Connect with us

Recenzje

ŚNIEGU JUŻ NIGDY NIE BĘDZIE. Magiczny seans z nutką niedosytu

W filmie ŚNIEGU JUŻ NIGDY NIE BĘDZIE odkrywamy brzydkie oblicze polskiego społeczeństwa, łącząc realizm magiczny z empatią wobec bohaterów.

Published

on

Polskie kino od ładnych kilku lat odnosi na świecie spore sukcesy. Udział Śniegu już nigdy nie będzie w tegorocznym konkursie festiwalu w Wenecji to bezsprzecznie kolejny z nich. Kto wie, być może zresztą na tym się nie skończy. Film został bowiem wytypowany jako polski kandydat do Oscara i wydaje się, że wcale nie jest bez szans.

Advertisement

Produkcje Małgorzaty Szumowskiej często przyglądają się brzydszej stronie polskiego społeczeństwa. Do ich oglądania trzeba mieć pewną dozę dystansu, nie można brać ich w stu procentach poważnie. Twarz czy Body/Ciało to wręcz napakowane ironią czarne komedie. Śniegu już nigdy nie będzie wpisuje się w tę samą formułę, ale to dzieło dojrzalsze – z większą empatią w stosunku do bohaterów, niejednoznaczne, korzystające z poetyki realizmu magicznego. Mamy do czynienia z seansem wyjątkowym, takim, który zapamiętuje się bez względu na prywatne odczucia przy napisach końcowych. Wierzę, że członków Akademii głosujących w kategorii najlepszego filmu międzynarodowego również nie pozostawi obojętnymi.

Rzecz dzieje się we współczesnej Polsce na zamkniętym osiedlu pełnym jednakowych domków – to średnia klasa wyższa, ludzie, którzy osiągnęli sukces finansowy, mają wygodne, dostatnie życie. Od drzwi do drzwi wędruje tam urodzony w Czarnobylu masażysta Żenia. Mieszkańcy witają go z otwartymi ramionami, bo Ukrainiec nie tylko świetnie potrafi rozluźnić zbolałe mięśnie, ale też trafia do wnętrza swoich klientów.

Advertisement

Czy chodzi po prostu o przyjazne usposobienie i melodyjny rosyjski język, brzmiący jak zaklęcia z baśni? A może jednak specjalne moce, efekt napromieniowania po pamiętnej katastrofie elektrowni jądrowej? Trzeba przyznać, że to naprawdę ciekawe spojrzenie na występujący w kulturze od dawien dawna mit superbohatera.

Wśród odwiedzanych przez Żenię osób jest między innymi mężczyzna chory na raka poszukujący ratunku w medycynie alternatywnej, nadużywająca alkoholu matka, której nie szanują ani dzieci, ani mąż, agresywny wojskowy, którego boją się wszyscy sąsiedzi czy artystka-intelektualistka z nastoletnim synem dilerem. To są naprawdę ciekawe postaci, wbrew pozorom dalekie od sztampy – każdy z nich w pewnym momencie potrafi mocno zaskoczyć. Szumowska wraz z Michałem Englertem bezbłędnie budują te historie, z każdą wizytą odsłaniając ich nowe warstwy. Polacy w Śniegu już nigdy nie będzie są ludźmi żyjącymi na wysokim, „zachodnim” poziomie, z zaspokojonymi potrzebami materialnymi, ale jednocześnie takimi, którzy w sferze duchowej mają ogromne braki. I… próbują je wypełnić niejako „na wschodzie”, w osobie biednego Ukraińca.

Advertisement

Znany z trzeciego sezonu Stranger Things Alec Utgoff nie bez powodu typowany był do nagrody aktorskiej w Wenecji – jego charyzma niesie tę opowieść. Żenia to egzotyczny, tajemniczy przybysz z zewnątrz, ale również człowiek niezwykle ciepły, niewinny, ktoś, kogo chciałoby się z miejsca przytulić. Świetna, złożona kreacja. Z pozostałych aktorów najwięcej do zagrania dostała Maja Ostaszewska, i choć i tak nie jest to duża rola, wypełnia ekran w każdej swojej scenie. Poprzez komedię udaje jej się zobrazować tragizm bohaterki, a to nie lada sztuka.

Advertisement

Przepiękna wizualna otoczka (wybitne zdjęcia!) nie funkcjonuje tu sama sobie. Ona jedynie pomaga w doświadczeniu tego filmu – a to wręcz magiczny seans. Twórcy poruszają ciekawe problemy, zmuszają do zastanowienia się nad własnym życiem, ale nie zapominają też o humorze. Niektóre sceny, zwłaszcza te z udziałem Ostaszewskiej i Katarzyny Figury, potrafią naprawdę rozbawić. Podczas oglądania trochę przypominał mi się Toni Erdmann. Jeśli lubicie tego typu komedie, Śniegu już nigdy nie będzie również wpisze się w wasze gusta.

Niestety, druga połowa filmu jest słabsza. Losy klientów Żeni nie zostają wystarczająco pogłębione, niektóre sprawiają wrażenie wręcz urwanych, a to, co zrobiono z wojskowym Andrzeja Chyry jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wydaje się, że wątek ten z jakichś powodów został bardzo skrócony w montażu i ostatecznie mogłoby go nie być wcale – niczego to by nie zmieniło. Część scen nie wnosi nic, co najwyżej chaos, z kolei w innych miejscach czegoś brakuje. Końcówka jest jakby przyspieszona, całość robi się przez to nieco zbyt powierzchowna, a uczucie katharsis, które powinno dominować u publiczności w finale, w wielu przypadkach zostanie wyparte przez zwykły niedosyt. Szkoda, bo trzy lub cztery kwadranse zapowiadały, że będzie to najlepszy polski film ostatnich lat. Pozostała czołówka.

Advertisement
Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *