PUCHATEK: KREW I MIÓD II. Powrót do Stumilowego Lasu… raz jeszcze [RECENZJA]

„Prawdziwe zło zawsze bierze się z niewinności” – ta mądrość otwiera sequel jednego z najgłośniejszych horrorów 2023 roku. Najgłośniejszych, nie znaczy najlepszych, bo Puchatek: Krew i Miód, powstały dzięki uwolnieniu praw autorskich do dzieł A. A. Milne’a, straszył przede wszystkim niską jakością. Jednak obrazoburcze potraktowanie kultowej postaci z książek i filmów dla dzieci z(a)robiło swoje i niecały rok później w kinach wylądowała kontynuacja, tym razem z większym budżetem, lepszymi detalami i chyba ciut większymi ambicjami. Jednak z sentencja, którą opatrzył swoje nowe dzieło Rhys Frake-Wakefield jest na swój sposób prorocza – mimo, że podobnie jak część pierwsza Krew i Miód II opiera się na dobrych pomysłach, efekt zamiast wzbudzać grozę, przypomina, czym jest naprawdę złe kino.
Na starcie znów nie jest źle. W sequelu Frake-Wakefield zdaje się brać na klatę niedoskonałości (by ująć to eufemistycznie) pierwszej części i proponuje coś w rodzaju miękkiego rebootu – co prawda oglądamy bezpośrednią kontynuację wydarzeń z poprzedniego filmu, ale mierzący się z konsekwencjami masakry w Stumilowym Lesie Krzyś został zrecastowany i wyposażony w bardziej rozbudowany rys psychologiczny. Jego przeciwnicy zostali z kolei obdarzeni nową, bardziej organiczną i agresywną charakteryzacją. Reżyser zapatrzył się trochę na reboot Halloween Davida Gordona Greena, a także na również niedawno odświeżaną serię Krzyk i tematyzuje w Krwi i Miodzie II medialne i popkulturowe przetwarzanie tragicznej konfrontacji ze zdziczałym Kubusiem i Prosiaczkiem. Motywem wyjściowym jest alienacja Krzysia, przez większość lokalnej społeczności podejrzewanego o bycie faktycznym sprawcą masakry, a w pewnym momencie bohaterowie oglądają… Krew i Miód, powstały na podstawie traumatycznej konfrontacji chłopaka z przyjaciółmi z dzieciństwa (co pozwala zgrabnie ograć zmianę odtwórcy głównej roli oraz charakteryzacji oprawców). Niestety Rhys-Wakefield nie jest Bettinelli-Olpinem, ani Tylerem Gilletem, ani tym bardziej Wesem Cravenem i nie umie wykorzystać tego tropu poza puszczaniem tu i ówdzie oka.
Twórcy Krwi i Miodu bliżej do Gordona Greena, który po chwilowym przypływie dobrych pomysłów koncertowo sprowadza je do poziomu nienatchnionego rynsztoka, próbując nieudolnie psychologizować slasherowe showdowny. Leżące u fundamentu całego projektu motywy opuszczenia i odpowiedzialności – mogące zrobić z Krwi i Miodu pokręconą wersję Krzysiu, gdzie jesteś? – zupełnie gdzieś znikają, a wprowadzony w sequelu kontekst wiążący postacie Krzysia i Puchatka, wraz z wyczuwalnym na sto mil twistem z drugiej ręki, jest jeszcze bardziej kiczowaty niż latające po lesie nastolatki z pierwszej części. Trudno oprzeć się wrażeniu, że fabuła, nawet jeśli zawiera zalążki ciekawych tematów, służy twórcom Puchatka tylko jako pretekst do korowodu scen przemocy. I nawet w tym nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że popełniane przez ferajnę morderstwa w filmie Frake-Waterfielda są może i krwawe, ale nużące i pozbawione inscenizacyjnej werwy. Ot, tu eksploduje głowa, tu wyleją się flaki. Po prostu kolejna krwawa szychta mieszkańców Stumilowego Lasu.
Dramaturgicznie Krew i Miód II leży i kwiczy, nawet bardziej niż ‘jedynka’, bo tam przynajmniej nikt nie obiecywał, że dostaniemy coś więcej niż człapiącego z nożem po lesie potwora. Sequel udaje, że rozbudowuje świat przedstawiony, rozszerza bestiarium i historie postaci, ale zostawia z tym samym odczuciem straconego czasu. Wszystkie zakręty fabularne są okrutnie pozbawione inwencji, przejrzyste i czasem wprost głupawe. Frake-Waterfield nie umie też chyba dostrzec oczywistego potencjału na kampową zabawę przeszczepionymi wprost z dziecięcej wyobraźni do dorosłego koszmaru postaciami – szczytem jego możliwości jest trawestacja wizerunku Puchatka. Tyle, że na etapie drugiego filmu ani to szokujące, ani zabawne, ani interesujące.
Pod względem jakości produkcji ‘dwójka’ to jakiś postęp względem pierwszej części. Na pewno wygląda lepiej, choć przesadą byłoby powiedzieć, że faktycznie dobrze. Podobnie jak jedynka, sequel gra na prostych instynktach widowni i podobnie jak ona zapewne zbierze na tyle uwagi, że doczekamy się dalszych przygód Puchatka, co zresztą bezpardonowo sygnalizują twórcy w scenie po napisach. Ale o ile przy liftingu części II można było jeszcze mieć nadzieję na poprawę, tak po jej seansie trudno przypuszczać, że ta seria ma jeszcze coś ciekawego do zaoferowania – na pewno nie z tymi samymi ludźmi u sterów. Pozostańmy więc może na razie przy klasycznym wariancie Kubusia Puchatka, bo jest i sympatyczniejszy, i mądrzejszy niż wersja slasherowa.