search
REKLAMA
Recenzje filmów, publicystyka filmowa polska, nowości kinowe

Wieczór panieński

Filip Jalowski

14 września 2012

REKLAMA

Kilkanaście lat temu na ekranach polskich kin pojawił się „Kiler” Machulskiego. Bilety rozeszły się z kas tak szybko, jak świeże bułeczki z przyosiedlowych piekarni, a że kury, która znosi złote jaja zabijać zbyt szybko nie należy, to przez kolejne kilka wiosen nadwiślańskie komedie opowiadały jedynie o nieudolnych gangsterach. Monopol przełamało „Nigdy w życiu”, którego premierę odpokutowujemy po dziś dzień – zamiast mafiosów w salach projekcyjnych zaczęły dominować warszawskie apartamenty, domki na wsi urządzone w stylu „wintydż” i sercowe rozterki bohaterów, którzy niezależnie od wieku zachowują się jakby mieli po czternaście lat i przeżywali pierwsze poważne zauroczenie kolegą/koleżanką zauważoną na szkolnym korytarzu. Zdawać by się mogło, że tego typu monotematyczność jest bolączką jedynie polskiego – niezbyt wielkiego, a zatem i bardziej skorego do wykorzystywania finansowo sprawdzonych schematów – rynku. A jednak, nic bardziej mylnego. „Wieczór panieński” Leslye Headland jest doskonałym przykładem na to, że dużo bogatsi i produkujący zdecydowanie więcej filmów jankescy przyjaciele również lubują się w podobnych praktykach. Amerykańskim odpowiednikiem „Kilera”, czy też „Nigdy w życiu” jest „Kac Vegas”.

Film o czterech facetach, którzy upijają się w trupa w trakcie wieczoru kawalerskiego zapoczątkował modę na tzw. „weeding disaster movies”, czyli komedie oscylujące wokół tematyki przyszłego ożenku, czy też zamążpójścia jednego z bohaterów/bohaterek. Sama ceremonia obowiązkowo poprzedzona być musi ciągiem katastrof, które zdecydowanie oddalają od postaci wizję sielankowego ślubu wśród świeżych kwiatów i białych gołębi. „Wieczór panieński”, na swoje nieszczęście, idealnie wpisuje się w ten schemat, nawet zbytnio nie siląc się na jakąkolwiek oryginalność.

Bohaterki filmu Headland nie pojedynkują się wprawdzie z Tysonem i nie kradną tygrysów, lecz z chęcią popijają alkohol i raczą się nieco mocniejszymi i zdecydowanie mniej legalnymi używkami. Ślub koleżanki, która w czasie lat szkolnych uchodziła za skończoną niezdarę i anty-miss piękności staje się okazją do spotkania po latach i podsumowania czasu, który upłynął od otrzymania dyplomu. Odmienne stany świadomości, jak powszechnie wiadomo, sprzyjają uzewnętrznieniu skrywanych emocji, dlatego z radością oczekiwany wieczór panieński zmienia się w towarzyską katastrofę, a film w mało przekonującą i do bólu szablonową opowiastkę o naprawianiu błędów i rozpoczynaniu życia od nowa. Oczywiście w dalszym ciągu całość utrzymana jest w stylistyce komediowej, czy też „romantyczno komediowej”, co nie rozwiązuje jednak jednego poważnego problemu – jest wręcz dołująco nudno, zupełnie nie śmiesznie. 

Ogólnie rzecz biorąc „Wieczór panieński” jest zupełnie niepotrzebną i nieudaną kopią skądinąd niezłych „Druhen” Paula Feiga, czyli filmu reklamowanego jako „damska odpowiedź na Kac Vegas”. W obu przypadkach nieco sentymentalna i w gruncie rzeczy infantylna opowieść o życiu i relacjach przyjaciółek ma zostać ożywiona dzięki kilku soczystym inwektywom oraz żartom o męskim przyrodzeniu. U Pana od „Druhen” rzecz się udaje, czuć w tym wszystkim „szczyptę Judda Apatowa”, nawet jeżeli jego nazwisko na liście producentów ma działać jedynie jako marketingowy wabik. Pani od „Wieczoru panieńskiego” jedynie rozcieńcza to, co już w swej esencjonalnej wersji było zaledwie dobre, wychodzi niezdatna do picia lura, czy też słynna peerelowska „doleweczka”, którą z pierwszym zaparzeniem łączy jedynie ta sama musztardówka. 

REKLAMA