search
REKLAMA
American Film Festival 2021

ITALIAN STUDIES. Ambientowa Vanessa Kirby

„Italian Studies” to dość ciekawy przypadek filmu, który z jednej strony jest mocno schematyczny i oparty na raczej mało inspirującym motywie, z drugiej strony jednak fascynuje, momentami...

Tomasz Raczkowski

16 listopada 2021

REKLAMA

Wszystkim nam zdarzyło się zapewne kiedyś nie poznać jakiejś osoby lub nie potrafić przypomnieć sobie sytuacji, o której ktoś nam mówi. Taka banalna niezręczność w sztukach narracyjnych jest jednak zazwyczaj czymś więcej niż potknięciem ludzkiej pamięci i stanowi punkt wyjścia (lub przynajmniej pretekst) do fabuły zbudowanej wokół motywu utraty pamięci, powielenia osobowości czy paranoi głównej postaci. Tak mniej więcej wygląda zaczyn Italian Studies Adama Leona, który najbardziej lapidarnie można by opisać jako „film, w którym Vanessa Kirby błąka się w amnezji po Nowym Jorku”.

Do opisanego już wyżej punktu wyjścia dorzucić wypada kilka dodatkowych detali – bohaterkę graną przez Kirby poznajemy, nie wiedząc o niej w zasadzie nic, jej nazwisko i profesja zostaną nam wyjawione dopiero w trakcie rozwijania pokawałkowanej opowieści. W pierwszej sekwencji widzimy ją na sesji nagraniowej w towarzystwie męża i młodej dziewczyny, której protagonistka nie poznaje, ale która zna ją. Ich rozmowa uruchamia stanowiącą główną treść filmu retrospekcję, ukazującą, jak faktycznie doszło do spotkania dwóch kobiet. Uwaga na spojler – główna bohaterka doznała gwałtownej amnezji i zaczęła błąkać się po mieście, nie wiedząc, kim jest ani dokąd się udać, i rozpoczynając przypadkowe znajomości z napotkanym ludźmi.

O fabule Italian Studies nie można powiedzieć wiele więcej bez zdradzania szczegółów. Historia oparta jest na dość luźno powiązanych i łamiących chronologię epizodach, w których Alina (bo tak, jak się dowiadujemy wraz z nią, ma na imię) prowadzi swoją wędrówkę przez Manhattan i próbuje z odkrywanych przypadkowo kawałków poskładać swoją tożsamość. Ważnym towarzyszem jej błąkania jest nastolatek Simon, który zagaduje do niej w barze z hot dogami i z którym kobieta zaprzyjaźnia się, dołączając na chwilę, jak dziwaczka lub efemeryczna zjawa, do jego kręgu znajomych. Równie ważną rolę w fabularnej strukturze filmu pełni tytułowy zbiór opowiadań – katalizuje on tożsamość Aliny i służy jako swoisty punkt zaczepienia, pozwalający jej z grubsza nawigować w nie do końca zrozumiałym świecie, w którym nagle się znalazła. Z fragmentarycznej narracji wyłania się delikatnie poetycka opowieść o życiowych rozterkach, poszukiwaniach sensu i poczuciu osaczenia czy też zagubienia w rzeczywistości – w przypadku bohaterki metaforycznego, ale też całkiem realnego w jej stanie.

Jednak chyba ważniejszym od fabuły elementem Italian Studies jest jego forma – meandrująca, oparta na kręconych w miejskim zgiełku onirycznych scenach i pracy kamery na przemian niemal dotykającej Kirby i odsuwającej się na szersze plany. Momentami film Leona może przywodzić na myśl słynne miejskie sekwencje z Jeanne Moreau z Windą na szafot i Nocy, tym bardziej że Vanessie Kirby udaje się kreować równie frapujące postaci co Francuzce. Operator Brett Jutkiewicz wydaje się niemal równorzędnym twórcą filmu obok jego reżysera. Jeśli Italian Studies wybija się jakimś elementami jako intrygująca autorska propozycja, to są to właśnie klimatyczne zdjęcia, dające efekt dryfowania wraz z bohaterką, i intrygująca, nie do końca jednoznaczna kreacja Kirby, znakomicie odnajdującej się w luźnej strukturze ulicznych kadrów. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że sednem Italian Studies jest właśnie to doświadczenie snucia się po mieście, a narracyjny szkielet służy tu tylko za szkielet właśnie, dający alibi ambientowej formie.

Bo na płaszczyźnie fabuły bywa różnie, ale raczej trąci banałem. W jednej ze scen Alina opowiada na imprezie o opowiadaniu ze zbioru Italian Studies, w którym „młody chłopak pali dużo trawy i ma problemy z życiem”, na co wygadana nastolatka odparowuje, że to dość stereotypowe, mało odkrywcze podejście do tematu. Ten sam zarzut można sformułować do filmu Leona – motyw utraty pamięci jest po prostu wygodny do uzasadnienia formuły, którą realizuje reżyser, ma też kilka prostych mechanizmów ułatwiających narracyjne przejścia i luźne powiązywanie wątków. Twórcy skwapliwie korzystają z tych furtek, ale można odnieść wrażenie, że niespecjalnie mówią coś o samej protagonistce. Uruchomienie retrospekcji i włożenie jej w ramę wspomnienia przytoczonego w rozmowie jest nieco rozczarowujące (od razu odejmuje trochę zagubienia samemu widzowi i de facto określa na wejściu finał historii), a wszystkie rozmowy i sytuacje, w które wikła się Alina, niewiele mówią o jej wewnętrznych odczuciach. Nie ma nawet w zasadzie sugestii, że pod patrzącymi ni to pusto, ni to hipnotyzująco oczami Vanessy Kirby dzieją się jakieś bardziej skomplikowane rzeczy niż na powierzchni. Wszystkie sensy i elementy składowe portretu postaci dostajemy wprost, a w sferze sugestii i domysłów (w takiej poetyce zazwyczaj najciekawszej) zostaje bardzo niewiele.

Ciekawiej prezentuje się już wątek nastolatków z Simonem na czele. Mają oni okazję do zaprezentowania częściowo improwizowanych monologów i dialogów, z których reżyser wraz z bohaterką próbuje wydobyć coś na kształt ducha/głosu pokolenia. Wypada to zadziwiająco naturalnie i bezpretensjonalnie, co należy przypisać sporej umiejętności pracy z młodzieżą Leona, ale także uznać za atut naturszczyków, których zaprosił do udziału w tych scenach. Wątek nastoletnich refleksji to w zasadzie druga równoległa historia i to też jest pewnym problemem Italian Studies – skądinąd udane sekwencje z młodymi aktorami i aktorkami pojawiają się trochę z innego porządku i trochę za bardzo widać na nich szwy, wynikające z raczej pretekstowego zaczepienia w głównej historii. To jednak detal, który będą Leonowi wypominać tylko marudni krytycy, bo zasadniczo nie zaburza to płynności odbioru, zwłaszcza w drugiej połówce filmu, gdy więcej elementów układanki jest już na miejscu.

Italian Studies to dość ciekawy przypadek filmu, który z jednej strony jest mocno schematyczny i oparty na raczej mało inspirującym motywie, z drugiej strony jednak fascynuje, momentami naprawdę wciągając swoją niespieszną, pogmatwaną strukturą. Na pewno film straciłby znaczną część jakości bez Vanessy Kirby, która niesie go swoją charyzmą i nienagannym warsztatem, za co w zamian otrzymuje naprawdę sporo uwagi kamery i, co za tym idzie, przestrzeni do stworzenia niewymuszonej popisówki aktorskiej. Popisówki w filmie na pewno pięknym wizualnie i w wielu miejscach ciekawym, jednak również trochę rozczarowującym finalną prostolinijnością treści. Ale może w tym przypadku formalne piękno ma swoją cenę.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA