Connect with us

Recenzje

DYWIZJON 303. HISTORIA PRAWDZIWA. Patriotyczny „Top Gun” po polsku

DYWIZJON 303. HISTORIA PRAWDZIWA to niezwykła opowieść o polskich pilotach, którzy z humorem i odwagą stawiali czoła hitlerowskiej machinie.

Published

on

DYWIZJON 303. HISTORIA PRAWDZIWA. Patriotyczny "Top Gun" po polsku

Nakręcić dobre kino historyczne w dzisiejszych czasach nie jest łatwo, zwłaszcza o tak wielkim (i wreszcie skutecznym) symbolu polskiej walki z hitlerowskim najeźdźcą, jakim był Dywizjon 303. Tym bardziej obawiałem się, jak produkcja tego typu wyjdzie na naszym rodzimym podwórku. A w jeszcze większy strach popadłem, kiedy dowiedziałem się, że za sterami tego filmowego samolotu stanie Denis Delić. Bo twórca ten ma nie za wiele wspólnego z kinem wojennym od strony reżyserskiej. Dywizjon 303. Historia prawdziwa mógł więc łatwo przemienić się w rozpędzonego Kamikaze, na który, co najwyżej, będą chodzić przymusowo szkolne wycieczki.

Advertisement

Przed tą mroczną wizją filmowej klapy udało się na szczęście uciec dzięki odpowiedniemu podejściu do historii. Oczywiście założeniem twórców nie była realizacja kina wiernego historii. Dywizjon 303 na kanwie dramatycznych wydarzeń z czasów II wojny światowej raczej nonszalancko i rozrywkowo przypomina, że byli tacy piloci jak Urbanowicz, Zumbach i inni. Mieli swój czas. Byli zaskakująco skuteczni. Nie latali tylko z grobowymi minami jak w powietrznym melodramacie, tylko chcieli po prostu zabijać szkopów. Pili, palili, czasem się modlili. Zapisali swoją legendę na wojennej arenie oraz zeszli z niej jako. .. No właśnie.

Wygraną filmu Delicia jest to, że na końcu nie ma poważnej pointy dopowiadającej, co stało się ze sławnymi pilotami po wojnie, ani oceny sugerującej postawę etyczną. Każdy widz może sam doczytać, jaki spotkał ich niesprawiedliwy los, w sumie podobny do losu całej Polski – niby wygrali, lecz… W tym sensie film ucieka od historycznej pedagogiki na tak modną u nas ostatnio patriotyczną i czasami wręcz antyzachodnią i w ogóle „anty” modłę. To nie ten rodzaj kina symbolicznego o polskiej martyrologii. Pamiętać ważne symbole możemy przecież dzięki nieskrępowanej rozrywce, a nie patetycznemu udawaniu większych, niż faktycznie jesteśmy.

Advertisement

Taka forma przedstawiania bohaterów ma jednak swoją cenę. Postaci tracą dramatyczną wielowymiarowość. Stają się prostolinijnie szlachetne, nieco patetyczne, nad wyraz doskonałe, a jednocześnie po ludzku nieczułe. Trudno się z nimi utożsamić – tak jest np. w przypadku dowódcy Urbanowicza (Piotr Adamczyk). Lepiej jednak, że są takie, niż gdyby ten nimb kryształowego superbohaterstwa zmieszały ze słabo i nienaturalnie zaprezentowanymi rozterkami. Taki mariaż przeciwstawnych sobie emocji mógłby aktorom nie wyjść w polskim filmie wojennym, z takim budżetem, aspirującym do miana superprodukcji i zaplanowanym na 99 minut.

Denis Delić oraz scenarzysta Jacek Samojłowicz odrobili również lekcję na temat odpowiedniego łączenia wątków osobistego życia bohaterów z akcją obfitującą w podniebne strzelaniny. Wielu reżyserów i scenarzystów popełnia duży błąd, gdy na siłę próbują wypełnić akcję swoich dzieł jakąś nadmiernie rozbudowaną dramatycznie historią głównych postaci. Tutaj niczego takiego nie ma. Oczywiście jest romans, ale szybko się kończy. Dla Jana Zumbacha pojawienie się w jego życiu Victorii Brown stoi znacznie niżej w hierarchii wartości niż koledzy z drużyny. No cóż. Kobiety w filmie Dywizjon 303 służą rozrywce bawiących się w wojnę mężczyzn.

Advertisement

Co do samej postaci Zumbacha, to nie jest ona nazbyt dramatyczna ani bohaterska. Maciej Zakościelny uniósł ciężar takiej wersji postaci gwiazdorskiego pilota Dywizjonu dzięki temu, że twórcy nie zdecydowali się na żadne abstrakcyjne wizualnie i psychologicznie wstawki z jego przedwojennego życia. Retrospekcje są obecne, jednak w strawnej, wnoszącej konkretną treść formie. Dzięki nim trochę filmowej osobowości zyskują też postaci niemieckich pilotów (szczególnie znajomy Urbanowicza Hauptmann Hermann Von Oste). Nie są już bezimiennymi botami w Messerschmittach i Junkersach.

No i najważniejsze. Polacy są grani przez Polaków. Nikt nie kaleczy polskiego języka ani nie stara się wymawiać go zbyt dokładnie, co brzmi nierytmicznie i śmiesznie. Najwyżej kaleczony jest język angielski, co nie jest dziwne w ustach Słowian, i niemiecki, czego znowu aż tak chyba nie będziemy żałować. To taka kropka nad i. Potraktowanie z przymrużeniem oka naszych sąsiadów zza Odry, zwłaszcza gdy na ekranie pojawia się sam feldmarszałek Hermann Göring.

Advertisement

Od strony technicznej Dywizjon 303 jest bardzo niejednoznaczny. Przed muzyką nie ma sensu chylić czoła, natomiast pozytywnie zaskakują efekty specjalne i pomysł na dynamikę walk powietrznych. To, co dzieje się na niebie, w niczym nie odstaje efektownością od walk myśliwców w Top Gun. Ujęcia pilotów w kokpitach są ciasne, co zwiększa dramatyzm akcji. Gdyby były szersze, zobaczylibyśmy nienaturalnie poruszający się kadłub samolotu, a tak mamy wrażenie, że pilot faktycznie leci w przestworzach i zmaga się z trzeszczącą maszyną. Gdzieś w tle słychać dane z radia, które mieszają się z rozmowami pilotów między sobą.

Szkoda więc, że przy takim dopracowaniu tych ujęć specjaliści od CGI nie pokusili się o bardziej efektowne wybuchy uszkodzonych maszyn i krwawe ujęcia rannych pilotów. Jak ognia bali się również filmowania wypadków samolotów na ziemi. Szkoda, bo niektóre podniebne akcje wyglądają przez to na niedokończone.

Advertisement

Jak to bywa w polskich filmach, mocno szwankuje montaż. Większość scen, nieważne o jakiej tematyce, połączona jest na twardo. Nie ma gładkich przejść, co razi, zwłaszcza kiedy scena walki powietrznej pojawia się dość nagle, sama jest krótka, a po niej następuje romantyczne ujęcie z pubu. Niekiedy trudno znaleźć logiczne uzasadnienie dla takich złączek. Dodatkowo poczucie rytmu w filmie podpowiada zupełnie coś innego.

Z samymi zdjęciami także sprawa wygląda dwojako. Z jednej strony są niezłe, kontrastowe, plastyczne. Widać, że Waldemar Szmidt wykorzystuje światła, cienie, półtony, perspektywę malarską, filtry i cyfrową postprodukcję. Z drugiej ciąży na nich ograniczanie kosztów produkcji filmu, a więc nie zobaczymy w Dywizjonie 303 szerokich planów angielskich miast ani nawet charakterystycznych wsi. Ujęcia lotniska są oszczędne. Naraz widzimy maksymalnie trzy Hurricane’y, a najczęściej jeden startujący. A przecież kino współczesne przyzwyczaiło nas już do rozmachu takich obrazów.

Advertisement

Dywizjon 303 to kolejny krok na naszej polskiej drodze, żeby produkować kino efektowne. Droga przed nami jeszcze daleka, ale z drugiej strony zastanówmy się, czy w historii samego Dywizjonu 303 jest coś więcej, co nadaje się na ekran. Jeśli wziąć pod uwagę styl pisania Arkadego Fiedlera, który przypomina raczej propagandową odezwę do narodu niż literaturę faktu, Denis Delić wraz z całą ekipą nakręcili film zaskakująco stonowany.

Advertisement

Filozof, zwolennik teorii ćwiczeń Petera Sloterdijka, neomarksizmu Slavoja Žižka, krytyki psychoanalizy Jacquesa Lacana, operator DTP, fotograf, retuszer i redaktor związany z małopolskim rynkiem wydawniczym oraz drukarskim. Od lat pasjonuje się grami komputerowymi, w szczególności produkcjami RPG, filmem, medycyną, religioznawstwem, psychoanalizą, sztuczną inteligencją, fizyką, bioetyką, kulturystyką, a także mediami audiowizualnymi. Opowiadanie o filmie uznaje za środek i pretekst do mówienia o kulturze człowieka w ogóle, której kinematografia jest jednym z wielu odprysków. Mieszka w Krakowie.

Advertisement
Kliknij, żeby skomentować

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *