search
REKLAMA
Recenzje

NIECH GADAJĄ. Meryl Streep w przegadanym filmie Stevena Soderbergha

Szymon Skowroński

14 grudnia 2020

REKLAMA

Steven Soderbergh to największy eksperymentator w hollywoodzkim mainstreamie. Jego błyskotliwa kariera zaczęła się w 1989 roku, kiedy w wieku 26 lat otrzymał Złotą Palmę w Cannes za reżyserski debiut – Seks, kłamstwa i kasety wideo. Od tamtej pory reżyser z sukcesem lawirował między wysokobudżetowymi produkcjami komercyjnymi a niezależnymi, autorskimi projektami. Ale nawet, gdy kręcił za duże pieniądze, dla dużego studia, nie bał się eksperymentować z treścią i formą. Wykorzystywał nielinearną narrację, łamał podstawowe reguły montażowe, używał sprzętu z lat 40., kręcił pełnometrażowe filmy iPhonem. Jego najnowszy film, Niech gadają, to kolejny z serii śmiałych, odważnych, nieszablonowych projektów: aktorzy improwizowali wszystkie swoje kwestie, posiadając jedynie zarys historii. 

Tytuł jest tu zresztą nieprzypadkowy i dwuznaczny: Niech gadają to przedstawiciel mumblecore’u, czyli niezależnego nurtu kina, w którym dialogi i kreacje aktorskie dążą do naturalizmu, nierzadko opierając się na częściowej improwizacji. Soderbergh jest jednak w swojej metodzie radykalny: główni wykonawcy nie dostali tutaj żadnych linijek do nauczenia, a zdjęcia przeprowadzono podczas prawdziwego rejsu wycieczkowego. Reżyser stawiał kamerę, rozmieszczał aktorów, a potem – „niech gadają”. I to nie byle jakich aktorów: Meryl Streep, dawno niewidziana Dianne Wiest, Gemma Chan, znakomita Candice Bergen i neurotyczny Lucas Hedges. Film jest głębokim i wnikliwym studium relacji między tą piątką. Streep gra utytułowaną pisarkę, Wiest i Bergen – jej przyjaciółki, Hedges – jej siostrzeńca, a Chan – jej agentkę. Wszyscy trafiają na pokład statku wycieczkowego. Zamknięta przestrzeń i krótki czas to idealne warunki dramaturgicznego pokazu. 

Brak scenariusza jest wyraźny – w naturalny sposób forma filmu układa się w szereg epizodów. Pod czujnym okiem Soderbergha cała piątka wznosi się na wyżyny kunsztu, jednak pierwsze skrzypce gra tu Bergen – jej rola to materiał na Oscara! To także najciekawsza postać: głęboko zraniona, zewnętrznie skonfliktowana, ukryta za fasadą kiczowatej charakteryzacji i kostiumu. Jej relacja z bohaterką Streep stanowi jeden z głównych wątków filmu, ale przeczucie podpowiada, że tak wcale nie musiało być. Improwizowany charakter filmu sprawił, że niektóre wątki w naturalny sposób wysunęły się naprzód – tam, gdzie najwięcej konfliktu i emocji, tam Soderbergh postanowił zagospodarować więcej przestrzeni i czasu. Zresztą reżyser samodzielnie montował materiał (co ma w zwyczaju robić od dwóch dekad, podpisując się pod swoją pracą montażysty jako Mary Ann Bernard), a to dało mu pełną kontrolę nad struktura i treścią. Równie interesująca jest relacja między postaciami Chan i Hedgesa. Niestety nie do końca udało się wykorzystać Dianne Wiest – dwukrotnej zdobywczyni Oscara, która grywa za rzadko i wciąż nie otrzymuje ról godnych swojego talentu. 

Mimo interesującego pomysłu wyjściowego i obecności znakomitych artystów po obu stronach kamery Niech gadają nie jest produkcją w pełni satysfakcjonującą. Druga część filmu rozjeżdża się dramaturgicznie – po niespodziewanym zwrocie akcji nie dzieje się już nic interesującego w kontekście rozwoju postaci. Soderbergh jest znany z bycia niesamowicie zdyscyplinowanym montażystą – jednym z niewielu, którym można zarzucić, że wycinają za dużo, a nie za mało materiału – a jednak tutaj wpadł w pułapkę przeciągania sekwencji. Po pewnym czasie seans staje się nieco nużący, chociaż nadrabia to znakomita scena między Bergen a Chan tuż przy finale. Ostatecznie widz pozostaje z wrażeniem, że poznał losy kilku interesujących postaci i obserwował ich zachowanie w sytuacjach kryzysowych, ale koniec końców zobaczył trochę za dużo. Do tej pory Soderberghowi udawała się sztuka tworzenia doskonale zrównoważonych (nawet jeśli niedoskonałych) filmów. Po raz pierwszy od czasów sequeli Ocean’s Eleven twórca pozostawia widzów z uczuciem przesytu.

Avatar

Szymon Skowroński

REKLAMA