Recenzje

DIABEŁ UBIERA SIĘ U PRADY. Bajka o współczesnym Kopciuszku

Autor: Tekst gościnny
opublikowano

Autorką tekstu jest Malwina Wodzicka.

[UWAGA! Tekst zawiera spojlery!]

„A million girls would kill for this job”

W dzisiejszym świecie wyścigu szczurów, w którym nie ma miejsca na moralność i wyrzuty sumienia, niełatwo być człowiekiem. Patrząc na priorytety przeciętnej, młodej kobiety, dla której najistotniejszą rzeczą jest odpowiednia metka na ubraniu, tudzież nowy kosmetyk modnej firmy, człowiek zaczyna się zastanawiać, do czego dąży ten świat i od kiedy średnia IQ osiągnęła nieprzyzwoicie niski poziom, nie pozwalający na wyższe procesy myślowe, a serce i duch zmniejszyły się do wielkości orzecha laskowego. Owładnięci potrzebą poczucia bezpieczeństwa, coraz częściej utożsamianego z finansowym dobrobytem, nie zauważamy w jak niekiedy absurdalnych sytuacjach przyszło nam uczestniczyć. Zgadzamy się na kompromisy, na które, mając wybór, nigdy byśmy nie poszli. Naturalnie, starając się zachować resztki godności gatunku ludzkiego, niektórzy upierają się przy istnieniu takiego wyboru – ale czy mają rację? Może po prostu są w tak komfortowej sytuacji, że mogą sobie na niego pozwolić. Niestety, coraz więcej osób jest zmuszonych do życia w przeświadczeniu o jednotorowości swojej egzystencji, której motywem przewodnim jest hasło „teraz albo nigdy”, powodujące nerwicę, nadciśnienie i skuteczne skrócenie życia o kilka lat. Na wyraźny przerost ambicji chorują również bohaterowie najnowszego filmu Davida Frankela – Diabeł ubiera się u Prady.

„Who is that sad little person?”

To raczej farsa, którą powinno się przyjąć z przymrużeniem oka i śmiać z niedorzeczności przedstawionego w niej świata.

Andreę Sachs poznajemy, gdy właśnie ma zacząć pracę, „za którą milion innych dziewczyn mogłoby zabić”, co niewątpliwie jest najczęściej powtarzanym zdaniem w tym filmie (zaraz obok niezwykle charakterystycznego dla postaci Meryl Streep „that’s all”). To, jak otrzymała posadę asystentki Mirandy Priestly – redaktorki pisma dla kobiet „Runway”, wciąż pozostaje dla mnie największym logicznym zgrzytem filmu. Dziewczyna z małego miasteczka, nie mająca zielonego pojęcia o modzie, zaczyna pracować w wydawnictwie, będącym mekką najsłynniejszych projektantów. Mało tego – do pracy przyjmuje ją sama naczelna, znana ze swej nieomylności i profesjonalizmu. „Do tej pory były zatrudniane same głupie dziewczyny i dla odmiany postanowiono zatrudnić kogoś inteligentnego” – to wytłumaczenie ma nam zamydlić oczy, byśmy uwierzyli, że ktoś, kto nie wie, jak pisze się „Gabbana”, zostanie wpuszczony do tego wyrafinowanego świata, nawet jeśli jego jedynym zajęciem miałoby być roznoszenie kawy. Oczywiście te zarzuty można by traktować poważnie jedynie wtedy, gdybyśmy mieli do czynienia z poważnym filmem, którym Diabeł… z pewnością nie jest. To raczej farsa, którą powinno się przyjąć z przymrużeniem oka i śmiać z niedorzeczności przedstawionego w niej świata. Osią filmu jest przemiana głównej bohaterki z brzydkiego kaczątka w kobietę w pełni świadomą samej siebie i swych potrzeb. Widząc, jak sukcesywnie zmaga się z kolejnymi przeciwnościami losu, jak w końcu zaczyna odnajdywać się w nowym świecie, aż trudno uwierzyć, że po tym wszystkim jest w stanie zrezygnować z tego, co osiągnęła. Czy coś takiego mogłoby zdarzyć się naprawdę? Jaka dziewczyna, mając pracę, „za którą milion innych mogłoby zabić”, rzuciłaby ją w imię zasad?! To się zdarza tylko w filmach…

„Dragon Lady”

Już na samym początku Andrea staje się świadkiem czegoś, co w książce zostało okraszone mianem „Klasycznej Paranoidalnej Pętli Runwaya”, tym razem towarzyszącej przybyciu „Lodowej Damy”. Mające wydźwięk wręcz apokaliptyczny, doskonale ukazuje, jak absurdalnymi zasadami kieruje się świat „na wysokich obcasach”, w którym jedno spojrzenie pani Priestly jest w stanie pogrzebać całą ludzką egzystencję. Goniąc za własnym ogonem, pracownicy „Runwaya” w pośpiechu sprawiają wrażenie pszczół przygotowujących się na przybycie Królowej Matki. I rzeczywiście – pierwsze wejście Mirandy, jej charakterystyczny sposób poruszania się i mówienia, noszą znamiona „boskiej wszechpotęgi”, jednoznacznie ukazując, jak silną i niezależną jest kobietą. Każdy kawałek jej stroju manifestuje przynależność do elitarnego grona ludzi, którzy rządzą tym światem. Nie pozwalając sobie na chwile słabości, stara się pogodzić życie zawodowe z życiem prywatnym. Jest symbolem szyku, doskonałości, sukcesu (do którego dąży się po trupach) i wreszcie władzy – od zawsze będącej jedną z największych pokus. Jest tytułowym diabłem w spódnicy, nowym bogiem świata mody, którego opinia jest nieomylna i ostateczna.

Ostatnio dodane