sugerowano, że nareszcie coś na naszym rodzimym poletku drgnęło, skoro „taka” (w domyśle – o geju katoliku) produkcja otrzymała prestiżową nagrodę. Nikomu konkretnemu tego nie zarzucam, aczkolwiek mam wrażenie, że w dyskusji o omawianym tytule, tak jak zresztą przy okazji wielu premier o podobnej tematyce, dochodzi do pomieszania dwóch niezależnych od siebie płaszczyzn.
Pierwsza dotyczy tematu podjętego przez twórców stojących za tym dziełem. Nie ulega wątpliwości, że na początku trzeciej dekady XXI wieku, za sprawą polityki wdzierającej się w każdy kąt życia prywatnego, narracja o osobach nieheteronormatywnych uległa dramatycznej barbaryzacji. Pominąwszy wiadomy cytat o ideologii, można byłoby w tym miejscu przytoczyć wiele agresywnych wypowiedzi o ludziach, którzy chcieliby w Polsce po prostu zwyczajnie funkcjonować – bez wytykania palcami, bez życia w cieniu sugestii, że jest się pedofilem, bez bycia traktowanym jako „freak”.
W tym kontekście
Abstrahując od powyżej wskazanej „egzotyki”, wszak większość kościelnych hierarchów nie jest, mówiąc eufemistycznie, pozytywnie nastawiona do kwestii homoseksualizmu, Wszystkie nasze strachy składają się z doskonale znanych scenariuszowych klocków, które zostały poukładane w bardzo grzeczny, przewidywalny sposób. Oto Daniel Rycharski (Dawid Ogrodnik) jest małomiasteczkowym artystą oraz aktywistą, regularnie uczęszczającym na msze w lokalnej parafii oraz na protesty w obronie tamtejszych rolników.
Z mężczyzną, do którego pała sympatią, musi spotykać się po kryjomu, żeby nikt nie zauważył ich w dwuznacznej sytuacji. Niby sąsiedzi wiedzą o tym, że jest gejem, ale głośno się o tym nie mówi – „toleruje się” jego „przypadłość”, dopóki się z tym nie obnosi.
Punktem zwrotnym opowieści jest samobójcza śmierć Jagody (Agata Łabno), zaszczutej przez rówieśników przyjaciółki Daniela. Młodość, niewinność i uczucie do kobiety w zderzeniu z rzeczywistością (a raczej jej ciemnym awersem w postaci homofobicznej społeczności) stały się dla niej brzemieniem nie do udźwignięcia. W obliczu tej tragedii protagonista postanawia przeprowadzić drogę krzyżową w intencji zmarłej, gdyż widzi w jej historii oblicze Chrystusa niosącego swój krzyż za grzechy całego świata. Daniel bierze na siebie odpowiedzialność za śmierć Jagody, obwinia się za to, że nie dostrzegł jej cierpienia, a jednocześnie próbuje w jej katach wzbudzić choćby odrobinę współczucia.
Moralizatorstwo Wszystkich naszych strachów jest nie do zniesienia. Rozumiem, że w filmie poruszane są również elementy związane z wiarą katolicką, ale czy w związku z tym w soundtracku muszą pojawiać się głównie podniosłe utwory podnoszące i tak już wysoko zawieszoną poprzeczkę patosu? Ot, drobny epizod w postaci bohatera w klubie dla queerowych osób, gdzie w świetle neonów rozbrzmiewa Jezioro szczęścia zespołu BAJM, świadczy o tym, że narrację można było poprowadzić w zupełnie innym kierunku.
Z dala od metafizycznych uniesień à la Terrence Malick. Z pewnym dystansem traktując religijne wątpliwości znane z twórczości Dreyera lub Bergmana. Podejmowanie trudnego tematu bowiem nie determinuje tego, w jaki sposób się go podejmuje. Wydaje się, że autorzy wyszli z założenia, że skoro wśród wielu mieszkańców Polski panują homofobiczne nastroje, to wprowadzenie niejednoznaczności tylko naruszyłoby słuszny wydźwięk filmu. Tworzenie książek lub filmów biograficznych na temat żyjących ludzi jest bardzo ryzykowne, zwłaszcza gdy twórcy szczerze lubią postać, o której tworzą dzieło sztuki. Oczywiście nie należy traktować
Może jednak jest tak, że nad filmem ciąży obecność bohatera filmu – Daniela Rycharskiego.
Ów brak człowieczeństwa w postawie bohatera jest wręcz szokujący. Doznaje wielu ciosów ze strony lokalnej społeczności, a on tylko nadstawia drugi policzek i nie próbuje w jakikolwiek sposób wytłumaczyć swojego postępowania (patrz: konferencja prasowa z okazji jego warszawskiej wystawy). Nie domagam się od Rondudy i spółki, że nagle zrobią z Rycharskiego anioła zemsty, niemniej jednak w swojej apoteozie postawy „nadstawiania drugiego policzka”, zwłaszcza w kontekście polityki uprawianej przez PiS, poszli stanowczo za daleko. Złość reprezentuje w tym filmie babcia Daniela (fantastyczna Maria Maj), dzięki której od razu człowiek czuje, że na ekranie pojawia się prawdziwe życie.
Można być dobrym człowiekiem, jednocześnie przepełnionym furią z powodu przyjmowanych obelg. Tymczasem cały scenariusz
Z tego względu film Łukasza Rondudy znakomicie wpisuje się w nurt polskich opowieści o emancypacji osób LGBT. Nadal nasze kino tkwi w queerowej martyrologii i nie potrafi przeskoczyć tego etapu, by przejść do historii, w których gej czy lesbijka są bohaterami nienaznaczonymi traumą związaną z konsekwencjami coming outu. Jeszcze raz powtórzę – rozumiem ważkość zagadnienia i klimat polityczny, w jakim ta produkcja powstała, niemniej jednak z perspektywy artystycznej (nie moich prywatnych poglądów) jest to kolejny przykład narracyjnego kręcenia się w kółko.
