Recenzje
LATE NIGHT. Nieśmieszny film o komedii
W filmie LATE NIGHT komedia spotyka się z rzeczywistością, gdy świeża krew w zespole scenarzystów wywraca do góry nogami telewizyjny świat.
Katherine Newbury (Emma Thompson) to główna prowadząca kultowego telewizyjnego talk-show. Chociaż jej komediowa kariera była niegdyś pasmem sukcesów, obecnie jej program boryka się z niską oglądalnością. W celu odświeżenia przestarzałego formatu programu do zespołu scenarzystów postanawia zatrudnić nowego pracownika, najlepiej kobietę. Tym sposobem, w ramach tego, co świat anglojęzyczny zwie diversity hire (polityka zatrudnienia stawiająca na różnorodność), do zespołu składającego się z samych białych facetów dołącza dwudziestoparoletnia Molly Patel (Mindy Kaling), pół Amerykanka, pół Hinduska.
Chociaż brak jej doświadczenia w komedii, wykorzystuje swoje umiejętności z zakładu chemicznego, aby przeprowadzić szczegółową analizę efektywności pracy zespołu. Molly próbuje spełnić swoje marzenia, a także udowodnić niechętnym kolegom z zespołu i samej pracodawczyni, że ma talent. Czy jej się uda? Nie trzeba filmu oglądać, żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie.
Bo Late Night, wyreżyserowane przez Nishę Ganatrę (Dziewczyny, Mr. Robot) i napisane przez grającą główną rolę Mindy Kaling, to w swojej fabularnej strukturze przede wszystkim typowa, wtórna, komediowa opowiastka – klasyczne amerykańskie kino stylu zerowego. A szkoda, bo przecież z tylu ważnych, społecznie aktualnych tematów – problemu seksizmu w miejscach pracy, inkluzywności, ageizmu – wyłuskać można było znacznie, znacznie więcej.
Late Night świetnie radzi sobie przede wszystkim jako społeczna satyra i błyszczy w tych momentach, kiedy w inteligentny sposób żartuje sobie z politycznej poprawności. Poza tym film nie kryje w sobie żadnych niespodzianek. Do przewidywalnego zakończenia i wtórnego schematu fabularnego scenariusz Late Night dokłada tajemny składnik wszystkich komedii – wątek romantyczny. Pomijając fakt, że jest on całkowicie zbędny, trochę szkoda, że scenariusz poruszający ważne kwestie równościowe popada w tak oklepane schematy, zmuszając swoją bohaterkę, jedyną kobietę w swoim miejscu pracy, do nawiązania relacji z kolegą z biura.
Wszystkie te potknięcia można by Late Night wybaczyć, gdyby chociaż żarty wybijały się ponad przeciętność. Niestety, scenariusz Kaling serwuje nam same odgrzewane, nieśmieszne kotlety. A przypominam, że to film komediowy o komedii.
Nie zawodzi za to nawet przez chwilę Emma Thompson. Film niewątpliwie należy do niej, szczególnie w jednej dramatycznej scenie pod koniec filmu, w której daje popis swoich aktorskich umiejętności. Thompson zagrała nawet ostatnio podobną rolę power woman – polityczki Vivienne Rook w brytyjskim miniserialu Rok za rokiem, jednak Katherine Newbury najbliżej do Mirandy Priestly z Diabeł ubiera się u Prady.
Chociaż obie bohaterki łączy niezależność, bezkomp
Mimo to, po dość męczącym seansie na wrocławskim American Film Festival, byłam zupełnie zaskoczona przeciętnością tytułu, wokół którego został wytworzony ogromny medialny szum. Late Night chwalono na Sundance Film Festival, a Amazon stoczył bitwę o prawa do filmu, wydając na niego niebagatelną sumę 13 milionów dolarów, która sporo wykraczała poza zwyczajowe sumy wydawane na festiwalowe hity. Wyniki finansowe produkcji wypadają blado, co tylko świadczy o tym, że wtórna fabuła i kiepskie żarty nie skradły serc widzów, a Late Night nie zasłużyło na „przywilej naszego czasu”.
