Recenzje

JOJO RABBIT – RECENZJA FILMU. We could be heroes, just for one day

Taika Waititi nie przeraził się tematyki i gróźb przewrażliwionej społeczności, jaką jest... Internet. Doprowadził wizję do końca, kręcąc przy tym swój najlepszy film.

Autor: Jan Tracz
opublikowano

Oczy szeroko zamknięte

Nie wolno żartować z Adolfa Hitlera. Tak mówi każda ze stron politycznych, zarówno lewica, jak i prawica, zarówno ludzie o poglądach konserwatywnych, jak i tych bardziej liberalnych. Pewien znany psycholog, J. Peterson, poświęcił nawet cały rozdział w swojej książce, by wyjaśnić czytelnikowi negatywne reperkusje płynące z tego typu zachowań. Żyjemy w czasach, w których ludzie są równie przewrażliwieni, co pamiętliwi. I w tym gnuśnym dla ludzkości momencie Taika Waititi przybywa z czarną, groteskową komedią o tym, czym tak naprawdę jest bycie nazistą, kiedy mamy dziesięć lat i nikłe pojęcie o świecie. Albo czym jest bycie dzieckiem/człowiekiem w ogóle. Poszukując sensu istnienia drobnego chłopca w dużym, złym świecie, Waititi w inteligentny sposób demitologizuje ówczesną codzienność zwykłego Niemca. Najpierw nas rozluźnia, potem wprawia w zakłopotanie – Jojo Rabbit podziała lepiej niż niejeden dokument o wojennym terrorze.

Ktoś powie – oportunista. Inny powie – fanatyk. Ja powiem – chłopiec szukający celu w swoim nieco smutnym życiu.

Ślepy nacjonalizm od zawsze był hańbą dla każdego narodu i o tym głównie traktuje to szalone opus magnum Waititiego. Tytułowy Jojo ma dziesięć lat, kochającą mamę, najlepszego przyjaciela i zbyt wiele czasu dla siebie. Mógłbym w sumie napisać, i tak więc też zrobię, że za bardzo mu się nudziło – postanowił więc wstąpić do brunatnych Hitlerjugend. Stwierdził, że będzie wspierać swojego wodza, Adolfa Hitlera, w jak najlepszy możliwy sposób. Nie wierzy jednak w to, co mówi, czego słucha, w kwestie, które wypowiadają jego rówieśnicy, przełożeni, nawet sąsiedzi. Pociągają go jedynie mundury od Hugo Bossa i pochwały za wykonywane działania. Ktoś powie – oportunista. Inny powie – fanatyk. Ja powiem — chłopiec szukający celu w swoim nieco smutnym życiu.

Rozpoczynająca film piosenka to nic innego jak niemiecka wersja „I Want to Hold Your Hand” The Beatles, nałożona na stare urywki hitlerowskiej euforii i przemówień Führera. Bardzo wymowny wstęp, zarówno czwórka chłopaków z Liverpoolu, jak i wąsaty Austriak wywoływali takie same stany emocjonalne, ogromny szał, w którym ludzie przekrzykiwali się i zapominali o bożym świecie. Waititi wprowadza nas do tego okrutnego świata, gdzie pochodzenie żydowskie wiąże się z automatyczną śmiercią, a prawdziwy dyktator-fanatyk traktowany jest jak guru czy wręcz bożek. Sam Jojo ma jednak kompletnie inne wyobrażenie o Hitlerze. Dla niego to wyidealizowany przywódca, zabawny, ludzki, chcący wszystkiego dobrego, pokoju; osobnik, którego myśli są w pełni normalne. I co się dzieje? Podświadomość młodzieńca wytwarza mu jego najlepszego, wyimaginowanego kumpla… Adolfa Hitlera (wspaniały Taika Waititi). Pozostaje pytanie, dlaczego tak się dzieje i jaka historia się za tym kryje?

To historia o poszukiwaniu. Poszukiwaniu na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, Waititi czerpie z klasycznych, amerykańskich filmów lat 50. i prezentuje nam wątek odkrywania przez Jojo ojcowskiego wzorca, osoby godnej naśladowania. Parę lat wcześniej utracił ojca, ponieważ ten wyruszył na wojnę – jedni mówią, że podobno zginął, drudzy, że uciekł z armii, niektórzy szepczą, iż konspiruje z przeciwnikiem. Mały zwolennik Adolfa Hitlera doszukuje się ojca w godnym zaufania, troszkę queerowym Kapitanie Klenzendorfie (Sam Rockwell), a trochę w samym Hitlerze. Dziecięca imaginacja, ale również dziecięca łatwowierność fundują mu lekcję życia. Do tego mieszka sam z matką (Scarlett Johansson), która tak samo potrzebuje wsparcia. Jojo otrzymuje wyzwanie największe ze wszystkich – dorosnąć jak najszybciej i stać się integralną częścią swojego domu, społeczności, państwa. Ale tylko od niego zależy, jaką ścieżkę wybierze: czy wróci do normalnego trybu życia, a może nazistowska otoczka całkowicie go pochłonie?

To przypowieść o poznawaniu siebie, wykluczaniu przeciwieństw, rasowo-społecznych antypatii.

Pewnego razu chłopiec słyszy dźwięki dobiegające z góry, z pokoju mamy. Odkrywa tam tajne przejście, gdzie ukrywa się Elsa (Thomasin McKenzie), wrażliwa dziewczyna żydowskiego pochodzenia. Z początkowych animozji – on „nienawidzi” Żydów, ona nienawidzi SS – rodzi się nić porozumienia, a z niej kiełkuje pewnego rodzaju uczucie. Jedni mówią na nie „love”, inni „amore”, my natomiast piszemy „miłość”. To przypowieść o poznawaniu siebie, wykluczaniu przeciwieństw, rasowo-społecznych antypatii. Duża część filmu składa się z rozmów pomiędzy tą dwójką, a my oglądamy, uśmiechamy się, cieszymy z wytwarzającej się wokół nich aury sympatii. Wszyscy mieliśmy takie momenty z drugą osobą, bardzo integrujące, dlaczego nie przeżyć ich jeszcze raz?

Jojo Rabbit jest składową wielu stylów i konwencji. Akcja dziejąca się na obozie szkoleniowym przypomina harcerskie dzieje z Moonrise Kingdom, sporo tu również wojennego humoru, podobnego do Bękartów wojny. Koniec końców są to pojedyncze sytuacje, cały film został nakręcony przez pioniera wariatkowa, na zmianę zabawne i przytłaczające wątki historii obejmują widza, a powstały klimat i ironiczne spojrzenie na świat III Rzeszy uświadamiają, że kontrowersje wokół tego tytułu były zupełnie niepotrzebne.

Taika Waititi nie zmienia biegu wydarzeń, Hitler popełnia samobójstwo, Berlin upada, Rzesza przegrywa. Wraz z biegiem czasu i wojennymi cezurami para bohaterów przechodzi wyboistą, łączącą ich duszę drogę. Tuż po zakończeniu konfliktu postanawiają zrobić najnormalniejszą rzecz na świecie. Jaką i dlaczego tytuł tego tekstu jest taki, a nie inny? Sprawdźcie sami.

Ostatnio dodane