search
REKLAMA
Recenzje

OBEY. Młodość w pułapce bezmyślnej przemocy i braku perspektyw (Camerimage 2018)

Mikołaj Lewalski

19 listopada 2018

REKLAMA

Obey to debiut scenopisarski i reżyserski Jamiego Jonesa, któremu udało się przedstawić niezwykle złożone kwestie w zgrabny i przejmujący sposób. W przeciwieństwie do Spike’a Lee, który nie jest sobą, jeśli nie zdzieli widza w twarz kazaniem, Jones przyjmuje perspektywę zagubionego nastolatka i poprzez jego losy porusza ważne wątki. Problem podziałów społecznych i wynikających z nich nierówności to niemałe wyzwanie dla filmowca – łatwo tu o nachalne moralizatorstwo, krzywdzące uproszczenia i przesadną patetyczność. Obey jest wolny od tych problemów, dzięki czemu traktuje widza jak osobę potrafiącą wyciągnąć własne wnioski na podstawie oglądanych scen.

Bohater, któremu towarzyszymy, to Leon, czarnoskóry chłopak o sylwetce koszykarza. Leon mieszka w Londynie razem z uzależnioną od alkoholu matką. Nie ma żadnego rodzeństwa, a jego ojciec nie istnieje w życiu rodziny od długiego czasu. Jasne jest to, że chłopak nie ma żadnego wsparcia ani nikogo, kto wskazałby mu drogę, doradził albo chociaż wysłuchał. Jego matka wymaga częstej opieki i wdaje się w dysfunkcyjne relacje z kolejnymi szemranymi namiastkami mężczyzn, jednocześnie zniechęcając Leona do wznowienia edukacji i przyjęcia jakiejkolwiek formy pomocy społecznej. Relacje chłopaka ze znajomymi są zaś bardzo powierzchowne i oferują mu wyłącznie krótkie chwile ucieczki od rzeczywistości. Jedyną pasją Leona stanowią siłownia i boks, ale brakuje mu wiary w siebie i odpowiedniego wsparcia, żeby obrać ścieżkę sportowca. W jego życiu pojawia się jednak szansa na zmianę, kiedy poznaje on młodą dziewczynę, na której szybko zaczyna mu zależeć.

Zawiedzie się jednak każdy, kto będzie liczyć na piękną filmową opowieść o wzajemnym ratunku dwóch uszkodzonych osób. Twiggy daje Leonowi nadzieję na pojawienie się czegoś pięknego w jego życiu, ale szybko okazuje się, że to bardziej skomplikowane, niż mogło się wydawać. Intencje i relacje skonfliktowanych bohaterów nie są oczywiste, a wszystkim – tak jak w prawdziwym życiu – rządzą przypadek i spontaniczne decyzje. Wyłania się z tego gorzka wizja rzeczywistości tłamszącej dopiero co podarowaną nadzieję na lepsze jutro. Nie bez powodu za tło historii Leona służą coraz brutalniej przebiegające zamieszki na tle rasowym (odpowiedź na zastrzelenie nieuzbrojonego czarnoskórego mężczyzny i zarazem nawiązanie do angielskich zamieszek z 2011 roku).

Przy okazji znajduje się tu także miejsce na komentarz dotyczący różnorodności postaw w obliczu takich zamieszek i zestawienie idealizmu z cynicznym oportunizmem. Z tym, że tutaj nawet ten pierwszy szybko przeobraża się w groźny fanatyzm, co dodaje tylko bardzo potrzebnej w takim filmie szarości. Nie ma tu jasno wskazanych winnych i jednoznacznie czarnych charakterów (może poza nieco przerysowanym partnerem matki Leona, ale istnieją i tacy). Nikt nie mówi nam, w jaki sposób powinniśmy interpretować to, co widzimy.

Jones wspaniale demonstruje swoje wyczucie nie tylko poprzez stonowane scenopisarstwo, ale również za pośrednictwem niezwykle przemyślanej formy. Kadry przykuwają uwagę i cieszą oko, ale przede wszystkim często wyrażają więcej niż cały dialog. Odpowiednie użycie światła i kolorów pozwala nam zrozumieć, co dzieje się wewnątrz małomównego Leona bez uciekania się do łopatologicznej ekspozycji. Kiedy chłopak spędza czas z Twiggy, na ekranie pojawia się słońce, którego normalnie raczej nie zobaczymy. Kamera z lubością skupia się na zmysłowym uroku dziewczyny i pozwala nam zrozumieć zachwyt Leona, który prawdopodobnie po raz pierwszy czuje takie emocje. Debiutujący na wielkim ekranie Marcus Rutherford z niezwykłym autentyzmem przedstawił postać zamkniętego w sobie (ale skłonnego do wybuchów) chłopaka, którego serce stopniowo zaczyna topnieć. Niepotrzebne są tu żadne wyznania, a mowa ciała aktora – opuszczona głowa, wzrok przegranego i brak pewności siebie wypisany na twarzy – mówią więcej niż tysiąc słów i łamią serce. Wszystko to można było łatwo zepsuć przesadnie łzawym czy wzniosłym zakończeniem, ale reżyserce udało się uniknąć i tej pułapki. Końcowa scena (a właściwie dwie sceny) są idealnym zwieńczeniem przedstawionej historii i swoistym katharsis dla widza. Całość kończy się w perfekcyjnym momencie i zostaje w głowie na dłużej.

Avatar

Mikołaj Lewalski

REKLAMA