Autor: REDAKCJA
opublikowano

KINOWE UNIWERSUM DC. Oceniamy wszystkie filmy na dwa głosy

Już wkrótce do polskich kin zawita Shazam!, kolejna odsłona filmowego świata DC, zapoczątkowanego w 2013 roku Człowiekiem ze stali Zacka Snydera. Cieszą – i zaskakują! – pozytywne recenzje zza oceanu. Do tej pory filmy z tego uniwersum, wyłączając Wonder Woman, nie cieszyły się popularnością wśród krytyków. Czy zasłużenie? Swoje opinie na temat sześciu dotychczasowych produkcji wyraża poniżej dwóch naszych redaktorów:

Filip Pęziński: Wychował się na Batmanach Burtona, Schumachera i Timma, więc można powiedzieć, że miłość do świata DC wyssał niemal z mlekiem matki. Jest w nim wciąż beznadziejnie zakochany, mimo że DCEU (DC Extended Universe) potrafi wystawić tę miłość na próbę.

Łukasz Budnik: Od dziecka otoczony był filmami i figurkami z Batmanem. Pozostałą część świata DC poznawał głównie dzięki poniższym filmom. Polubił dzięki nim Supermana.

Na stronie drugiej czeka na was ankieta!

Człowiek ze stali

Man of Steel (2013)

Łukasz Budnik: Pewnie nie zainteresowałbym się filmem Snydera na tyle, żeby wybrać się na niego do kina, gdyby nie wybitny zwiastun (wracam do niego do tej pory, małe dzieło sztuki). Skusiłem się jednak i był to znakomity wybór. Napiszę od razu, że Człowiek ze stali to niezmiennie mój numer jeden w rankingu filmów ze świata DC (już po kilku powtórkach) i jedyny, który w pełni mnie satysfakcjonuje. Jest tu bowiem coś, czego bardzo brakuje mi właściwie we wszystkich pozostałych produkcjach uniwersum – EMOCJE, wynikające zarówno z relacji pomiędzy bohaterami, jak i kapitalnej, monumentalnej akcji. Idealnie podsumowuje to scena, w której Superman „tłumaczy” Zodowi, że nie należy grozić jego matce. Poza tym: jak ten film wygląda, jak brzmi! Przy scenie pierwszego lotu Supermana, zilustrowanego oczywiście fantastyczną muzyką Zimmera, samemu ma się ochotę sięgnąć gwiazd. Tylko to tornado…

Filip Pęziński: Przyznam bez wstydu, że i ja zakochałem się w fenomenalnych zwiastunach produkcji Zacka Snydera i do kina pobiegłem już w dniu polskiej premiery filmu. Niestety, od pierwszego seansu mam z Człowiekiem ze stali przynajmniej kilka problemów, które wiążą się ze specyficznym, źle rozkładającym sceny akcji tempem, z topornym i dziurawym często scenariuszem oraz beznadziejnie napisanymi postaciami obu ojców – w teorii mieli stanowić mentorów tytułowego bohatera, a w praktyce go oszukiwali, demotywowali i hamowali. Gdyby jednak przymknąć oko na te niedociągnięcia, to pewnością możemy się seansem cieszyć. Duża w tym zasługa znakomitej obsady, przepięknej strony wizualnej, fenomenalnych scen akcji z imponującą rozmachem i stroną emocjonalną bitwą o Smallville na czele oraz – a może przede wszystkim – genialnym soundtrackiem Hansa Zimmera. To nie tylko, zdaje się, najlepsza ścieżka dźwiękowa w kinie superbohaterskim, ale jeden z moich ulubionych soundtracków w ogóle.


Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Batman v. Superman: Dawn of Justice (2016)

Filip Pęziński: Z filmem Batman v Superman: Świt sprawiedliwości wiąże mnie specyficzna relacja. W kinie ten niezwykle oczekiwany przeze mnie obraz mocno mnie rozczarował. Nie przeszkodziło mi to jednak wrócić na salę kinową jeszcze dwukrotnie. Wciąż byłem rozczarowany, ale nie mogłem wyrzucić filmu z głowy. Potem okazało się, że na rynek kina domowego wypuszczona zostanie wersja rozszerzona o jakieś trzydzieści minut. Doznałem objawienia i – mimo przynajmniej kilku oczywistych problemów – całkowicie pokochałem logiczne i zrozumiałe, monumentalne widowisko Zacka Snydera w tej właśnie wersji. Uwielbiam ten film za podniosły, poważny ton. Za wielowątkowość i mitologiczny wręcz rozmach. Za przepiękną, zapierającą dech w piersiach realizację i – podobnie jak w Człowieku ze stali – fenomenalną ścieżkę dźwiękową. Za wprowadzenie do filmowego świata DC graną przez Gal Gadot Wonder Woman. W końcu, a może przede wszystkim, za obłędnie zagranego przez Bena Afflecka Batmana, który z jednej strony niezwykle bliski jest swojemu komiksowemu pierwowzorowi, a z drugiej dużo bardziej niejednoznaczny i tragiczny. I wreszcie – wbrew internetowym śmieszkom – za pełen nieludzkiego bólu i skrywanego przez dekady cierpienia okrzyk: „Dlaczego powiedziałeś jej imię?!”.

Łukasz Budnik: Może nie darzę tego filmu taką sympatią jak Filip, ale daleko mi też od nazywania go produkcją nieudaną. Żałuję trochę, że nie poczekano trochę na umieszczenie obu tytułowych postaci w jednym filmie (a trzech, jeśli liczyć Wonder Woman) – Superman Henry’ego Cavilla zasługiwał na rozbudowanie w drugim solowym filmie, bo i lepiej wypadał sam niż w zestawieniu z Batmanem. Zgadzam się natomiast właśnie co do Nietoperza – uwielbiam interpretację Afflecka, zarówno w kostiumie, jak i bez niego (dramat, co stało się z tą postacią w Lidze Sprawiedliwości, ale o tym niżej), a wyśmiewana scena z imieniem jego matki wydaje mi się całkowicie uzasadniona. Tak właściwie Batman v Superman powinien być oglądany wyłącznie w wersji rozszerzonej, bo dopiero po jej seansie okazuje się, jak dużo treści brakuje w tym, co było pokazywane w kinach – zapewne i to miało wpływ na przeciętne, żeby nie powiedzieć złe recenzje. Na koniec – nie jestem fanem finałowej walki, ale pojawienie się Wonder Woman, a przede wszystkim jej motyw muzyczny, to jedna z największych radości doświadczonych przeze mnie podczas oglądania kina komiksowego.


Legion samobójców

Suicide Squad (2016)

Łukasz Budnik: O ile w przypadku Człowieka ze stali skuszenie się na film po obejrzeniu zwiastuna było opłacalne, tak w przypadku Legionu samobójców niewiele bym stracił, gdybym zatrzymał się na tym pierwszym etapie. Cóż za rozczarowanie! Po pierwszych kilkunastu minutach będących teledyskowym montażem przedstawiającym bohaterów miałem jeszcze nadzieję, że film pójdzie w dobrą stronę, ale niestety, dalej było równie niezręcznie i – pomimo usilnych starań twórców – nieciekawie. Był tu potencjał na dobrą, kameralną historię skupiającą się na dynamice i relacjach między postaciami, tymczasem dostaliśmy niepotrzebnie rozbuchaną, mało angażującą opowieść, z której obronną ręką wyszła chyba jedynie Harley Quinn w brawurowej interpretacji Margot Robbie. Joker, który miał być nie lada atrakcją, jest tu po prostu fatalny już na poziomie konceptu, a przerysowana do granic możliwości interpretacja Jareda Leto na pewno mu nie pomogła. Na pocieszenie Robbie i udane sceny z Batmanem. Zawsze coś.

Filip Pęziński: Tajemnicą poliszynela pozostaje fakt, że wytwórnia Warner Bros., rozochocona znakomicie przyjętym – wspomnianym przez Łukasza – zwiastunem filmu Davida Ayera, postanowiła ponownie zmontować film, tym razem przy udziale ekipy odpowiedzialnej za montaż właśnie tak docenionej zapowiedzi. Wyszło to niemal karykaturalnie – montaż jest okropny, strona wizualna zaskakująco odrzucająca, a przesyt wplecionych w kolejne sceny muzycznych hitów męczący już po kilku minutach. Oczywiście wygodnie byłoby zrzucić winę na złą korporację, ale film nie działa niestety już na poziomie konceptu, scenariusza, fatalnych dialogów i absolutnie katastrofalnej interpretacji Jokera, który w wykonaniu Jareda Leto sprawia mi, wieloletniemu fanowi świata Batmana, fizyczny ból. Zgodzę się z Łukaszem, że jeśli szukać tu pozytywów, to w roli Margot Robbie i krótkim cameo Mrocznego Rycerza. Na szczęście Warner poszedł po rozum do głowy i postaci Harley Quinn postanowił poświęcić oddzielny film, a kolejna produkcja o Suicide Squad całkowicie zignoruje potworka Ayera.

Ostatnio dodane