Recenzje

GODZILLA (1998). Czemu to nie wyszło?

"Godzilla" to film straconej szansy...

Autor: Rafał Donica
opublikowano

MIAŻDŻENIE POTWORA

O przymiarkach do nakręcenia amerykańskiej wersji „Godzilli” zaczęło być głośno w drugiej połowie lat 90-tych. Wtedy to właśnie swój reżyserski sukces świętował Jan De Bont (rewelacyjny, debiutancki „Speed”) i wykwitła pogłoska, że właśnie on wyreżyseruje japońskiego potwora na ziemi USA. Później nastąpiło kilkanaście miesięcy ciszy w eterze i dopiero w roku 1998 mogliśmy ponownie usłyszeć słowo ‚Godzilla’ powiązane ze słowami ‚amerykańska wersja’. Stołek reżysera trafił ostatecznie pod szanowne 4 litery Rolanda Emmericha, który po naprawdę niezłym „Uniwersalnym żołnierzu” (1992) zrealizowanych z dużym rozmachem „Gwiezdnych wrotach” (1994) i niespotykanym, spektakularnym sukcesie „Dnia Niepodległości” (1996) zyskał sławę reżysera fantastycznych, zrobionych z wielkim rozmachem widowisk.

Ktoś z taką etykietką zdawał się idealnie pasować do ujarzmienia giganta, jakim zarówno symbolicznie jak i fizycznie Godzilla bez wątpienia była. Pierwszy reklamowy teaser produkcji Emmericha powodował gęsią skórkę i kazał oczekiwać nietuzinkowego filmu. Jeśli ktoś nie widział wspomnianej reklamówki, szybko przypomnę, że mogliśmy w niej zobaczyć jedynie olbrzymią łapę Godzilli, która wdzierając się przez szklany sufit muzeum, rozdeptuje maleńki (w porównaniu do łapu Godzilli oczywiście) szkielet T-Rexa, ku przerażeniu szkolnej wycieczki podziwiającej rozmiary wielkiego dinozaura. W obliczu takiej śmiałej, swoistej deklaracji i pokazu siły nadchodzącego dzieła Emmericha, należało spodziewać się filmu, który zdeklasuje dzieło Stevena Spielberga. Jak się miało jednak okazać po premierze, „Godzilla” przebiła „Park Jurajski” jedynie rozmiarem potwora, ale to przecież nie podlega żadnej dyskusji czy ocenom 😉


Bohaterowie krzątający się po ekranie w Godzilli to jedna z największych pomyłek obsadowych w historii kina; dziwnie lalusiowaty Matthew Broderick zdecydowanie nie pasował do postaci sprytnego i rezolutnego naukowca, który nagle trafia w samo serce akcji.

Co zatem w filmie Emmericha nie wypaliło, nie zagrało, nie zaiskrzyło, kto okazał się najsłabszym ogniwem, kto nie dał rady, kto musi odejść? Okazuje się, że po trochu wina leżała w niemalże każdym elemencie filmu. Kulał scenariusz, brakowało bohatera z ‚jajami’, i choć jaj samej Godzilli w filmie nie brakowało – to również okazało się być chybionym na całej linii pomysłem. Bohaterowie krzątający się po ekranie w „Godzilli” to jedna z największych pomyłek obsadowych w historii kina; dziwnie lalusiowaty Matthew Broderick zdecydowanie nie pasował do postaci sprytnego i rezolutnego naukowca, który nagle trafia w samo serce akcji. Zresztą nawet nazwisko naszego profesora to kiepski żart twórców filmu, którzy nazwali go Dr Niko Tatopoulos (nazwisko głównego bohatera wzięło się od nazwiska Patricka Tatopoulusa – który współtworzył efekty specjalne w „Godzilli” i odpowiedzialny był za jej ‚design’) i próbowali w filmie przekuć ten niefortunny pomysł w żart – jak się okazało, średnio śmieszny. Niewypałem jeszcze większym od Brodericka okazał się w „Godzilli” Jean Reno i cały wątek z ‚Francuzami’, który ni to intrygował, ni śmieszył, ni bawił. Dodajmy do tego średnio interesujące relacje miłosne Tatopulusa z filigranową Marią Pitillo, słaby drugi plan – kamerzysta ‚Zwierzak’, Burmistrz, Dowódca wojsk, czy wreszcie pozbawiony charakteru żołnierz O’Neal (podobne nazwisko – O’Neil nosił Kurt Russell w „Gwiezdnych wrotach” Emmericha) – i możemy, a nawet musimy stwierdzić, że w „Godzilli” zdecydowanie i przede wszystkim zawiodła obsada. Mimo wielu wad w budowie postaci i całej historii, należy jednak przyznać filmowi Rolanda E., że pod względem efektów specjalnych spisał się bardzo dobrze, choć… też nie zawsze.

Sama animacja potwora i dźwięk wydawany przez biegnące ulicami miasta monstrum sprawia sugestywne wrażenie ogromnego rozmiaru niszczycielskiej siły. Zbyt dużo jednak akcji z potworem osadzono w nocy, co znacznie przyćmiło widowiskowość i możliwości wizualne drzemiące w demolce Nowego Jorku. Niepotrzebnie wprowadzono też wątek z małymi Godzillami buszującymi po Madison Square Garden. Wystarczyłoby spokojnie jedno jajo, to które widzieliśmy na końcu filmu. A tak, nagle Godzilla znika z ekranu, a bohaterowie muszą uganiać się za (lub uciekać przed) stadem małych pokrak, które pasują do konwencji filmu jak pięść do nosa. Zawodzą też chwilami efekty specjalne, co ma miejsce w scenie ucieczki i gonitwy Godzilli przed i za śmigłowcami Apache. Widać wyraźnie i aż nadto, że wszystko nakręcone było na miniaturach budynków i nie zostało należycie dopracowane. Nie zabrakło mimo wszystko w „Godzilli” niezłych pomysłów inscenizacyjnych, spektakularnych ujęć czy po prostu motywów dających nadzieję, że ‚film się rozkręci’. Zapada w pamięć scena w podziemiach, gdy jeden z żołnierzy mówi: „Tu nic nie ma”, a za jego plecami otwiera się wielkie oko Godzilli (nota bene pomysł z olbrzymim okiem patrzącym na dwóch staruszków – które to ujęcie nie znalazło się w gotowym filmie – wykorzystano w drugim teaserze reklamującym film, co było następstwem sceny z dziadkiem na pomoście) – takie pomysły się chwali! Niestety, kilka imponujących ujęć – Godzilla na moście, czy łapa potwora ‚niby’ miażdżąca kamerzystę, ginie w natłoku średniawki uprawianej przez resztę filmu, gdzie szczytem antywidowiskowości jest scena wyjścia Godzilli z oceanu, gdy Emmerich każe nam oglądać niezamierzenie śmiesznie biegnącego po mostku dziadka rybaka – scena żenada od początku do końca, która dobrze spisywała się jako teaser, ale do filmu nie powinna była się załapać.


Powinna raczej do „Godzilli” trafić scena z opisywanego na początku niniejszej recenzji teasera, czyli muzeum i łapa miażdżąca T-Rexa – niestety tak się nie stało. A zajawka ta, potwierdza i nadaje nowe znaczenie obiegowej opinii, która mówi, że często trailer czy teaser zawiera najlepsze sceny z filmu; w przypadku „Godzilli”, ów teaser z ‚Muzeum archeologii’ jest klasą sam w sobie, i znacznie przewyższa poziom dramaturgiczny gotowego filmu. Reasumując, „Godzilla” to film straconej szansy; kiepska obsada nie tchnęła życia w swoich – i tak nieciekawych – bohaterów, gdyż chyba tak wszyscy wierzyli w potencjał drzemiący w potworze i w magnetyczną siłę tytułu filmu, że scenarzyści wzięli sobie wolne, a aktorzy postanowili nie grać, tylko po prostu być na ekranie i czekać na premierę, powalający sukces, sławę i bombę box-office’ową – zawodząc się srodze na każdym z tych oczekiwanych elementów. Choć więc sama Godzilla wyglądała przekonująco, imponująco i poruszała się niezwykle dynamicznie i realistycznie, nie zdołała na swoich barkach udźwignąć ciężaru filmu, a biorąc pod uwagę jak wielkie to były barki, tym bardziej widać jak bardzo spartolono pozostałe elementy.

Cóż, amerykańscy filmowcy pośliznęli się na kultowym japońskim potworze i chyba dobrze, że z jaja pokazanego na końcu „Godzilli” Emmericha, nic z dopiskiem „2” w tytule, się jak na razie nie wykluło (choć w finale filmu, jako zapowiedź nieuchronnego sequela – przecież „Godzilla” miała rozbić kinowe kasy – skorupka pęka i pokazuje się mordka małego potworka, nijak nie potrafi to widza zaskoczyć, skoro dopiero co widział wykluwanie się i małe mordki dziesiątek takich mini-godzilli) . A jeśli ma się kiedyś coś wykluć, to proponowałbym wzorem Japończyków zastosować gumowe stroje i tekturowe makiety, z tym jednak wyjątkiem, że w gumowy strój należałoby schować Brodericka, Jeana Reno i większość obsady, a samej Godzilli dać do zagrania sceny dialogowe; może wtedy wszystko wypadłoby wiarygodniej, a przynajmniej zabawniej i na luzie, bo niewymuszonego i naturalnego humoru niestety również w filmie Emmericha zabrakło.

Tekst z archiwum film.org.pl

Ostatnio dodane