Recenzje

SHAZAM! Film z duszą przygody, superbohater z duszą dziecka

Superbohaterski przyjemniaczek odhaczony bez kombinowania i pewną ręką

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Cóż miałoby ponownie wprowadzić ekranizacje komiksów, a szczególnie tych ze stajni DC, w wiek dziecięcej niewinności jak nie Shazam!, bohater o twarzy pogodnego przygłupa, ale po przemienieniu się w potężnego tytułowego magicznego obrońcę wciąż w głębi pozostający niewinnym czternastolatkiem? Ten optymistyczny superbohaterski samograj brzmi jak krok w kierunku światłości, jedyną niewiadomą pozostawało nazwisko reżysera, Davida F. Sandberga, który dotychczas serwował raczej mało radosne horrory. Shazam!, jako dziecko zrodzone z wyraźnych pobudek producenckich i artystycznych, radzi sobie jednak całkiem nieźle wśród podobnego kina. Kochane przez aktorów i reżysera na tyle mocno, żeby dostarczyć widzom kawał solidnej rozrywki, w której skrywa się sporo użytecznego dobra. Przemyślane to i chciane.

W przeciwieństwie do Billy’ego Batsona, chłopaka, który całe dzieciństwo spędził na przeskakiwaniu od jednej rodziny zastępczej do drugiej. To dobry nastolatek, wyraźnie jednak szuka swojego miejsca, którym na początku wcale nie wydaje się nowa rodzina w postaci pogodnego małżeństwa oraz czworga rodzeństwa, również pochodzącego  z domu dziecka. Ciekawym punktem wyjścia jest więc uczynienie z protagonisty sieroty, która mimo sporej dawki mroku zaserwowanego jej w życiu pozostaje kimś z serduchem na właściwym miejscu. Pewnego dnia wplątuje się w wojnę pomiędzy magicznymi siłami; umierający czarodziej, chcąc uchronić dobro przed deprawacją przez niegodziwego Doktora Sivanę, obdarza Billy’ego mocą Shazam, która odnosi się do zdolności Salomona, Herkulesa, Atlasa, Zeusa, Achillesa i Merkurego. Pytanie tyko – co chłopak zrobi z tak arbitralnie podarowanym mu dobrodziejstwem? I czy znajdzie w końcu kogoś, kogo mógłby nazwać prawdziwą rodziną? I jak głośno trzeba krzyczeć „shazam”, aby przemienić się w dwumetrowego napakowanego szatyna z uśmiechem gwiazdy kina lat 60.?

Rodzina to słowo, które pada w filmie wielokrotnie, co zresztą buduje obraz chyba najpogodniejszej, mimo kilku mrocznych nut, produkcji rozgrywającej się w uniwersum DCEU, choć może tak nie do końca, bo w prologu zabrakło charakterystycznego intro, które przedstawia łączony świat; czyżby te produkcje pomału odcinały się od poprzednich aspiracji światotwórczych? Shazam!, niczym raczkujące dziecko, stara się jak może, żeby stać o własnych nogach. Wprawdzie pojawiają się ciekawe gościnne występy oraz nawiązania do wydarzeń rozgrywających się w poprzednich opowieściach, ale czuć, że film dystansuje się od nich, wkładając pełnię kreatywnych sił w zaprezentowanie nam najlepszej interpretacji tego superbohatera, na jaką studio obecnie stać. I z radością trzeba przyznać, że Zachary Levi wcielający się w dorosłego Batsona, czyli Shazama, to castingowy strzał w dziesiątkę. Widać, że jest odcieniem dokładnie tych samych cech, które z powodu tragedii życiowych nie wybrzmiewają do końca w młodszej jego wersji granej przez Ashera Angela. Levi to dziecko spuszczone ze smyczy, takie, które jeśli chce, to kupi piwo (jak się okazuje – wcale mu nie smakuje, choć twórcy nie boją się pokazywać młodego Batsona z puszką Red Bulla w łapie), wejdzie do baru ze striptizem, a potem pomoże ściągnąć kota z drzewa. Obaj aktorzy bawią się swoimi postaciami, powoli odkrywając zarówno swoje miejsce w tym uniwersum, jak i powołanie. I dzięki temu odnajduje go również produkcja, a pogodna, niefrasobliwa twarz Leviego potwierdza, że Warner Bros. w końcu nie błądzi po omacku.

Jeśli te opowiastki są o czymkolwiek ważnym z pragmatycznego punktu widzenia, to Shazam! dobrze to uwypukla – naiwności nie da się przykryć światopoglądową agitką, ale można uczynić z niej atut. Komiksy superbohaterskie są dla dzieci, przypomina nam ten film wielokrotnie, ale od praktycznej strony patrząc, to ważna dla rozwoju narracja, i to w dobie, kiedy baśnie czyta się już tylko, będąc zmuszonym przez panią w szkolnej biblioteczce. Moce superbohaterskie, które są u Sandberga odhaczane w wielu zabawnych scenach inicjacyjnych, nie przykrywają ciepła oraz prostoty. Wydawnictwo DC zresztą wielokrotnie opierało swoją siłę na motywie sieroty, która odnajduje swoje powołanie czy to w nowej komórce społecznej (drużyna superbohaterska bądź przyszywana rodzina), czy to w misji naprawy świata. W tym przypadku obie te drogi odhaczone są z lekkością i bez kombinowania.

Ale to nie wszystko, bo twórcy nie mogli sobie pozwolić na to, aby wizualnie zresztą nijaka (bardzo niewiele tutaj naprawdę dobrych efektów specjalnych) opowieść nie dawała wrażenia autorskości. Kiedy więc reżyser tylko może, nawiązuje do swoich poprzednich prac, a kiedy mu na to pozwalają, używa postaci z uniwersum komiksowego ze swadą i luzem. W pewnym momencie widzimy nawet, jak gościnnie występują aktorzy, którzy mieli zagrać Supermana i Flasha w anulowanym projekcie o Justice League spod ręki George’a Millera. Shazam! przywołuje również okres tak zwanej Złotej Ery Komiksów, kiedy wszystko w DC wydawało się tak naiwnie motywujące i bezpretensjonalnie rozrywkowe, o czym zapomniał Zack Snyder wraz ze swoją ekipą smutnych emo. Wybory aktorskie, pogodna i naprawdę dobrze zarysowana banda dzieciaków, która ma do odegrania ważniejszą rolę niż bycie tłem dla postaci granej przez Leviego, są poprawnie zaimplementowane, a każdy z wątków poprowadzono klasycznie i bez udziwnień. Traci na tym niestety Mark Strong, który wciela się w przeciwnika głównego bohatera. Choć rozumiemy jego motywację, kino trykociarskie zdążyło nas już przyzwyczaić do lepiej skonstruowanych antagonistów. Na szczęście z pomocą rusza wspomniana banda, której przewodzą Jack Dylan Grazer oraz rezolutna Faithe Herman. I jak sugerują ostatni akt oraz sceny po napisach (warto zostać, bo są aż dwie) – na pewno jeszcze tę wesołą paczkę zobaczymy. I spoko, jupiii!

Ostatnio dodane