Recenzje

JOJO RABBIT. Postrzelony Hitler und przestrzelony humor

Waititi dwoi się i troi, ale nie potrafi nic sensownego ukręcić z tego niemieckiego bata.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Lachen machen

Pamiętacie, jak w jednym z odcinków kultowych Przyjaciół Rachel chciała zrobić świąteczny deser, lecz na skutek zlepienia się dwóch stron książki kucharskiej zastosowała dwa różne przepisy? Wyszło jej wtedy niejadalne trifle z wołowiną i groszkiem, według Rossa smakujące niczym stopy. Podobną niestrawność wywołuje niestety Jojo Rabbit, który sprawia wrażenie, jakby twórcom zlepiły się strony dwóch różnych scenariuszy.

Piszę „niestety”, ponieważ potencjał tego projektu był praktycznie samograjem. Ot, dziesięcioletni chłopiec, który dorasta w Niemczech, fascynuje się nazizmem i szkoli na przyszłego żołnierza III Rzeszy, kumpluje się w swojej wyobraźni z samym Führerem. Ten, jak nietrudno się domyślić, jest ekscentryczną wersją samego siebie, godną dawnych wyczynów Charliego Chaplina (ale bez zabawki w postaci globusa; za to wiecznie z fajkami u boku, co wydaje się dość dziwne, zważywszy na powszechnie znaną niechęć Adolfa do wyrobów tytoniowych). Dorzućmy do tego ukrywającą się w domu głównego bohatera – tytułowego Jojo – pyskatą Żydówkę, czyli osobę, na którą teoretycznie powinien polować jak myśliwy na, nomen-omen, króliki, i mamy rzecz, która po prostu musiała wypalić. I, sądząc po liczbie nagród, nominacji oraz pochwał, jakie spadły na film Taiki Waititiego (ponoć samego o żydowskich korzeniach), to wypalił jak dobrze naoliwiony luger – ewentualnie wstrzelił się w tłum jak messerschmitt. Szkoda tylko, że prosto widzom w twarz.

Wszelkie niepokojące chwile Waititi detonuje za pomocą pokracznego slapsticku, a z samego Hitlera robi w sumie pociesznego pana o dobrym sercu, ale ze źle ulokowanymi uprzedzeniami.

I tak, piszę tu w liczbie mnogiej, ponieważ nie tylko na kinowej sali przez bite dwie godziny panowała raczej grobowa cisza, okazjonalnie przerywana zabawą komórkami, miast pożądanymi w każdej komedii salwami śmiechu; ale też poza nią łatwo można usłyszeć i/lub wypatrzeć mocno nieprzychylne tej produkcji opinie. Skąd więc aż sześć nominacji do legendarnej i pożądanej statuetki Oscara (w tym dla filmu roku) oraz wspomniane peany na cześć pomysłu, jego aranżacji i wykonania autorstwa nowozelandzkiego reżysera (który, żeby było zabawniej, sam wcielił się w Hitlera)? Dobre pytanie.

Nie wiem – byłoby trafną odpowiedzią. Nie wiem, bo może ja obejrzałem ostatecznie jakiś inny film lub też nie do końca pojąłem, co proponuje mi Waititi. Gorzej, że on sam też chyba tego nie wie, gdyż naprawdę trudno wyciągnąć z całej tej farsy sensowne wnioski. Rzecz jasna poza tymi, którymi obrywamy w pysk – w finale nawet dość dosłownie – czyli, że nazizm i cała ta niemiecka fanaberia są be (w 75 lat po wojnie to jakby żadne odkrycie), a przyjaźń, niekoniecznie obojga narodów, oraz miłość są spoko (to w sumie w ogóle żadne nowiny). Poza tym jednak nie ma tu ani jednej większej myśli przewodniej, która scalałaby to dzieło i nadawała mu sens.

Ba! Nie ma też spójności wizji oraz reguł świata przedstawionego. Reżyser niby zręcznie operuje kolorową swastyką i przerzuca nad drutem kolczastym kolejne skecze oraz sceny, które same w sobie bywają małymi perełkami. Lecz cóż z tego, skoro zupełnie do siebie nie przystają i nie składają się razem w satysfakcjonującą całość. Brakuje im albo emocjonalnego, albo dramaturgicznego podbudowania, przez co zdają się istnieć jakby obok siebie, działając na zasadzie pojedynczych skeczy przeplatanych szczątkami fabuły, której poszczególne wątki są bardzo swobodnie porzucane.

Mam zresztą wrażenie, że tu w ogóle nie było solidnego scenariusza, tylko sam koncept Hitlera będącego przyjacielem dziecka, któremu ktoś dodatkowo podłożył świnię w postaci juden mädchen. Ale dychotomia obu tych duetów robi się nudna po którymś z kolei spotkaniu i nie bawi jak powinna. Bo Jojo… jako komedia jest zupełnie nieśmieszny. Sympatyczny od początku do końca, jako takiego banana utrzymujący relatywnie stale na twarzy. Ale żartów autentycznie bawiących ma może w całym przekroju kilka i, co ciekawe, niemal wszystkie dotyczą nieporadności aryjskiej dzieciarni na wojennych szkoleniach. A te stanowią jedynie tło – zagrychę dla głównej atrakcji imprezy: wódki (z) wodza.

Jako dramat produkcja ta też się nie sprawdza, bo raz, że dominuje tu jednak komedia – mało zabawna, ale zawsze – a dwa, że ekranowa Germania jest stylistycznym chaosem, gdzie obok nieproszonych, autentycznie budzących niepokój gości w czerni oraz wisielców na rynku egzystują sobie w ramach tej samej społeczności ekscentryczne indywidua o wyraźnie homoseksualnych ciągotach. I jest to przedstawione niestety w taki sposób, że podkopuje jakąkolwiek wiarygodność opowieści – generalnie mało zgodnej z historycznymi faktami, co tym bardziej wzbudza wątpliwości sięgania po nie w pierwszej kolejności. Kiedy więc w finale Sam Rockwell zaczyna paradować w kolorowych ciuszkach wyjętych z szafy RuPaula, to nie wiadomo jak zareagować, gdyż w kontekście tego, co dzieje się wokół, taki gag kompletnie się nie sprawdza – nawet z perspektywy dziecka.

Gdy Quentin Tarantino rewidował Bękartami wojny znane fakty, odpowiednio się do nich dopasowując, to proponował nam alternatywną rzeczywistość z lekko przerysowanym, ale wciąż realistycznie bestialskim, budzącym odrazę Hitlerem i z potrafiącą przerazić bezdusznością gwiazdą nazistowskich filmów akcji u jego boku. A gdy Roberto Benigni rozsadzał obóz koncentracyjny humorem, twierdząc, że „życie jest piękne”, to czynił to w ramach odgórnie ustalonej i podskórnie przerażającej dramaturgii oraz powagi sytuacji. Waititi błąka się pomiędzy jednym a drugim rozwiązaniem, akcję umieszczając w wesołym niemieckim miasteczku. Nie posiada ono żadnych zasad i wypełnione jest miałkimi karykaturami ludzi właściwie niezdolnych do ludzkiej krzywdy, a zatem nie budzących prawdziwej grozy ani razu (jeden dobrze czujący się w roli Stephen Merchant praskiej wiosny nie czyni). W ostatecznym rozrachunku większość z tych epizodów jest zbędna. Naprawdę nie wiem, po co na ekranie pojawiają się tacy Alfie Allen czy Rebel Wilson.

Nie wiem też, jakim cudem Scarlett Johansson dostała za swoją rolę nominację do Oscara. Zbyt mało jej na ekranie i ani na moment nie wychodzi poza aktorską przeciętność – podobnie jak Laura Dern w Historii małżeńskiej po prostu sobie jest i tyle. Grać w sumie i tak nie ma co, bo scenariusz jej na to nie pozwala – nawet w scenie pozornie dającej jej większe pole do popisu reżyser z łatwością podcina swej gwieździe skrzydła, dusząc w zarodku całe drugie dno oraz skutecznie zabijając klimat danej chwili. Podobnie czyni z całą resztą swojego dzieła, w którym wszelkie niepokojące momenty detonuje za pomocą pokracznego slapsticku, a z samego Hitlera robi w sumie pociesznego pana o dobrym sercu, ale ze źle ulokowanymi uprzedzeniami. Ot, taki nazistowski Pan Tik-Tak – nadający się na niedzielny poranek w telewizji śniadaniowej, gdzie mógłby bezpiecznie dbać o poziom cukru u gości, lecz nic ponad to.

A skoro już wracamy do kulinarnych odniesień, to powyższa recenzja wcale nie musi psuć nikomu apetytu na zapas. W końcu rzeczony deser Rachel ze smakiem pochłonął Joey, jedynie się przy tym oblizując. No, ale on był niezbyt rozgarnięty i jadał nawet książki…

Ostatnio dodane