search
REKLAMA
Recenzje

GOOD TIME (2017). Aktorska dojrzałość Roberta Pattinsona

Dawid Myśliwiec

12 listopada 2017

REKLAMA

Good Time rozpoczyna się od potężnego zbliżenia na sporych rozmiarów twarz Benny’ego Safdiego, współreżysera oraz odtwórcy jednej z głównych ról w filmie. Zoom trwa dłuższą chwilę, zaś po chwili kamera z równie nienaturalnie małej odległości ukazuje oblicze psychologa, rozmawiającego z odtwarzaną przez Safdiego postacią upośledzonego Nicka Nikasa. Już po chwili do gabinetu z hukiem wpada jego brat Connie (Robert Pattinson), który w obcesowy sposób przerywa sesję. Niedługo potem widzimy Nikasów rabujących bank i uciekających przed policją, a to tak naprawdę dopiero początek opowiedzianej w szaleńczym tempie historii.

Film braci Benny’ego i Josha Safdiech, znanych dotąd z licznych krótkich metraży i niezależnej fabuły Bóg wie co (2014), nie jest typowym heist movie. Otwarcie Good Time jasno sugeruje, że jest to dzieło zorientowane społecznie, w którym fatalne życiowe położenie głównych bohaterów ma dla historii równie duże znaczenie, co same kryminalne wydarzenia przedstawione na ekranie. Connie i Nick to typowe ofiary ubóstwa, które wobec beznadziejnej sytuacji bytowej walczą o przetrwanie w każdym możliwy sposób. Synowie greckich imigrantów, wychowani przez wiekową babcię, szukają poprawy bytu w przestępczej działalności, która ma zapewnić im ucieczkę z miasta i odbicie się od dna. Napad na bank wydaje się iść po myśli braci, ale gdy Nikasowie uciekają z miejsca zbrodni taksówką, w torbie z pieniędzmi wybucha paczka z barwnikiem, którego bank użył dla zabezpieczenia gotówki. Choć początkowo wydaje się, że mimo tej wpadki uda im się zbiec przed policją, Nick zostaje złapany, a pozostający na wolności Connie musi za wszelką cenę znaleźć sposób, by wydostać chorego brata z więzienia.

Niech was nie zmyli potoczystość powyższego opisu – wszystkie to dzieje się w Good Time w takim tempie, że aż trudno nadążyć za zmieniającą się sytuacją. Reżyserska maniera Safdiech – wspomniane we wstępie potężne zbliżenia czy zamiłowanie do gęstego montażu – zapewne nie wszystkim przypadnie do gustu, ale to właśnie dzięki niej historia opowiadana przez braci-filmowców angażuje widza bez reszty. Jednak to nie oryginalność samej treści, lecz sposób jej podania, jest w Good Time najistotniejszy. Błyskawiczne tempo oraz liczne zwroty akcji powodują, że film braci Safdiech ogląda się niczym nagranie z kamery GoPro z rzeczywistej przestępczej akcji. Po tym, jak Nick zostaje aresztowany, głównym bohaterem zostaje wymykający się schematom Connie. Trudno jednoznacznie ocenić tego bohatera i jego wybory – z jednej strony troszczy się o brata i stara się wyciągnąć go z więzienia, z drugiej jest zdolny do najgorszego, by dotrzeć po trupach do celu. Jego ludzka strona zaczyna się i kończy na relacjach braterskich, litości nie okazuje zaś nawet tym, którzy chcą mu pomóc.

Good Time zyskuje bardzo wiele dzięki znakomitemu aktorstwu i niesamowitej ścieżce dźwiękowej. To pierwsze to zasługa przede wszystkim Roberta Pattinsona, który na dobre zerwał już ze swoim wizerunkiem ze Zmierzchu i na każdym kroku udowadnia, że dojrzał aktorsko. Bracia Safdie zadbali jednak także o drugi plan: świetną Jennifer Jason Leigh w roli histerycznej sympatii Conniego czy też znakomitego Buddy’ego Duressa jako nieco przygłupiego – i mimowolnego – sprzymierzeńca głównego bohatera. Good Time nie potrzebuje licznej obsady – tych kilkoro graczy wypełnia każdy kadr energią i emocjami, które dodatkowo podbija fenomenalna, „kwasowa” muzyka Daniela Lopatina występującego tu pod pseudonimem Oneohtrix Point Never. Razem z dynamicznymi zdjęciami prawdziwego weterana amerykańskiego kina niezależnego Seana Price’a Williamsa tworzy prawdziwie pulsujący spektakl, z którego wychodzi się niczym po ostrej imprezie.

Po kilkunastu latach pracy na nazwisko poza mainstreamem, bracia Safdie z przytupem weszli na wyższy poziom realizacyjny. Pracując z wyższym budżetem i znanymi nazwiskami, uzyskali piorunujący efekt, będący odtrutką na konwencjonalne kino sensacyjne. Kto wie, czy nie jesteśmy właśnie świadkami narodzin kolejnego znakomitego braterskiego duetu reżyserskiego.

Avatar

Dawid Myśliwiec

Zawsze w trybie "oglądam", "zaraz będę oglądał" lub "właśnie obejrzałem". Gdy już położę córkę spać, zasiadam przed ekranem i znikam - czasem zatracam się w jakimś amerykańskim czarnym kryminale, a czasem po prostu pochłaniam najnowszy film Netfliksa. Od 12 lat z różną intensywnością prowadzę bloga MyśliwiecOgląda.pl.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA