Recenzje

REQUIEM DLA SNU

Mam nieodparte wrażenie, że Darren Aronofsky jest bardzo bystrym obserwatorem rzeczywistości i dzięki temu posiadł wiedzę, która pozwala mu powiedzieć więcej niż inni o ludzkich słabościach.

Autor: Edward Kelley
opublikowano

Msza żałobna

Darren Aronofsky już swoim debiutanckim filmem Pi pokazał, że interesuje go poszukiwanie sił, które kierują ludzkim postępowaniem, motywacji i bodźców popychających człowieka do działania. W Pi udowodnił również, że lubi eksperymentować z formą. Requiem dla snu jest świetną, ale znacznie bardziej już dojrzałą kontynuacją zapoczątkowanego przez reżysera trendu. Co jest jednak najistotniejsze, Aronofsky zajął się tym razem najprostszymi, ale jednocześnie najbardziej ludzkimi z potrzeb swoich bohaterów. Nie szuka już Boga, pokazuje raczej, że jedynym bytem obecnym przy człowieku od jego narodzin aż do śmierci jest on sam.

Aronofsky skupia się na historii czworga powiązanych ze sobą postaci: Sary Goldfarb (doskonała Ellen Burstyn), syna – Harry’ego (Jared Leto), jego dziewczyny Marion (Jennifer Connelly) i przyjaciela Tyrone’a (Marlon Wayans), których drogi z początku wspólne wraz z rozwojem akcji stopniowo się rozchodzą. Punktem wyjścia stają się dwa fakty o kluczowym znaczeniu dla późniejszych zdarzeń – Sara dowiaduje się o zakwalifikowaniu do swojego ulubionego programu telewizyjnego, Harry i Tyrone natomiast podejmują brzemienną w skutki decyzję zmierzającą do poprawy ich dotychczasowego życia – zaczynają sprzedawać heroinę. Ten moment staje się dla bohaterów szczytem równi pochyłej.

To jednak, czego dowiadujemy się o nas samych z filmu Aronofskiego, nie może być i nie jest łatwe do zaakceptowania.

To, że człowiek jest istotą ułomną, nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni myśleć o sobie jako formach życia najdoskonalszych z tych, które do tej pory pojawiły się w znanym nam świecie. To jednak, czego dowiadujemy się o nas samych z filmu Aronofskiego, nie może być i nie jest łatwe do zaakceptowania. Lubimy wyobrażać sobie, że jesteśmy w stanie przetrzymać każdą próbę, pokonać każdą przeciwność. Requiem dla snu sprowadza nas – widzów – na ziemię, pokazując prawdę taką, jaka jest, a nie taką, jaką chcielibyśmy ją widzieć. Odziera człowieka z powierzchownego piękna, a życie z pozorów. Istota ludzka okazuje się słabym tworem – egoistycznym, skłonnym do samodestrukcji poprzez pobłażanie własnym słabościom i zaspokajanie najniższych instynktów. Wizja to niezbyt optymistyczna, podobnie jak sam film.

Z drugiej strony jednak człowiek to również rozpaczliwa potrzeba akceptacji, dążenie do szczęścia (jakkolwiek nie byłoby ono pojmowane), a także (a może przede wszystkim) pragnienie bycia potrzebnym, bycia kochanym. Paradoksalnie te dwa aspekty ludzkiego życia nie mogą funkcjonować jeden bez drugiego. Zaryzykowałbym twierdzenie, że wręcz jeden jest przez drugi warunkowany. Egoizm popycha nas często ku niezrozumiałym dla otoczenia decyzjom, ale również każe nam poszukiwać tego, co dla nas najlepsze. A zatem głęboko ludzka potrzeba miłości jest dyktowana czymś tak niskim jak dbałość o własny interes. Ta dychotomia kieruje właśnie poczynaniami bohaterów Requiem dla snu, stając się jednocześnie główną przyczyną spotykających ich nieszczęść.

Aronofsky przygląda się postawom ludzi stojących na dwóch biegunach życia. Sara Goldfarb to, co najlepsze, ma już za sobą. Starzeje się, nieuchronnie zmierzając ku ostatecznej granicy. Jedyną jej radością są rozmowy z synem, przesiadywanie na ławce z sąsiadkami i oczywiście oglądanie telewizji. Jest samotna. Perspektywa występu w ulubionym programie telewizyjnym staje się jej obsesją, a ulubiona, czerwona suknia, w którą niestety nie może się już wcisnąć, symbolem ostatniej szansy. Szansy na co? Na to, żeby zostać zauważonym, zaakceptowanym i pokochanym. Szansą na ucieczkę od samotności. To bardzo ludzkie.

Jej syn Harry wraz z przyjaciółmi wchodzi dopiero w samodzielne życie. Wybory, których wraz z nimi dokona, nie zaprowadzą go jednak ku szczęśliwemu zakończeniu. Egoizm ich rozdzieli i popchnie na skraj przepaści. Odwrotnie niż dla jego matki, samotność okazuje się jego wyborem, nie do końca świadomym, bo zaślepionym przez dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb, ale prowadzącym do tego samego nieuniknionego końca. Co jednak po obejrzeniu Requiem… pozostaje w pamięci najdłużej, to świadomość, że niezależnie od tego, jakiego wyboru dokonamy w finale zawsze zostaniemy sam na sam z naszymi demonami. Ta przerażająca samotność została niezwykle sugestywnie oddana w ostatnich minutach filmu Aronofskiego. Każdy z bohaterów przyjmując pozycję embrionalną chowa się przed światem. A może właśnie oczyszczony rodzi się dla niego na nowo?

Nie sposób w filmie Aronofskiego nie dopatrzyć się krytyki amerykańskiego konsumpcjonizmu reprezentowanego przez wszędobylską telewizję manipulującą i narzucającą widzowi sposób postrzegania świata. Hasło „no red meat, no sugar, no mayonnaise” staje się obsesją nie tylko Sary Goldfarb, a lodówka niebezpiecznym potworem czającym się na dnie podświadomości, stającym się początkiem psychicznej degrengolady. Czy reżyser oskarża jednak telewizję? Nie. To ludzie dokonują wyboru, świadomie lub nie uciekając od własnego ja.

Niezaprzeczalnie gwiazdą filmu jest Ellen Burstyn (w pełni zasłużona nominacja do Oscara i Złotego Globu 2000). To, co widzimy na ekranie, idealnie przystaje do słowa „kreacja”. Burstyn perfekcyjnie oddaje degradację osobowości bohaterki i pogłębiającą się chorobę psychiczną. Aronofsky prowadzi ją pewnie, potęgując wrażenia widza poprzez dynamiczny, a w końcówce filmu wręcz teledyskowy montaż podkreślający rozpad jej świata. Ellen Burstyn nie boi się szpetoty, czym robi piorunujące wrażenie szczególnie w końcowych sekwencjach filmu. Pozostała trójka młodych aktorów jest równie przekonująca, ale ich role pozostają w cieniu mistrzowskiej kreacji Ellen Burstyn.

Mówiąc o Requiem dla snu grzechem byłoby nie wspomnieć o perfekcyjnie dobranej, nastrojowej i niesłychanie przygnębiającej muzyce Clinta Mansella z partiami smyczkowymi w wykonaniu Kronos Quartet. To jej właśnie w dużym stopniu zawdzięczamy ciężki, przytłaczający klimat filmu. Wygląda na to, że kino amerykańskie zyskało kolejną parę reżyser – kompozytor (wcześniej współpracowali również przy Pi) i, o ile ich współpraca będzie się kształtowała jak do tej pory, na pewno jedną z najbardziej obiecujących.

Mam nieodparte wrażenie, że Darren Aronofsky jest bardzo bystrym obserwatorem rzeczywistości i dzięki temu posiadł wiedzę, która pozwala mu powiedzieć więcej niż inni o ludzkich słabościach. Daje temu wyraz w Requiem dla snu. Nie stawia diagnoz, nie daje recept, po prostu nas obserwuje i… nie ma złudzeń.

Tekst z archiwum film.org.pl.

Ostatnio dodane