search
REKLAMA
Recenzje

CLICKBAIT. Kryminał w czasach cyfryzacji

Im bliżej końca, tym bardziej Clickbait wpada w utarte schematy.

Tomasz Raczkowski

5 września 2021

REKLAMA

W czasach, kiedy widzowie są dosłownie zalewani masą propozycji filmów i seriali w ilościach, których nie sposób przyswoić, jest coś ironicznego w nazwaniu filmu Clickbait. Bo w zasadzie chwytliwy i nawiązujący do trendów dziennikarskich tytuł ma tę właśnie funkcję – nakłonić do sięgnięcia po tę akurat produkcję. Australijsko-amerykański serial Netflixa, stworzony przez Tony’ego Ayresa i Christiana White’a to klasyczny kryminał uwspółcześniony o wątki internetowe, które są faktycznie rodzajem wabika na widza, złaknionego opowieści o bolączkach dnia dzisiejszego. I chyba w takim clickbaicie nie ma nic złego.

Fabuła Clickbaitu ma prosty, ale skuteczny punkt wyjścia – z dnia na dzień znika Nick Brewer, kochający mąż i ojciec pracujący w lokalnym college’u. Wkrótce do Internetu trafia filmik, w którym poturbowany mężczyzna pokazuje do kamery tablice głoszące: „Wykorzystuję kobiety” i „Po 5 milionach wyświetleń umrę”. Rozpoczyna się śledztwo i dramat rodziny, z której nagle wyrwany został jej filar. Wraz z postępowaniem poszukiwań na jaw wychodzą kolejne fakty – nie zawsze chlubne – z życia Brewera, narastają też konflikty wśród jego bliskich, a wszystkiemu towarzyszy nasilający się zgiełk mediów i śledzącej sprawę opinii publicznej. Początkowe sekwencje Clickbaitu mogą przywodzić na myśl wczesne odcinki Czarnego lustra (szczególnie otwierający serię Hymn narodowy). Intryga kryminalna oplatana jest niepokojącą tkanką drapieżności mediów, obsesji gapiów i nieprzewidywalnością internetowych algorytmów. Z czasem ten socjologiczny pazur ustąpi miejsca bardziej klasycznej opowieści o chaosie i erozji relacji sprowokowanej nagłym zdarzeniem, ale sygnalizowana na samym początku polifonia punktów widzenia znajduje odbicie w konstrukcji narracyjnej serialu. Każdy z ośmiu odcinków jest opowiadany z perspektywy innej osoby, która pozostawała w innej relacji z zaginionym. Oznacza to, że możemy poznać z pierwszej ręki różne konteksty życia bohatera, pojawiają się nakładki chronologiczne niuansujące zdarzenia, które już znamy, i w końcu tworzy się wrażenie nieprzenikalności zgiełku informacji i spojrzeń.

Przyjęta przez twórców konwencja sprawia, że Clickbait opiera się na dość szerokim i zróżnicowanym zespole aktorskim. Najbardziej znanymi twarzami są tu grający Nicka Adrian Greiner (Ekipa, Diabeł ubiera się u Prady) oraz Zoe Kazan (I tak cię kocham, Ballada o Busterze Scruggsie) w roli siostry porwanego bohatera, Pii. To z tą postacią rozpoczynamy serial, w naturalny sposób jest ona de facto protagonistką Clickbaitu, wokół której zasadniczo toczy się fabuła. Kazan spisuje się przed kamerą wzorowo, ale nie jest w stanie nadrobić pewnej utylitarności swojej roli – Pia to dorosła już punkówa, buntowniczka z krótkimi farbowanymi włosami i glanami na nogach, czarna owca familii Brewerów o niewyparzonym języku. Rzecz jasna rzadko kiedy ktoś chce jej słuchać i oczywiście praktycznie zawsze ma ona rację, niemal w pojedynkę popychając śledztwo w sprawie brata do przodu. Schematyczność tej postaci na dłuższą metę razi, bo nie stoi za nią żadna głębsza historia, a momentami można odnieść wrażenie, że Pia jest scenarzystom potrzebna tylko po to, by chodziła i popisywała się nieomylnością. Pojawia się czasami trochę znikąd i bezzasadnie sprawia, że inne osoby podejmują działania lub wyjawiają kluczowe informacje. Coś tu ewidentnie nie działa, a braki konstrukcyjne w umocowaniu głównej bohaterki w sieci relacji splatających postacie sprawiają, że Kazan nie daje rady przykuć uwagi i pociągnąć Clickbaitu, a momentami można odnieść wrażenie, że serial byłby ciekawszy bez tej nieomylnej dziewczyny, wyciągającej z kapelusza złote rozwiązania fabularne.

Znacznie ciekawiej wypadają postacie otaczające Pię – na szczęście w coodcinkowej zmianie perspektywy otrzymujące dość czasu ekranowego, by wybić się spod ciężaru zbuntowanej Mary Sue. Najbardziej w pamięć zapada Betty Gabriel w roli Sophie, żony Nicka, która musi nagle poradzić sobie z kryzysem w rodzinie, okiełznać swoje małżeńskie wątpliwości i zmierzyć z odsłaniającym się przed jej oczami potencjalnym mrocznym obliczem męża. Gabriel wprowadza do Clickbaitu najwięcej niejednoznaczności i napięcia, co skutkuje m.in. tym, że w zasadzie jedyne udane dramaturgicznie sceny z Pią to te, w których wchodzi w interakcje ze szwagierką. Gabriel jest dla mnie niekwestionowaną gwiazdą serialu i gdybym miał wskazać jeden element, dla którego warto po Clickbait sięgnąć, to byłaby to właśnie ta rola. Nieco bardziej na drugim planie, ale również ciekawie wypadają Jessica Collins jako Emma – kobieta podająca się za kochankę Nicka – oraz Daniel Henshall jako jeden z podejrzanych o porwanie. Możliwość obejrzenia zdarzeń z kilku różnych, nierzadko dalekich od siebie perspektyw sprawia, że do każdego odcinka Clickbaitu można podejść na świeżo, trochę jak do odrębnej historii, w której inny aktor zagra pierwsze skrzypce.

Choć Clickbait – swoją drogą, dość zgodnie z tytułem – z biegiem kolejnych odcinków traci początkowy impet, a kulminacja i rozwiązanie akcji nie dorastają do suspensu generowanego przez pierwsze epizody, to serial Ayresa i White’a jest solidnym kryminałem. Zmyślnie rozplanowana i rzetelnie zrealizowana historia zasadniczo wciąga, tak że niespecjalnie czujemy, jak opowieść rozrasta się aż do ośmiu części. Nie ma tu nic odkrywczego, serial nie prowokuje też w stylu Black Mirror; raczej im bliżej końca, tym bardziej Clickbait wpada w utarte schematy. Twórcy dość zręcznie łączą jednak intrygę z elementami społecznego komentarza, wzbogacając swój film o refleksję (cóż, że momentami wpadającą w banał) o dynamice współczesnych procesów komunikacyjnych i medialnych.

Avatar

Tomasz Raczkowski

Konsekwentnie poszukuje kina niemieszczącego się w sztywnych ramach, prowokującego i nieoczywistego.

zobacz inne artykuły >>>

REKLAMA