Recenzje

SALA SAMOBÓJCÓW. Niepolski film polski

Autor: Rafał Donica
opublikowano

Sala samobójców nie wygląda jak polski film, nie brzmi jak polski film i nie uprawia polskiej martyrologii. Nie babra się w naszej historii, nie pochyla nad smutnym losem Ślązaka, powstańców z nieudanego powstania czy śmiercią oficerów w Katyniu. Jest opowieścią uniwersalną, która śmiało może być pokazana i zrozumiana pod każdą szerokością geograficzną.

Długo zastanawiałem się od czego zacząć niniejszą recenzję. Miałem zamiar napisać kilka słów o kondycji polskiego kina, o nieustającym zalewie komedii romantycznych z wciąż tą samą obsadą i nieśmiałych, liczonych na palcach jednej ręki zrywach w postaci czegoś ambitniejszego – Wojny polsko-ruskiej, Essential Killing (moim zdaniem mocno przereklamowany zarówno film, jak i rola męska), Wszystko co kocham czy Czarnego czwartku. Chciałem zastanowić się, dlaczego tak mało powstaje w Polsce filmów dobrych, a tak dużo złych. Z powyższych mało odkrywczych zdań wynika pewna konkluzja, stanowiąca jeden z powodów takiego stanu rzeczy. Wymienione filmy, poza tym, że zostały wyreżyserowane przez ludzi mających pomysł, odwagę i świeże spojrzenie na kino, to wyróżniają się też obsadą pozbawioną Kotów, Karolaków, Małaszyńskich, Adamczyków, Soch i Żmud Trzebiatowskich, czyli osób, których nazwiska na dobre przylgnęły do taśmowo produkowanych zabójczo śmiesznych / mordujących śmiechem / niebezpiecznie zabawnych i oczywiście “najbardziej oczekiwanych premier roku”.

I nagle, w sam środek tego filmowego szamba Jan Komasa wrzucił kompletnie nieoczekiwany granat w postaci Sali samobójców. Mówię Wam, echa tej eksplozji będą się niosły przez długie lata, a może i dekady. W uszach gwiżdże mi do dziś, choć od seansu minęły cztery dni. Polscy reżyserzy, włącznie z Mistrzem Wajdą (i jego aktualną twórczością) powinni przykucnąć grzecznie w kąciku i dopuścić do siebie myśl, że na tle arcydzieła, jakim jest Sala samobójców, ich dokonania wypadają po prostu blado. Nawet wymienione przeze mnie we wstępniaku tytuły muszą oddać głęboki pokłon filmowi Komasy. Zaraz, zaraz, moment, chwila, czy ja aby nie przesadzam? Nie, nie przesadzam, i już się tłumaczę, dlaczego uważam Salę samobójców nie tylko za najlepszy polski film wszech czasów, ale i jeden z najlepszych, jakie widziałem w ogóle.

To wstrząsający traktat o kondycji współczesnego człowieka oraz świata i czasów, w których przyszło mu żyć - globalnej wioski, gdzie samotność doskwiera mu tym bardziej, im więcej znajomych ma na Facebooku.

Niespełna 30-letni reżyser, który stoi również za scenariuszem do Sali samobójców, stworzył dzieło kompletne. Film, w którym każdy element robi doskonałe wrażenie, a wraz z pozostałymi tworzy spójną całość. Nie ma tu nic zbędnego, nic wepchniętego na siłę, niczego też nie brakuje. Już na poziomie scenariusza należy się Sali samobójców ogromne uznanie. Komasa-scenarzysta z niezwykłą swobodą wpisał w jedną opowieść tak trudne tematy jak rozpad rodziny, szukanie tożsamości seksualnej, dojrzewanie, alienacja i zagrożenia niesione przez Internet. Komasa-reżyser ani razu nie popada w tani dydaktyzm, nie mędrkuje, nie poucza, nie wskazuje winnych, oskarża raczej okoliczności, realia, technologie, które narzucają takie a nie inne tempo i postawy życiowe. Po dupie dostaje się młodemu człowiekowi, który nie jest w stanie funkcjonować bez telefonu komórkowego. Człowiekowi, który wszystko musi nagrywać i wrzucać do netu, a każdą informacją, choćby zepchnął gówno z progu, natychmiast dzielić się ze znajomymi na portalach społecznościowych, żeby mogli dać okejkę nie wiadomo tak naprawdę za co. Dostaje się internautom gnijącym przed monitorami, wiecznie pogrążonej w depresji subkulturze Emo i tak samo zapracowanym rodzicom, robiącym kariery kosztem dzieci.

Gierszał znakomicie wygrywa zmanierowanie, zagubienie, niepokój, uzależnienie, każdy stan psychiczny swojego bohatera.

Mimo, że Sala samobójców jest ponurym dramatem psychologicznym, poruszającym szeroko rozumianą problematykę społeczną, a wszystko brnie w kierunku nieuchronnej tragedii, scenarzysta-reżyser prowadzi opowieść tak, że jest nie tylko strawna, ale na swój sposób pociągająca. Jest to dużą zasługą cyfrowej kreacji second-life’u, w którym egzystuje bohater filmu. Jego wizualna atrakcyjność, żywe kolory i fantazyjne awatary nie tylko uwypuklają tragizm postaci pogrążonej w głębokiej depresji, ale pozwalają widzom na chwilę oddechu, by nie poczuli się przytłoczeni ciężarem opowieści. Cyfrowy świat i fakt ciągłego przebywania w nim głównego bohatera może i przywołują skojarzenia z filmem Ben X z 2007 roku, w którym kręgosłupem fabuły było niemal dokładnie to samo, ale to (świadome bądź nie) zapożyczenie jest jedynym minusem Sali samobójców. Nie tylko efektowne (nie mylić z efekciarskimi) segmenty “komputerowe” są w filmie Komasy wykonane na najwyższym, światowym poziomie. Poza bardzo dobrym udźwiękowieniem, dzięki któremu słychać każde wypowiedziane słowo (co wciąż nie jest w polskim kinie regułą), montażem i zdjęciami, na ogromne brawa zasługuje dobór piosenek, budujących niezapomniany klimat wielu scen.

Ale tym, co czyni Salę samobójców dziełem i wynosi je na wyżyny sztuki filmowej nie jest ani głęboka treść, ani fantastyczna forma, tylko aktorstwo. Znanych nazwisk nie brakuje, jednak to nie one są najjaśniejszym punktem obsady. Agata Kulesza i Krzysztof Pieczyński w rolach rodziców Dominika są niezwykle wiarygodni i przejmujący, grając na najwyższym poziomie. Sala samobójców to jednak bez dwóch zdań film Jakuba Gierszała, który rolą Dominika po prostu PO-ZA-MIA-TAŁ! Ten niezwykle utalentowany młody aktor, wyróżniający się już w drugoplanowej roli we Wszystko co kocham, tworzy w filmie Komasy kreację wybitną. Gierszał znakomicie wygrywa zmanierowanie, zagubienie, niepokój, uzależnienie, każdy stan psychiczny swojego bohatera. Mimo młodego wieku aktor nie popada w przesadę, grając nadzwyczaj dojrzale, jakby aktorstwo miał we krwi. Nie wyczuwa się w jego grze choćby nuty niepewności. Panuje nad każdą sceną, nad każdym ujęciem ze swoim udziałem. A scen wymagających odwagi, trudnych, kontrowersyjnych, naładowanych żywymi emocjami miał bez liku. Jeżeli ten aktor nie przebije się przez mur zbudowany z Kotów, Karolaków i Małaszyńskich, od których jest nie tylko zdolniejszy ale i przystojniejszy, i nie stanie się wkrótce gwiazdą pierwszego formatu, to niezmiernie się zdziwię.

Sala samobójców nie wygląda jak polski film, nie brzmi jak polski film i nie uprawia polskiej martyrologii. Nie babra się w naszej historii, nie pochyla nad smutnym losem Ślązaka, powstańców z nieudanego powstania czy śmiercią oficerów w Katyniu. Jest opowieścią uniwersalną, która śmiało może być pokazana i zrozumiana pod każdą szerokością geograficzną. To wstrząsający traktat o kondycji współczesnego człowieka oraz świata i czasów, w których przyszło mu żyć – globalnej wioski, gdzie samotność doskwiera mu tym bardziej, im więcej znajomych ma na Facebooku. Film Jana Komasy można pod względem merytorycznej zawartości postawić w jednym rzędzie ze Słoniem Van Santa i Social Network Finchera, przy czym, jak dla mnie, ma większą siłę oddziaływania i znacznie więcej do powiedzenia od zachodnich braci. Sala samobójców to ogromna szansa polskiego kina na upragnionego Oscara za film nieanglojęzyczny. Ale pewnie i tak jako kandydata zgłosimy 1920 – Bitwę warszawską 3D z pląsającą po parkiecie Nataszą Urbańską.

Tekst z archiwum film.org.pl (14.03.2011).

Ostatnio dodane