Recenzje
SZATAŃSKA ŻĄDZA. Gwałt i zemsta w Afryce
W filmie SZATAŃSKA ŻĄDZA brutalna zemsta splata się z kontrowersyjnym tematem, wywołując emocje i zaskakując swoją niskobudżetową realizacją.
Na okładce Demon Lust, w internecie Savage Encounter i nie jest to różnica wyłącznie kosmetyczna. Pod drugim z tych tytułów ukazała się wersja pełna, pierwszy nadano jej okrojonej na potrzeby amerykańskiego rynku wideo odsłonie, i taką wersję otrzymaliśmy także w Polsce.
Zmieniony tytuł może być nieco mylący i niefortunny – w obrazie Bernarda Buysa (jego jedynym zresztą) nie ma żadnych demonów, szatanów czy jakichkolwiek innych nadnaturalnych mocy. To typowy film zemsty utrzymany w duchu Pluję na twój grób, a nawet bardziej Nędznych psów z 1971 roku, aczkolwiek ma własną, eksploatacyjną tożsamość wywołującą jednocześnie obrzydzenie, śmiech, złość i zdziwienie, zarówno dzięki scenariuszowi, jak i jego niskobudżetowej realizacji.
Produkcje z gatunku rape and revenge z założenia muszą być okrutne, ponieważ w pierwszym akcie zawsze dochodzi do gwałtu – najobrzydliwszej zbrodni, jakiej można się dopuścić na drugim człowieku. Zaciekli przeciwnicy (a właściwie przeciwniczki) tego rodzaju historii zazwyczaj widzą w nich wyłącznie pochwałę kultury gwałtu, ale taki wniosek można wyciągnąć jedynie na podstawie opisów czy trailerów. Trzeci akt to brutalna zemsta, a tym samym wyraźny przekaz – nawet najbardziej zdeprawowanych zbrodniarzy musi dosięgnąć kara. Twórcy działający w ramach kina klasy Z nigdy nie opowiadają się po przeciwnej stronie, wielu krytyków czuje jednak rozgoryczenie na samą myśl o podejmowaniu tematu seksualnego wykorzystania bez należytej powagi, choć być może właśnie dzięki frywolności możliwe jest otworzenie oczu większej liczbie osób.
Jak na obraną konwencję, Buys korzysta z bardzo subtelnych środków wyrazu. Przemoc rozgrywającą się na ekranie ograniczył do minimum – gwałt odbywa się w domyśle, poza zasięgiem wzroku widza. Szatańska żądza stoi tym samym w rozkroku pomiędzy kontrowersyjnym, wzbudzającym intensywne emocje tematem, a ukazaniem go w delikatny, niedosłowny sposób. To posunięcie może znaleźć zwolenników, ale zdecydowaniem złym pomysłem jest przekazanie aktu zemsty na męża ofiary. W końcu o ukazanie siły kobiet powinno tutaj chodzić, a nie o nastraszenie potencjalnych agresorów rosłym mężczyzną. Zresztą Scott Morgan nie jest nawet rosły, jego fizjonomia przypomina raczej Krzysztofa Krawczyka.
Całość zrealizowano w Republice Południowej Afryki z tamtejszą obsadą, reżyserem, ekipą techniczną i z przeznaczeniem na rynek lokalny. Dzięki temu otoczka filmu jest nietypowa, ma pustynny klimat kojarzący się z Wolf Creek, ale może także stąd bierze się mentalność, która dla odbiorcy z Zachodu jest nie do końca zrozumiała. Nie chcę zgadywać, a nie mam żadnej wiedzy na temat sytuacji kobiet w RPA na początku lat 80., jednak dla lepszego oddania sytuacji zacytuję kilka przemyśleń głównego bohatera.
Przyjechaliśmy tu, by wszystko zacząć od początku. Sue, niech twoja wyobraźnia nie zrujnuje tej szansy” – Sue już wcześniej, jako dziecko padła ofiarą gwałtu, z czego nigdy się nie otrząsnęła, ale przecież to tylko jej „wyobraźnia. Podobnych złotych myśli pojawia się znacznie więcej. W pewnym momencie Scott próbuje przekonać małżonkę: „Dla dobra naszego małżeństwa musisz o tym zapomnieć. Liczy się to, że cię kocham”, a po chwili zmienia zdanie (on albo jego druga jaźń): „Nie uciekniesz od tego”. Nic jednak nie dorówna krótkiemu dialogowi dotyczącemu pożycia pary. Sue żali się: „Tak bardzo cię pragnę, ale nie mogę. ..”, na co jej życiowy partner odpowiada beznamiętnie: „Na dobre rzeczy warto czekać, może wypijemy kawę?. Już wiemy, do kogo trafił tytuł Najlepszego Męża Roku 1980…
Podobne zachowania mogą wkurzać i wkurzają często, łapałem się nawet na tym, że kibicowałem zbirom, aby wreszcie wykończyli „afrykańskiego Krawczyka”, ale Szatańska żądza nie jest tak zła, jak mogłoby się wydawać po tych kilku akapitach. Od typowego rape and revenge różni się także realizmem dokonania vendetty, która nie przychodzi z łatwością. Dzięki temu akt trzeci jest wyjątkowo długi, a także wywołuje bez porównania większe napięcie niż chociażby Pluję na twój grób, gdzie główna bohaterka zmienia się w ostatnich minutach w Terminatora i bez trudu wykańcza wszystkich złoczyńców. Dodatkowy walor, ale tylko w wersji polskiej, to lektor.
Taśmę wydało u nas Video Rondo, dystrybutor, dzięki któremu setki Polaków i Polek pokochały „tak złe, że aż dobre” filmy, seans poprzedzają więc adekwatne zwiastuny – najpierw Więzy krwi z 1978 roku, później Zemsta zombie z 1981 roku, co jednak najciekawsze, są to trailery przedziwne, kompletnie odstające od współczesnych trendów. Wybrane sceny zdają się dość przypadkowe, wycięto z nich wszelkie ścieżki dialogowe, brakuje lektora, a jedyne, co słyszymy, to muzyka… czy nawet bardziej znany z wind i lotnisk muzak.
Tuż po zapowiedziach z głośników dobiega charakterystyczny głos Andrzeja Dębskiego, który przedstawia się już podczas napisów początkowych. Przez jednych jest uwielbiany jako symbol tandety epoki VHS-ów, przez innych znienawidzony (na jednym z forów opisano go jako osobę, która „swoim głosem sprawiała, że nudny film robił się nieoglądalny”). Absolutnym szczytem absurdu jest końcówka, gdzie strudzone małżeństwo napawa się sukcesem, a Dębski melorecytuje przetłumaczone słowa łzawej piosenki zachęcającej do tego, aby nie przejmować się przeszłością i żyć dalej…
Szatańską żądzę wyjątkowo trudno ocenić. Niby dostarcza rozrywki, jest solidnie zagrana, a nietypowe ujęcia kamer dodają artystycznych walorów, ale obraz kobiety został tutaj tak irytująco zakrzywiony, że seans poleciłbym wyłącznie dorosłym osobom o ukształtowanym światopoglądzie, czyli takim, które bez zastanowienia odrzucą ów obraz jako fałszywy i przetłumaczą go na kolejny tandetny wątek typowy dla niskobudżetowych produkcji nastawionych na szokowanie. Do mojego egzemplarza kasety dołączona została karteczka informacyjna od poprzedniego właściciela, kierownika nieistniejącej już wypożyczalni.
Pozwolił sobie na wystawienie własnej oceny: „Zero gwiazdek”. Ja nie będę aż tak surowy. Fani kiczu z lat 80., którzy potrafią się zdystansować, znajdą tu sporo dobrej zabawy, a wszystkim innym zdecydowanie zalecam zapomnieć o istnieniu tego tytułu.
korekta: Kornelia Farynowska
