search
REKLAMA
Archiwum

MIAMI VICE. Zawodzi wszystko poza stroną wizualną

Jacek Kozłowski

28 grudnia 2020

REKLAMA

Michael Mann jest tym z hollywoodzkich reżyserów, który każdym kolejnym filmem udowadniał, że kino akcji może być jednocześnie ambitne, gwiazdorskie i dochodowe. Niestety, jego dobra passa właśnie się skończyła. Kto pamięta gęstą atmosferę Gorączki czy Zakładnika, kto kojarzy tamte pozbawione fałszywych tonów scenariusze, czy też konsekwentne prowadzenie aktorów – ten na Miami Vice będzie przecierał oczy ze zdumienia. Mann podpisał się bowiem pod filmem, który przez 120 minut szuka swojej stylistyki. Szuka – i przynajmniej do napisów końcowych – nie znajduje. Najbardziej zagubiony jest jednak sam reżyser. I nie ma się czemu dziwić – Michael Mann w Miami Vice radykalnie zmienił środek ciężkości swego kina, przestawiając go z pozycji solidnego scenariusza na pozycję pustego efekciarstwa. I niby my, widzowie powinniśmy pozwolić mu na tę woltę. Ale jedno spojrzenie na zestawienie hitów z Hollywood wystarczy by zauważyć, że w efekciarstwo – nawet solidnie przygotowane – opływamy, podczas gdy dobrych scenariuszy jest w kinie ciągle za mało.

Mylił się ten, kto pierwszy powiedział, że od przybytku głowa nie boli. Otóż w kinie boli, a w kinie hollywoodzkim boli nawet w dwójnasób. Wszak założenie, że ograniczenia mogą okazać się twórcze, towarzyszy historii myśli filmowej od zawsze. Mimo to, Michael Mann skorzystał z okazji, by na własnej skórze przekonać się o prawdziwości starego porzekadła. A zrobił to usuwając ze swojej reżyserskiej drogi wszelkie trudności. Ze szczególnym wskazaniem na trudności finansowe. Miami Vice wygląda tak, jakby każde rozwiązanie wizualne, każdy mniej lub bardziej mądry pomysł, każda koncepcja ustawienia kamery – a już na pewno koncepcja jej przestawienia – były z góry akceptowane, technicznie opracowywane, a następnie ochoczo produkowane. Niejeden teledysk pozazdrościłby Miami Vice wizualnej dynamiki, precyzyjnej gry barwą, oryginalnego montażu, a przede wszystkim muzyki idealnie zgranej z obrazem (czytaj: tak samo jak obraz efekciarskiej). I gdyby Michael Mann na teledyskowości poprzestał – mielibyśmy w kinach po prostu dobry film rozrywkowy. Niestety, Mann wrócił myślami do całej swej filmografii, do wizerunku reżysera wyrastającego poza Hollywood, a wreszcie do swej wiernej widowni liczącej na akcję nie tylko ekranową, ale także intelektualną. Refleksja ta była zbędna i szkodliwa. Wszak który z filmów ma szanse na rynkowy sukces? Efekciarska produkcja, która efekciarską produkcją świadomie pozostaje? Czy efekciarska produkcja, która swoje efekciarstwo skrzętnie ukrywa? Mann najwyraźniej zawstydził się tym, co chciał nakręcić. Postanowił więc w teledyskowym cieście  Miami Vice umieścić kilka intelektualnych rodzynek. Niestety wyszedł mu zakalec.

Próby uczynienia z Miami Vice kina mądrzejszego, z góry skazane były na klęskę i do filmowo-kasowej klęski ochoczo zmierzały. Ekranowe efekty tych prób: sekwencje wzbogacające niesympatycznych, lansujących się przy porannej kawie policjantów o rozterki moralne – znalazły się zaś niebezpiecznie blisko groteski. Gra psychologiczna, którą, mimo tak fatalnej pozycji wyjściowej rozpoczyna Mann, nie może więc liczyć na dobry start. Szczególnie, że oryginalnością nie grzeszy już sam szkielet fabularny. Mann opowiada tu historię duetu gliniarzy, którzy zmieniają swe tożsamości i wnikają w coraz głębsze struktury mafii narkotykowej. Jeden z nich zakochuje się z wzajemnością w głównej księgowej narkobiznesu, a zarazem żonie i kochance szefa mafii. Co prawda scenarzysta próbuje raz po raz zabawiać się niuansami owej podwójnej gry, ale sprawni zazwyczaj aktorzy – Colin Farrell i zdobywca Oscara Jamie Foxx – nie zamierzają się już tak przemęczać.

A jeśli zarówno intryga, zbudowany wokół niej scenariusz jak i obsada zawodzą jednocześnie, to Miami Vice bronić się może jedynie imponującą stroną wizualną. Szkoda tylko, że Michael Mann nie pozwolił beztrosko zadziałać tym kolorowym, ruchomym obrazkom, wtłaczając pomiędzy malownicze pejzaże, drogie samochody i efektowne jazdy kamery także źle napisaną historię z morałem.

Tekst z archiwum Film.org.pl (23.08.2006)

Avatar

Jacek Kozłowski

REKLAMA