search
REKLAMA
Recenzje

KAWAŁEK ZIEMI. Pochwała życia na wsi

Krzysztof Nowak

3 grudnia 2020

REKLAMA

Choć obecnie, w związku z pandemiczną rzeczywistością, cztery pory roku kojarzą nam się przede wszystkim z nieuchronnym upływem czasu, to film koreańskiej twórczyni Yim Soon-rye zachęca do zatrzymania się i chłonięcia ciągle zmieniającej się natury. Tym samym można go odczytywać jako proekologiczny manifest zwracający uwagę na piękno otaczającej nas przyrody. Tutaj jednak do zadumy nad losem planety dociera się okrężną drogą. Zamiast bowiem wskazywać na zaniedbania człowieka w kwestii ochrony środowiska, pokazuje się harmonię między dwoma światami – ludzkim i biosferą – która może zaistnieć wyłącznie wtedy, gdy odpowiednio zadbamy o ten drugi.

Streszczenie fabuły potraktuję w tym przypadku jako recenzencki obowiązek, gdyż jest to jeden z filmów, w których takie działanie nie ma większego sensu. Nieskomplikowaną historię da się bezproblemowo zamknąć w jednym zdaniu: rozczarowana życiem w mieście Hye-won (Kim Tae-ri) wraca do rodzinnego miasteczka, żeby przypomnieć sobie smaki dzieciństwa przywoływane dzięki samodzielnie uprawianym warzywom i owocom, a jednocześnie spotkać się ze starymi przyjaciółmi. I tak też będzie wyglądała opowieść przez większość czasu. Pogawędki trójki znajomych (najczęściej przy smacznych przekąskach) przeplatają się tu z chwilami błogiego spokoju, kiedy bohaterka uprawia ziemię lub gotuje posiłki z jej szczodrych darów. Jeżeli taki zarys akcji wam nie odpowiada, to możliwe, że w Kawałku ziemi się nie odnajdziecie.

Zachęcam jednak do spróbowania, bo nieczęsto ma się do czynienia z produkcjami równie bezpretensjonalnie szczerymi. Próżno tu szukać filozoficznych rozpraw czy dramatycznych rozterek. Także emocjonalna droga protagonistki jest w gruncie rzeczy banalna: musi pogodzić się z matką, która porzuciła dziewczynę w momencie ukończenia szkoły. A pozostałe problemy?  Kwestia zostawionego w Seulu partnera, bardzo delikatnie nakreślona sympatia do Jae-ha (ręce same składają się do oklasków dla subtelności, z jaką reżyserka traktuje ten temat), próba znalezienia swojego miejsca na świecie. U podstaw wydźwięk historii jest ewidentnie melodramatyczny, co nie dziwi, zważywszy na to, że adaptuje ona mangę autorstwa Daisuke Igarashiego o zagranicznym tytule Little Forest. W związku z powyższym filmowi bliżej do kina japońskiego niż koreańskiego i porównałbym go do takich utworów jak Wilcze dzieci czy Naga wyspa, podkreślając jednocześnie, że wymiar tragiczny jest w Kawałku ziemi wyraźnie delikatniejszy.

A na co kładzie się największy nacisk? Na roślinność i jedzenie oczywiście! Kojarzycie Tampopo Itamiego? Jeśli nie, to nie szkodzi, choć jego znajomość pozwoli wam zrozumieć, jak smakowicie wyglądają serwowane przez bohaterkę potrawy. Mimo że pozbawione mięsa – reżyserka jest walczącą o prawa zwierząt zwolenniczką kuchni roślinnej – to nawet tak zatwardziałego mięsożercę jak ja podświadomie zachęcały do natychmiastowego udania się do sklepu, żeby zakupić składniki potrzebne do wykonania tych obłędnie wyglądających dań. Połączenie umiejętności reżyserskich, operatorskich i montażowych twórców sprawiło, że – niezależnie, czy na naszych oczach powstają właśnie tradycyjne koreańskie posiłki takie jak sujebi lub tteokbokki, czy obserwujemy zanurzone w wodzie postacie pracujące na polu ryżowym – okolica dziewczyny jawi się jako najpiękniejsze miejsce na globie. Znakomicie oddawane są też kolejne pory roku, zwłaszcza gdy wcześniej schowany pod puszystym śniegiem świat pokrywa się zielenią.

Wiele podobnych filmów mniej więcej w połowie historii gubi rytm. Ze względu na brak materiału nie ma bowiem czym wypełnić środka, w konsekwencji czego, zanim dotrzemy do finału, wkradają się momenty nudy. Koreańskie dzieło z łatwością unika tego mankamentu, co jakiś czas podrzucając nam retrospekcje ujawniające dawne pożycie córki i matki, tym samym cementując całość jako opowieść o wracaniu do korzeni i odnajdywaniu pierwiastka szczęścia głęboko zakopanego w odmętach traumatyzującego wspomnienia. To w gruncie rzeczy wyjątkowo spokojne joie de vivre.

W recenzji ewidentnie przemawia przeze mnie zachwyt, stąd zachowawcza ocena na koniec może wzbudzić zdziwienie. Nie wynika ona jednak z tego, że dostrzegam tu jakieś wyraźne wady – ot, po prostu przedstawiona historia wydaje mi się aż nazbyt zwyczajna. Nie zmienia to faktu, że w prostocie tkwi jej siła, a za największe zwycięstwo uznaję wzbudzenie ogromnej tęsknoty do życia blisko przyrody. Tak się bowiem składa, że wyemigrowałem ze wsi do miasta i obecna tu pochwała spokoju w pełni do mnie trafia. I chyba o tym właśnie jest ten film. O tym, że czasami brakuje nam w życiu odpoczynku, a długie chwile wyciszenia, nawet okupione ciężką pracą na roli, mogą się odwdzięczyć ze zdwojoną siłą. Czego by nie mówić, każdy z nas potrzebuje w końcu swojego kawałka ziemi.

Krzysztof Nowak

Krzysztof Nowak

Kocha kino azjatyckie, szczególnie koreańskie, ale filmami zainteresował się dzięki amerykańskim blockbusterom i ma dla nich specjalne miejsce w swoim sercu. Wierzy, że kicz to najtrudniejsze reżyserskie narzędzie, więc ceni sobie pracę każdego, kto potrafi się nim posługiwać.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA