Recenzje
ROCKETMAN. Biografia w rytmie kiczu
ROCKETMAN to barwna biografia sir Eltona Johna, pełna kiczu i twórczej ekstazy, która nie pozwala przejść obojętnie.
Miałem co do Rocketmana poważne obawy. Nie tylko dlatego, że z początku Taron Egerton wydawał mi się zupełnie nietrafionym kandydatem do roli sir Eltona Johna, ale też ze względu na to, że film o postaci tak emanującej kiczem bardzo łatwo można było przeszarżować. Czy moje obawy się spełniły? Cóż, Rocketman to dzieło, wobec którego trudno przejść obojętnie, ale mające równie dużo zalet, co wad. Jedno można jednak powiedzieć bez żadnych wątpliwości – film Dextera Fletchera jest tak barwny, jak postać, o której opowiada.
Portfolio filmowych biografii gwiazd rocka regularnie wzbogaca się o nowe tytuły – wystarczy wspomnieć ubiegłoroczne Bohemian Rhapsody czy zupełnie świeży Brud z Netfliksa. Każdy z nich jednak ma swoje wady i z reguły nie oddaje rzeczywistej energii muzyka/-ów, których portretuje.
Tak było choćby z filmem o zespole Queen, który w zastępstwie za zwolnionego Bryana Singera kończył nie kto inny, jak Dexter Fletcher, czyli reżyser
To, w czym Rocketman zdecydowanie przewyższa dzieło Singera, to głębia postaci. Po seansie Bohemian Rhapsody miałem wrażenie sporego niedosytu w zakresie sportretowania głównych bohaterów, a w zasadzie: bohatera. Ekranowy sir Elton John, w którego brawurowo wciela się Taron Egerton (swoją drogą: jeśli Rami Malek dostał Oscara, to gwieździe Rocketmana należy się tym bardziej!), to postać znacznie lepiej zarysowana.
Widzowie mają okazję zagłębić się w świecie targanego trudnymi emocjami muzyka i doświadczyć stanów, w które on sam wprowadzał się alkoholem i narkotykami. Z pewnością kluczową rolę odgrywa tu warstwa wizualna – jako że, w przeciwieństwie do
I właśnie tej kampowości i twórczego wyzwolenia jest w Rocketmanie najwięcej – Fletcher pozwala sobie na najbardziej szalone interpretacje tekstów piosenek sir Eltona i bywa, że staranność realizacji nie nadąża za wyobraźnią. Bywa też, że utwór wokalny pojawia się w momencie, który aż prosi się o porządną aktorską konfrontację pełną dramaturgii. Tej jednak i tak nie brakuje: żywot Eltona Johna obfitował w zarówno przykre, jak i szaleńczo entuzjastyczne wydarzenia, dlatego tempo narracji jest szybkie. Sporo miejsca poświęca się też postaciom drugoplanowym: wieloletniemu tekściarzowi sir Eltona Berniemu Taupinowi (Jamie Bell), oportunistycznemu managerowi/kochankowi Johnowi Reidowi (zimny jak głaz Richard Madden) i bezdusznej matce Eltona Johna (Bryce Dallas Howard).
To wszystko sprawia, że otrzymujemy pogłębiony obraz nie tylko osobowości tego wielkiego muzyka, ale także okoliczności, w jakich przyszło mu osiągnąć sukces i zmagać się ze wszystkimi jego konsekwencjami.
Choć Rocketman jest filmem lepszym od Bohemian Rhapsody, jest też dziełem znacznie mniej poważnym i bardziej szalonym, dlatego prawdopodobnie nie będzie mu dane zdobyć takiego (dla autora niniejszego tekstu wciąż niezrozumiałego) uznania, jak film Bryana Singera. Chciałbym jednak, by filmowe biografie częściej były właśnie takie – wyzwolone, pełne wyobraźni, odjechane i nieugrzecznione. Sir Elton John nie poszedł śladami Briana Maya i Rogera Taylora i nie założył kagańca twórcom swojej biografii – i zdecydowanie wyszło to na dobre zarówno jemu, jak i Rocketmanowi.
