Recenzje

DEADWOOD. Filmowy epilog serialu

Od dawna wyczekiwany powrót do korzeni HBO.

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

What Is Dead May Never Die

Od momentu zakończenia kultowego serialu słynnej amerykańskiej stacji mija w tym roku trzynaście lat. To z jednej strony nie tak dużo, bo zarówno duch serialu wciąż jest żywy, jak i większość obsady, złożonej wszak głównie z dorosłych osób, nie zdążyła się przez ten okres jakoś znacząco postarzeć, zatem potencjalna kontynuacja była w miarę łatwa w realizacji. Lecz z drugiej strony tyle wystarczyło, żeby urwany finał sprzed lat czy kilka nagłych śmierci kluczowych dla fabuły aktorów można było ot tak pchnąć na dalsze tory – zwłaszcza we wciąż zmieniającym się przecież świecie małego ekranu (dawniej telewizją po prostu nazywanym, dziś już niekoniecznie). Rosnące przez ostatnią dekadę z okładem plotki oraz przymiarki w końcu jednak stały się rzeczywistością i Deadwood powróciło. Czy w glorii chwały?

Gwoli ścisłości – w ekranowym, dalej „jedynie telewizyjnym” świecie minęło dokładnie dziesięć lat (choć gdyby sugerować się samą tylko charakteryzacją niektórych bohaterów, można by rzec, że nawet dwa razy tyle). Nasze miasteczko skryte w górach Południowej Dakoty zastajemy praktycznie w tym samym stanie, co ostatnio. O postępującym czasie i wkraczającej coraz głębiej na Dziki Zachód technice świadczą jedynie przebiegająca przez miasto kolej i gęsto pojawiające się na horyzoncie słupy telefoniczne. Postęp jest nieunikniony, chociaż wydaje się, że nikt z mieszkańców spokojnie prosperującej społeczności nie wita go z otwartymi rękoma – tak samo jak wszyscy klną pod nosem, widząc powracającego do Deadwood George’a Hearsta, czołowego antagonistę serii, tak diabolicznie dobrze i metodycznie odgrywanego przez budzącego respekt Geralda McRaneya, któremu również i w filmie przypadła rola największego szubrawca tego świata.

Wraz z nim do miasteczka wracają praktycznie wszyscy nasi starzy znajomi – od Almy i dorosłej już Sofii (granej przez inną aktorkę), przez wciąż wiecznie pijaną Calamity Jane, a na epizodach pana Wu, Cioci Lou i poczciwej Jewel skończywszy. Do pełni szczęścia zabrakło jedynie złowieszczego Cy Tollivera, charakterystycznego Richardsona (aktorzy niestety zmarli w międzyczasie) oraz telegrafisty Blazanova (co ma zapewne związek z obecnością pierwszego telefonu w mieście), a także Silasa Adamsa, którego zapewne nie dało się już zmieścić w ściśniętej do stu minut z kawałkiem fabule.

Lecz nawet i bez ich twarzy pierwszy akt filmu to prawdziwy fan service, w trakcie którego wszyscy prezentowani nam są po kolei, nierzadko postaci te recytują na głos swoje personalia i dalszy cel wędrówki. Zdecydowanie zbyt często pomagają im w tym także retrospekcje z serialu, mające na celu wyłożyć wszystkie karty dotychczasowych rozgrywek na stół. To największa bolączka całego filmu, jakby dodana specjalnie dla przygodnego widza, który inaczej mógłby czuć się obco w tym świecie. Zakładając jednak, że film nie powstał przecież dla niego, można sobie było darować podobne zagrywki, poświęcając czas ekranowy na ważniejsze wydarzenia z teraźniejszości.

To zgrabny epilog o gorzkim posmaku – na swój osobliwy sposób satysfakcjonujący.

Co by wszak nie pisać, pełnometrażowy Deadwood pozostawia po sobie podobny niedosyt, co trzeci sezon nagle urwanej serii. Zresztą tak jak ona, film również stawia na zawieszony w próżni finał – co prawda nie tak mocno ucięty, ale jednak niedomykający wszystkich wątków, niedopowiedziany i pozwalający na snucie dalszych losów bohaterów. Ot, kolejny, nieco dłuższy odcinek, po którym spokojnie można by było nakręcić jeszcze jeden. I, paradoksalnie, zgrabny epilog o gorzkim posmaku – na swój osobliwy sposób satysfakcjonujący.

Co prawda można narzekać na to, że film nie trwa ze trzy godziny (jestem przekonany, że kilka scen wyleciało w montażu), dając wszystkim bohaterom i/lub scenom odpowiednio wybrzmieć (bo niektórzy pojawiają się dosłownie na moment bądź są sprowadzeni do roli tła, a inni… po prostu są i niewiele robią). Można kręcić nosem na nieco ugrzeczniony w stosunku do oryginału wizerunek Deadwood (czyżby z uwagi na podstarzałe, zmęczone już trochę dotychczasowym życiem postaci), dużą sentymentalność fabuły i zdecydowanie zbyt prostą intrygę, jakiej brakuje odrobiny konsekwencji. Albo na wspomniany, leniwy początek, który potrafi irytować. Niemniej gdy po tych dwudziestu kilku minutach projekcji dochodzi do zmieniającego wszystko wydarzenia, atmosfera się zagęszcza, akcja staje się coraz intensywniejsza, a napięcie momentami sięga zenitu.

Czysto filmowa dramaturgia nie pozwala już na serialowe dłużyzny i prowadzące donikąd skoki w bok, co służy odpowiednio angażującej narracji. A jak zawsze doskonałe dialogi twórcy Deadwood, Davida Milcha, wespół z wybitną grupą lubianych aktorów, sprawiają, że już do końca trudno się oderwać od ekranu. Zresztą stojący za kamerą Daniel Minahan nie szczędzi nam goryczy, nie boi się poświęceń i traktuje materiał z należytym szacunkiem, nawet jeśli nie zawsze z wprawą i pazurem godnymi najlepszych epizodów serii. Swoje robi też unosząca się w powietrzu nostalgia oraz świadomość, że tym razem to naprawdę koniec (zły stan zdrowia Milcha odgórnie wyklucza dalszy ciąg) – dla niektórych bohaterów w istocie dosłowny.

Ale nie dla samego Deadwood, które pomimo kilku scenariuszowych wolt pozostawia nas z uczuciem przetrwania tego ukształtowanego już miejsca – wbrew postępowi, chciwym politykom i pojawiającym się co i rusz na ulicach miasteczka nowym twarzom. Stara gwardia ma się dobrze, a ich zbudowana na krwi, śmierci i kolejnych wyrzeczeniach wspólnota wydaje się silniejsza niż kiedykolwiek. Ta niewielka dawka optymizmu jest w tej generalnie ponurej i melancholijnej historii pokrzepiająca.

I sprawia, że choć Deadwood A.D. 2019 nie jest tym, czym mogłoby być jeszcze kilka lat wcześniej, przypomina bowiem raczej laurkę na cześć zmarłego serialu, który Milch chciał spuentować dla własnego spokoju ducha, to i tak pozostaje solidnym westernem, który zabiera nas tam, gdzie czujemy się najlepiej – do domu. A gdy już tam jesteśmy, gdy przechadzamy się po deskach The Gem Saloon, słysząc klnącego z klasą „Słedżina”, patrząc na wdzięczące się do nas dziwki i smakując whisky, wtedy reszta po prostu nie ma znaczenia.

Ostatnio dodane