search
REKLAMA
Recenzje

THE GRUDGE: KLĄTWA. Powtórka z rozrywki

Krzysztof Walecki

4 stycznia 2020

REKLAMA

Japońskie kino grozy było sporym światowym wydarzeniem na początku poprzedniego dziesięciolecia, po czym moda na j-horror zwyczajnie przeminęła. Wcześniej jednak Amerykanie zrimejkowali, co tylko się dało, a trzy lata temu – po dekadzie ciszy – próbowali reaktywować amerykański cykl Kręgu. Idiotyczny Rings jednak nikogo nie zainteresował, ale Hollywood chyba nie nauczyło się na tym błędzie. The Grudge: Klątwa, praktycznie remake remake’u klasycznego już Ju-On, wchodzi właśnie do kin, a wiele osób może zadać sobie pytanie po co i dla kogo. I nie bezzasadna będzie to reakcja, gdyż nowa wersja w reżyserii Nicolasa Pescego jest właściwie powtórką z rozrywki, choć w paru miejscach sugerującą zupełnie inny film, niż można było się spodziewać.

Fabuła obraca się wokół tytułowej klątwy, która zawsze jest wynikiem gwałtownej śmierci. Zamordowani nieszczęśnicy straszą jako duchy, a miejsce zbrodni staje się pułapką dla żywych – ktokolwiek przekroczy próg nawiedzonego domostwa (tym razem znajdującego się na amerykańskiej ziemi), ten nie ucieknie przed nadnaturalnym zagrożeniem (tym razem w formie nie bladolicych japońskich straszydeł, a zombie-podobnych upiorów). W najnowszym filmie makabryczne znalezisko zwłok w samochodzie prowadzi detektyw Muldoon do domu, w którym dwa lata wcześniej zginęła cała rodzina. Na miejscu policjantka natrafia na jeszcze inne ciało oraz kobietę bez palców, a wkrótce zaczyna widzieć i słyszeć coraz to bardziej przerażające, nierzeczywiste rzeczy.

Aby wyjaśnić, co z nową Klątwą jest nie tak, należy cofnąć się do japońskiego oryginału. Nakręcone przez Takashiego Shimizu dwie pierwsze części Ju-On były filmami z bezpośrednim przeznaczeniem na rynek video, w swej fakturze obrazu dziełami mało atrakcyjnymi, ale efektywnie straszącymi. To ostatnie brało się z epizodycznej, nielinearnej i wręcz afabularnej formy – reżyser nakręcił horror złożony wyłącznie ze scen, które kończyły się przerażającą puentą. Linia fabularna wyłaniała się w trakcie seansu, ale nie historia była ważna, a terror i groza, często wynikające z trudności w rozeznaniu się, jak poszczególne wydarzenia mają się do siebie. Czas sprawiał wrażenie nieistotnego, bohaterowie szybko ginęli, a jedyną stałą był nawiedzony dom.

20 lat później otrzymujemy zaś film, który ponownie wzoruje się na narracyjnej układance Shimizu, ale bez podobnych rezultatów. Głównie dlatego, że tajemnicę zamyka w ramy śledztwa głównej bohaterki, znakomicie zagranej przez Andreę Riseborough (Mandy), czyniąc całą intrygę zaskakująco sensowną, podczas gdy oryginał nigdy nie był taki hojny. W nowej wersji już na wstępie dowiadujemy się, kto zginął, zatem retrospekcje wydają się czysto informacyjne, potwierdzając to, co już wiemy. Kiedy śmierć w końcu nadchodzi, nie robi na nas żadnego wrażenia, bo jest oczekiwana. Oczywiście może szokować sam sposób, w jaki dochodzi do zgonów, ale poza jednym przypadkiem dostajemy zestaw ogranych chwytów i jump scare’ów. Te rzadko kiedy działają, choć film posiada cudownie złowieszczy nastrój grozy (potęgowany przez znakomite, mocno ziarniste i ciemne zdjęcia Zacka Gallera), który częściowo rekompensuje brak autentycznie przerażających scen. Mam jednak wrażenie, że dla wielu widzów może to być za mało.

Największy problem The Grudge: Klątwy wydaje się czysto techniczny – nie jest to horror, który straszy, a przynajmniej nie tak, jakbyśmy tego chcieli. Pesce nakręcił wcześniej czarno-białe Oczy matki, niepokojący film grozy o próbie pogodzenia potrzeby bliskości z okrucieństwem. Również jego czarna komedia Piercing skupiała się na sadomasochistycznej relacji dwójki ludzi. W obu tych dziełach nie brak było krwi i przemocy, a straszyć miały nie tyle obrazy, co psychika bohaterów, ich niepojęte działania. I oglądając nową Klątwę, czuć, że Pesce woli być bliżej swoich postaci, zanim ich na dobre wyeliminuje, ale jednocześnie schematyzm serii nie pozwala mu na uczynienie z nich ciekawych bohaterów. Skoro tak, to czemu zdecydował się na reżyserię tak skodyfikowanego horroru?

Na ratunek przychodzi jednak obsada złożona z wielu bardzo dobrych aktorów. Prym wiodą wspomniana Riseborough oraz Jacki Weaver w roli przytomnej, ale pechowej ekspertki od eutanazji. Sceny z jej udziałem wprowadzają odrobinę humoru do wyjątkowo posępnej stylistyki, będącej w zgodzie z oryginałem Shimizu. Stawkę uzupełniają Demián Bichir jako policjant, który aż za dobrze wie, aby nie wchodzić do feralnego domu, John Cho i Betty Gilpin jako para spodziewająca się dziecka oraz godzący się z własną śmiertelnością Lin Shaye i Frankie Faison. Jest też dawno nie widziany William Sadler w charakteryzacji à la maniakalny gliniarz, który dostępuje zaszczytu wypowiedzenia zwrotu „ju-on”. To zaskakujące widzieć tak dużo sprawdzonych aktorów w horrorze, a jeszcze bardziej niespodziewane jest to, jak dobrzy są w tym filmie.

Choćby dlatego trudno mi skreślić Klątwę A.D. 2020 – czuć w niej rękę kogoś, kto wie, jak operować nastrojem, prowadzić swoją obsadę, ale zmuszony trzymać się jasno określonych założeń cyklu, nie jest w stanie uczynić całości bardziej angażującej i straszniejszej. Zachodnia mentalność stara się nadać demonicznej intrydze pozór sensu, co dodatkowo działa przeciw horrorowi, choć w trakcie seansu pojawiło się coś, co zaprzątało mi głowę – pewne dwie aktorki wyglądają w tym filmie identycznie i przez długi czas zastanawiałem się, czy przypadkiem nie oglądam jednej postaci. Gdyby na tym zwrocie akcji Pesce zbudował swoją Klątwę, miałby dużo ciekawszą historię. A tak jest nieciekawie, ale z klasą.

Avatar

Krzysztof Walecki

REKLAMA