Recenzje
GASNĄCY PŁOMIEŃ
GASNĄCY PŁOMIEŃ to film, który z mistrzowską precyzją bada ewolucję kobiecych postaci w kinie, zaskakując widza nowymi, silnymi narracjami.
Nową odsłonę czarnobiałego cyklu postanowiłem wykorzystać z uwagi na zbliżającą się światową premierę nowego filmu Darrena Aronofsky’ego Mother! oraz bardzo silne przekonanie współczesnego Hollywood, że kobiece postaci należy już tylko przedstawiać jako silne, niezależne oraz nierzadko wojownicze. Niedawny sukces komiksowej Wonder Woman przełożył się na takie myślenie, umocnił je właściwie, gdyż nie tak dawno mieliśmy również kobiecy skład Pogromców duchów, kobiecą Mumię, wypowiedź Michelle Rodriguez, że w serii Szybcy i wściekli brakuje mocnych ról dla pań, oraz Jessikę Chastain, która każdym swoim kolejnym filmem stara się udowodnić, że jej bohaterki są równie bezwzględne i niezłomne, co panowie (Crimson Peak. Wzgórze krwi, Sama przeciw wszystkim czy nadchodzące Molly’s Game).
To wszystko jest oczywiście uproszczeniem, ale na tyle silnie rezonującym z tymi, którzy kino rozrywkowe tworzą, oraz tymi, którzy je oglądają, że warto zadać sobie pytanie o to, czy jest to wynikiem faktycznego i świadomego działania ku umocnieniu takiego wizerunku wizerunku kobiet, czy też efektem za daleko posuniętej politycznej poprawności, mogącym wcale nie odzwierciedlać wszelakich przemian, lecz strach przed byciem posądzonym o zacofanie i uprzedzenia. W kontekście tych pytań psychologiczny thriller Gasnący płomień Thorolda Dickinsona z 1940 roku wydaje się tworem cudownie zwichrowanym, stojącym w kompletnej opozycji do dzisiejszych przekonań, które amerykańskie kino promuje.
Akcja filmu, przeniesiona ze sztuki teatralnej autorstwa Patricka Hamiltona, rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii i rozpoczyna w momencie mordu na Alice Barlow, starszej kobiecie, której zabójca następnie przeszukuje dom ofiary w celu znalezienia słynnych rodowych rubinów. I choć nie widzimy twarzy mordercy, dostrzegamy, z jakim uporem, a wręcz manią stara się osiągnąć swój cel – wszystkie pokoje wywraca do góry nogami, znalezione kosztowności, które nie są tymi poszukiwanymi, kompletnie ignorując. Rubinów jednak nie ma. Mija 20 lat. Do domu obok wprowadza się małżeństwo Paula i Belli Mallenów.
On – dystyngowany dżentelmen, ponoć obcokrajowiec, ona – pochodząca z bogatego domu, krucha, po przebytym niedawno załamaniu nerwowym. Szybko jednak orientujemy się w sytuacji, która jest nie do pozazdroszczenia dla kobiety – Paul manipuluje Bellą, wmawia jej, że nieświadomie chowa ona różne przedmioty w domu, oraz widzi i słyszy rzeczy, których nie ma, stwarzając pozór choroby psychicznej. Równocześnie niemal każdej nocy mąż wychodzi do sąsiedniego, pustego domu…
Oryginalny tytuł filmu, Gaslight, jest ważny, gdyż od niego właśnie wziął się termin gaslighting, oznaczający dokładnie to, co czyni swojej żonie Paul – formę manipulacji drugą osobą prowadzącą do zakwestionowania przez nią swojego zdrowia psychicznego. Nie jesteśmy od razu poinformowani, że tym, który chowa obrazy bądź biżuterię, jest pan domu; obserwujemy nieswoją, neurotyczną żonę oraz męża, może i oschłego, ale wydającego się wiedzieć, że coś jej dolega. Dickinson sprytnie ustawia nas na początku filmu w podobnej pozycji, co Bellę, ślepo wierzącą w to, co powie Paul.
Dopiero po chwili dostrzegamy, że jego pomoc jest w rzeczywistości pułapką, z której pozornie nie ma wyjścia – odcięta od swojej rodziny i przyjaciół, na łasce sadysty w białych rękawiczkach, bohaterka pogrąża się w autentycznym szaleństwie.
Nie potrzeba dużo, aby zmienić kogoś w kłębek nerwów, niepewną własnych czynów oraz wątpiącą swoim zmysłom ofiarę. Wystarczy kilka razy jej wmówić, że nieświadomie coś ukryła; jeden incydent może być przypadkiem, ale kilka już wystarczającym dowodem na słuszność tezy. Aby dobitnie podkreślić swój autorytet, Paul wciąga również osoby postronne, najpierw pokojówki (flirt z jedną z nich również jest nie bez znaczenia), budując przed nimi obraz żony jako osoby chwiejnej, chorej i niewiarygodnej, później zaś kompromitując ją publicznie podczas koncertu fortepianowego. To ostatnie skutecznie doprowadza do zamknięcia Belli w domu, uczynienia z niego swoistego więzienia, skoro ona nawet na zewnątrz nie potrafi panować nad sobą.
Tytułowy płomień zaś dotyczy nowego wynalazku, jakim jest instalacja gazowa – za każdym razem, gdy główna bohaterka widzi przygasające światło w lampionie, wie, że w innej części domu ktoś zapalił drugą lampę. Jest już jednak tak zmęczona i wystraszona samą sobą, że kompletnie ignoruje ten logicznie wysnuty wniosek. Bella do samego końca pozostaje ofiarą Paula, niezdolną do jakiejkolwiek własnej decyzji bądź działania.
Niektóre momenty filmu każą nam jednak zastanowić się nad innym źródłem opresji. W jednej z pierwszych scen pewna kobieta proponuje swojemu mężowi przywitać się z nowo przybyłymi, mieszkającymi po sąsiedzku Mullenami, lecz jej partner stanowczo powstrzymuje ją od tego pomysłu. Ta pokornie milczy, jakby jego słowo było ostateczne. Później widzimy Bellę i Paula oglądających przez okno uliczne przedstawienie z udziałem pacynek Pana Puncha oraz Judy, w którym jedna lalka okłada drugą pałką. Nieprzypadkowo postaci te są również małżeństwem. Takie sygnały sugerują, że za szatańskim planem głównego bohatera oraz tragedią jego żony kryje się niejako przyzwolenie społeczne, które z maltretowania uczyniło rozrywkę, kobietę pozbawiło głosu, a mężczyźnie dało pełnię władzy. Nikt nie pomoże chorej Belli tak, jak jej mąż.
Z drugiej strony nikt również nie dostrzeże, że prawdziwym szaleńcem jest tu Paul. Gra go urodzony we Wiedniu Anton Walbrook (naprawdę Adolf Wohlbrück) i dla niego samego warto Gasnący płomień obejrzeć. Jego bohater, niemal zawsze opanowany, dystyngowany, ale i zimny jak lód, w paru momentach odsłania swoją prawdziwą twarz przed żoną, ujawniając nie tylko okrucieństwo i wyrachowanie, lecz przede wszystkim skrywaną furię. Ma się wtedy wrażenie obcowania nie z człowiekiem, a z diabłem, co najlepiej ukazuje finał filmu, zaskakujący mało efektowny i spokojny, jeśli nie licząc obłąkanego oblicza Walbrooka.
Aktor zagrał później u Dickinsona równie ekspresyjną rolę w znakomitej Damie pikowej (1949), gdzie jako ubogi rosyjski oficer desperacko pragnął odkryć sekret bezbłędnej gry w karty, tylko po to, aby być później opętanym przez tytułową zmorę. Bardziej znany jest jednak ze współpracy ze słynnym brytyjskim duetem Michael Powell/Emeric Pressburger, z którymi nakręcił cztery filmy, w tym głośne Czerwone trzewiki (1948).
Oglądając niedawno Gasnący płomień, zacząłem się zastanawiać, czy dzisiaj taki film mógłby powstać. Obraz stawiający kobietę jako ofiarę, praktycznie bez głosu i możliwości działania. Czy taki film byłby posądzony o mizoginizm, zły smak, zacofanie? Być może nierozsądnym jest porównywać brytyjski film sprzed ponad 70 lat z obecnymi hollywoodzkimi standardami, lecz z drugiej strony i Amerykanie zekranizowali sztukę Hamiltona zaledwie cztery lata po premierze filmu Dickinsona. Wersję z 1944 roku nakręcił George Cukor, główną rolę zagrała nagrodzona Oscarem Ingrid Bergman, a sam obraz zdobył również statuetkę za scenografię i pięć innych nominacji.
Można tu zatem mówić o uniwersalności opowieści (przynajmniej pod względem geograficznym, choć niekoniecznie czasowym), nawet jeśli oba dzieła znacząco się od siebie różnią, zwłaszcza w konstrukcji postaci kobiecej.
Bergman jest wspaniała, ale też ma dużo dynamiczniejszą rolę – w pierwszej scenie gra praktycznie podlotka, w następnych szczęśliwie zakochaną dziewczynę, aby później ukazać przemianę swojej bohaterki w coraz bardziej pogrążoną w szaleństwie, ale nie bez nadziei na szczęśliwy dla niej finał. Diana Wynyard z brytyjskiej wersji od początku jest osobą cichą, wycofaną, zdradzającą symptomy choroby psychicznej. Jest w tym tak przekonująca, że nie widzimy dla niej żadnego ratunku, nawet gdy poznaje prawdę o swoim mężu. Prawdopodobnie dlatego to seans właśnie angielskiego Płomienia może być bardziej frapującym i nieoczekiwanym doświadczeniem dla dzisiejszego widza, przyzwyczajonego do heroicznego wizerunku kobiet.
Za chwilę jednak na festiwalu w Wenecji zostanie pokazany wspomniany wcześniej thriller Mother! Darrena Aronofsky’ego, w którym z pewnością będziemy mogli liczyć na dawkę solidnego, staromodnego terroru wobec kobiety, rzeczywiście widzącej lub wyobrażającej sobie straszne rzeczy w swoim domu. Zwiastun sugeruje psychologiczny horror i trudno tak naprawdę stwierdzić, w jaki sposób potoczy się cała historia, ale znając wcześniejsze filmy reżysera, nie wróżę nic dobrego bohaterce granej przez Jennifer Lawrence. Oby miała więcej szczęścia niż nieszczęsna Bella.
korekta: Kornelia Farynowska
